Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Heretyk i kanonik

Piotr Chlebowicz


Prolog
Dzień I

Lochy cytadeli w Lyonie
XV wiek



Ksiądz Andrea nie lubił lochów. Lubił słońce i otwartą przestrzeń. Lochów nie lubił do tego stopnia, że gdyby nie szczególna sytuacja, sam z własnej woli nigdy by się do nich nie pofatygował. Tym bardziej, że kiedy zbyt długo przebywał w chłodzie i wilgoci dawne urazy dawały znać o sobie- zwłaszcza biodro, które po takiej wizycie -jeżeli tylko trwała zbyt długo- potrafiło rwać tak, że niemal uniemożliwiało chodzenie. A teraz kanonik Andrea Markidzianii, wysłannik watykańskiej Kongregacji Do Spraw Czystości Wiary, powszechnie acz błędnie nazywanej Świętym Oficjum, szedł ciemnym wilgotnym korytarzem.
Otworzył masywne, okute drzwi i wszedł do wartowni. Strażnicy, przygotowani na zjawienie się kogoś ważnego, nie zerwali się pospiesznie chowając flaszki i kości, lecz wpierw skłoniwszy się uniżenie przed kanonikiem wyprężyli odpowiednio i czekali na rozkazy. Wartowników było ośmiu, zamiast czterech i uzbrojeni byli jak na wojnę. Strażnicy czekali na polecenia; cóż w przytomności wysłannika Stolicy Apostolskiej- inkwizytora przybyłego z samego Rzymu mało kto śmiał się pierwszy odezwać.
-Klucze.
Kanonik zakonotował w pamięci, że sierżant jest bystrym człowiekiem: pod swoją kuratelą wartownicy tej części lochów mieli dziesięć pojedynczych cel, każdą z lokatorem- tymczasem sierżant natychmiast zorientował się, o którego z aresztowanych chodzi. Intelekt nie często spotykany u strażników więziennych…
-Na końcu korytarza, po lewo, wasza miłość. Ilu wasza miłość sobie życzy ludzi?
Kanonik popatrzył po strażnikach. Dobrze uzbrojone, duże, barczyste chłopy o pokancerowanych pyskach, potrzaskanych nosach, ponadrywanych uszach i innych ozdobach fizjonomii. Widać, że nie nowicjusze w swoim fachu…
-Żadnego.
Sierżant przez chwilę sprawiał wrażenie jakby chciał coś powiedzieć, ale rozumnie ugryzł się w język. Nie jest mądre ani rozsądne mieć jakieś obiekcje wobec życzeń inkwizytora.
Ksiądz Andrea wziął natomiast z rąk sierżanta klucz, ze stołu zabrał jeden z kaganków i spokojnie wyszedł. Drugie drzwi z wartowni otwierały się na ślepy korytarz. Po obydwu stronach w ścianach widniały niewielkie, ale bardzo solidne drzwi z maleńkimi okratowanymi okienkami. Po korytarzu leniwie przechadzało się kolejnych dwóch wartowników. Na widok sutanny i krzyża natychmiast wyprężyli się, a ich kroki z człapania noga za nogą zmieniły się w dziarskie tupanie. Kanonik minął ich obojętnie. Na końcu korytarza, przy drzwiach z lewej, po obydwu ich stronach stało kolejnych dwóch wartowników. Ci trzymali w rękach obnażone kordy. Ksiądz Andrea spokojnie włożył klucz do zamka i przekręcił dwukrotnie. Strażnicy przy drzwiach spięli się niespokojnie, a ci, którzy przemierzali korytarz natychmiast podbiegli do drzwi celi i stanęli za księdzem. Inkwizytor obejrzał się z lekkim uśmiechem. Strażnicy kurczowo trzymali swój oręż, a ich twarze- twarze starych zawodowców- ściągnęły się w nerwowych grymasach. Bali się. Strasznie się bali. Bali się papieskiego inkwizytora, ale bardziej bali się swojego więźnia. Kanonik był zdziwiony, ze to w ogóle możliwe. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy, chyba z nerwów, jeden z wartowników odezwał się niepytany:
-Wasza miłość, wejdziemy z wami. –Dolna warga drżała mu zauważalnie a na czubku nosa zbierała się kropelka potu.
-Ech, pewnie jeszcze teraz bym sobie sam z wami poradził, chłopcy…-Przeszło mu przez myśl, ale wydłubał z sakiewki sztukę srebra i wręczył owemu strażnikowi. Ten przez chwilę przyglądał się monecie, jakby to była święta relikwia.
-Naści, chłopie, za odwagę. A pomocy mi nie trzeba. –Poczym otworzył drzwi od celi, przestąpił próg i zatrzasnął je za sobą. Nie musiał dodawać, żeby mu nie przeszkadzać. Za plecami usłyszał szczęk zasuwy.
Płomyk kaganka nieśmiało rozproszył mrok pozbawionej okienka celi- na drugim poziome lochów pod cytadelą żadna cela nie miała okna. Naprzeciw wejścia, wyprężony jak struna, wyciągnięty za spętane żelaznymi kajdanami ręce wisiał obnażony do pasa więzień. Wisiał, dla tego, że kajdany były przewiązane łańcuchem, który przechodził przez wprawione w powałę kółko, a następnie nawinięty na kołowrót. Powodowało to, że spętany ledwo dotykał czubkami palców podłogi. W pierwszej chwili kanonik Andrea nie widział twarzy, bo ów miał zwieszoną głowę i okrywały ją długie ciemne włosy. Gdy kanonik postąpił krok do przodu, nieszczęśnik uniósł głowę i…
Uśmiechnął się -a uśmiech miał nie do wiary miły:
-Witam waszą świątobliwość, księże Andrea. Cieszę się, że był ksiądz łaskaw znaleźć dla mnie czas.
Inkwizytora uderzył fakt, iż te słowa wypowiedziane zostały bez cynizmu, sarkazmu czy złośliwości; grzecznie, ale nie uniżenie. Głos i sposób mówienia ów miał świadczący bez wątpienia o dużej inteligencji i oczytaniu, oraz, że włoski, którym mówił, nie jest jego ojczystym językiem.
-I ja ciebie witam. Bardzo nalegałeś żebym się z tobą spotkał. Dziwna to prośba… -Zwłaszcza w twojej sytuacji. –Ksiądz mówił, a jednocześnie bardzo uważnie obserwował więźnia. –Czy poczułeś potrzebę otworzenia serca i pojednania się z Bogiem nim zacznie się oficjalne śledztwo? Czy pragniesz aby udzielić ci sakramentu świętej spowiedzi?
Znów ten sam ujmujący uśmiech:
-Nie, księże. Po pierwsze nie odczuwam ani potrzeby spowiedzi ani pojednania się z bogiem. Do tego nie potrzebowałbym też sławnego kanonika Markidzianii i zdecydowanie mniej znanego rezydencja Oficjum Interrum w jednej osobie.
Na wzmiankę o Oficjum Interrum Andrei Markidzianiiemu nawet nie drgnęła powieka.
-Cóż więc?
-To jakiś znak losu, że pojmano mnie właśnie tutaj, wtedy, kiedy wy byliście już w drodze do Lyonu…
Kanonik ściągną brew w wyrazie grzecznego zainteresowania.
-Żaden znak, żaden cud, chłopcze. Twoja sprawa toczy się już ładnych kilka lat. Pętla się zacisnęła tu i teraz, a tak się złożyło, że Stolica Apostolska wysłała właśnie mnie- jako bezpośrednio zaangażowanego i jednego z odpowiedzialnych za śledztwo.
-Tak, ale że będę nieskromny: jednego z odpowiedzialnych, że zacytuję wasze własne słowa. A to właśnie z wami chciałem się spotkać, odkąd dowiedziałem się o waszym istnieniu.
-Cóż jest takiego w mojej skromnej i bogobojnej osobie, że tak koniecznie chciałeś się ze mną zobaczyć? Cóż mi chcesz powiedzieć teraz, kiedy twój los tak czy inaczej jest przesądzony?
-Obydwa pytania waszej świątobliwości są ze sobą powiązane bardziej niż się wam wydaje… -Więzień zamilkł. Jego oczy nadal patrzyły w kierunku kanonika, ale zdawały się go nie dostrzegać i spoglądać gdzieś o wiele, wiele dalej. Ksiądz Andrea czekał cierpliwie. Wiedział z doświadczenia, że więzień zaraz znów zacznie mówić. Korzystając z tego czasu postąpił krok do przodu i bacznie przyjrzał się swemu aresztantowi, którego po pięciu latach, trzech miesiącach i dwudziestu jeden dniach dochodzenia znał jak zły szeląg, a którego widział po raz pierwszy. Przystojna, inteligentna twarz. Długie, ciemne i lekko kręcone włosy. Krótka broda i wąsy, policzki z kilkudniowym zarostem.
Potem już kanonik patrzył na heretyka jak zapaśnik, którym był w burzliwej młodości… Wysoki i dobrze zbudowany. Wąskie talia z wyraźnie zarysowanymi muskułami na płaskim brzuchu. Mocno rozwinięte mięśnie pleców, masywne, pięknie wyrzeźbione barki i ramiona. Grube, węźlaste przedramiona i sądząc po zamknięciu kajdan, bardzo wąskie, arystokratyczne nadgarstki. Silne, proporcjonalne nogi. Jednak sylwetka, znamionująca dużą siłę i znakomitą sprawność fizyczną, jakkolwiek godna pozazdroszczenia, nie nadawałaby się do odlewania w brązie. Psuły ją ledwo rozwinięte bicepsy oraz zapadnięta i zniekształcona kształtem żeber klatka piersiowa. Dusznica od dziecka. –Pomyślał inkwizytor.-Nielicho bogatą familię musiał mieć, skoro przeżył dziecięctwo z dusznicą. I nielichego farta do medyków.
-Przesądzony… Tak, mój los jest przesądzony od chwili, w której przyszedłem na świat, a może jeszcze wcześniej…
Te słowa oderwały Andreę od kontemplowania muskulatury więźnia.
-Synu, niczyj los nie jest z góry przesądzony. Bóg dał nam wolną wolę i sami możemy zadecydować, czy podążymy drogą światłości wiodącą ku zbawieniu nieśmiertelnej duszy, czy ulegniemy podszeptom Złego i wybierzemy gościniec kończący się w samym piekle.
Wtedy skazaniec uśmiechnął się po raz kolejny.
-No właśnie, księże! Zmierzamy do sedna. Tak, więc pytam was: czy zechcecie mnie wysłuchać? Nie tak jak inkwizytor podejrzanego, bo na to też przecież przyjdzie pora i nie mam złudzeń, że będzie inaczej, ale jak jeden światły człowiek drugiego? Czy wysłuchacie inkwizytorze opowieści heretyka?
Ksiądz nieskończenie długą chwilę patrzył w oczy więźnia. Wiedział, że jeżeli prawdą jest to, na co wskazują poszlaki śledztwa, nawet taki drobiazg może być niebezpieczny. Wiedział też jednak, że owemu człowiekowi naprawdę bardzo na tej rozmowie zależy. Poza tym był nauczony jak radzić sobie z niebezpieczeństwami. Z drugiej strony obydwaj wiedzieli, ze tak czy inaczej czekają ich długie i owocne godziny rozmów w inkwizycyjnej sali tortur. Jednak ksiądz Markidzianii był świadomy, że godzina rozmowy w cztery oczy bez przymusu jest więcej warta niż całe dnie wyciągania zeznań przez katowskich mistrzów i inkwizytorskich śledczych na tormentach.
-Nie. -Odpowiedział starannie ważąc słowa. Oczy spętanego zwęziły się nagle usta zacięły. –Ale widzę, że macie mi do powiedzenia coś naprawdę ważnego. Więc nie wysłucha inkwizytor opowieści heretyka, ale z radością porozmawiam z tobą. Teraz już muszę pozostawić cię twoim rozmyślaniom, ale jutro się zjawię. Ja, Andrea Markidziannii z radością wysłucham historii człowieka zwanego Adam deScorrio.

I
Dzień II

Ksiądz Markidzianii zjawił się następnego dnia rano. Tym razem towarzyszyło mu kilku ludzi, ale o tym więzień nie mógł wiedzieć, ponieważ kanonik znów do celi wszedł sam. Powitał go ten sam szczery, miły uśmiech, co wczoraj.
-Dzień dobry, księże kanoniku.
-Normalnie mówię: „niech będzie pochwalony…”, ale przyznacie, że wobec was byłby to daleko idący nietakt. Ale dosyć grzeczności. Przejdźmy do poważnych spraw. Kiedy ostatni raz jadłeś?
Więzień spojrzał na kanonika zezem.
-Przed aresztowaniem, przecież wiecie…
Andrea wiedział. Dzień po aresztowaniu jeden ze strażników w przytomności miejscowych inkwizytorów dostał rozkaz nakarmienia więźnia siłą, gdyż ten odmówił przyjmowania pokarmu i wody, kiedy nie będzie mógł jeść i pić samodzielnie. Pechowy strażnik próbował polecenie wykonać. Więzień jakoś nie próbował mesmeryzmu, czy innych sztuczek diabelskich tylko tradycyjnie łupną strażnika czołem w nasadę nosa. Ów przeżył, ale zawdzięczał to wyłącznie wyjątkowo twardym gnatom i sporemu szczęściu. Kanonik z ciekawości obejrzał nieszczęśnika w lazarecie: wyglądał jakby nie huknął go człowiek a co najmniej taran.
Nagle kanonik porzucił poufały ton i zwroty na „ty”.
-Rozkażę zdjąć was z kołowrotu, ale dacie mi WASZE słowo honoru, że nie będziecie próbować niczego nieodpowiedzialnego.
Więzień uśmiechnął się kpiąco:
-Zaufacie słowu takiego bezbożnika, heretyka i zbrodniarza jak ja?
Kanonik jak zwykle odpowiedział spokojnie i jakby lekko znudzonym głosem.
-Słuchajcie deScorrio, czy jak ty się tam naprawdę nazywasz: ja po tylu latach uganiania się za tobą znam cię jak zły szeląg, znam cię lepiej niż ci się wydaje… Przynajmniej pod pewnymi względami. Wiem, czym jest dla ciebie honor, jakkolwiek –tu pozwolę sobie na osobisty komentarz- nieco dziwnie pojęty. Gdyby nie twoje poczucie honoru, które wzięło górę nad instynktem samozachowawczym, pewnie byśmy cię jeszcze nie dopadli, sam wiesz.
-Tak, wiem –Bąknął deScorrio.
-No, więc jak będzie? Mam twoje słowo?
-Macie. Daję wam słowo honoru, że kiedy mnie rozkujecie nie podejmę żadnej próby walki, fizycznej czy duchowej ani ucieczki.
-Dobrze, to mi wystarczy.
Kanonik klasnął głośno. W tym momencie otworzyły się drzwi i gęsiego weszło kilku ludzi w sutannach. Z pewnym niepokojem, ale i ciekawością przyglądali się uwięzionemu.
-Młody narybek biczy na heretyków? –Tenże zapytał z ledwie wyczuwalną nutką kpiny w głosie.
-Tak. Sam ich wybrałem. –Andrea wyłapał i ową lekką kpinę, ale jego głos aż puchł z dumy. –Każdego jednego. Już działają samodzielnie, ale w wyjątkowych przypadkach jeszcze ich zwołuję pod swoje skrzydła.
-Mam zaszczyt nie pierwszy raz być wyjątkowym przypadkiem…
Tymczasem młodzi inkwizytorzy wnieśli… Stół, dwa krzesła i prostą, ale liczną zastawę po brzegi wypełnioną świeżym posiłkiem!
Kiedy dwóch z nich przystąpiło do rozpętywania więźnia, tenże z tym swoim irytującym półuśmieszkiem przemówił do kanonika:
-Oto kolejny dowód na potwierdzenie zasady: „nic z umiarem”, innymi słowy: „cokolwiek byś robił, doprowadzaj to do wszelkich granic”. Cóż, przecież przeciętny, a nawet umiarkowanie nieprzeciętny heretyk nawet nie śmiałby pomarzyć o zaistniałej tutaj sytuacji. Czyż nie mam racji?
-Bez dwóch zdań, macie. –Odpowiedział kanonik i teraz sam pozwolił sobie na subtelną drwinę w głosie. –Bądźcie mym gościem, czym chata bogata, et cetera…
Heretyk w ślad za kanonikiem usiadł za stołem. Ten gestem wskazał zastawę, poczym oderwał kawał pieczonego w cieście kapłona. Aresztant z manierami jakby był na książęcych komnatach a nie w zawilgłym lochu, napełnił winem puchary i skłoniwszy się lekko wzniósł toast:
-Za lepsze czasy.
-Oby. –Odpowiedział grzecznie duchowny i spełnił toast. Poczym obydwaj już bez ceregieli i zbędnej kurtuazji skupili się na posiłku.
Więzień przeżuwał właśnie golonkę w piwie.
-Prawdę powiedziawszy, nie sądziłem, że w ogóle to tak można… -Stwierdził po chwili omiatając ruchem głowy stół i zastawę.
-Prawdę powiedziawszy, jak się jest inkwizytorem i wysłannikiem Watykanu w jednej osobie, to można wszystko. Prawie. Na przykład w przytomności całego dworu powiedzieć diukowi, który ileś pięter wyżej chędoży jakąś dziewoję, żeby rozdział się do adamowego stroju, wziął dwie świece w garści, trzecią wetknął sobie w żyć i powiesił się za nogi w zamkowym refektarzu jako kandelabr. Owszem, można. A on, wierz mi, zrobi to z gorącym entuzjazmem i szczerą radością! Ot, pewne nikłe zalety inkwizytorskiego stanu, trudnej i znojnej służby ku chwale Pana i jego owieczek na ugornych zagonach występku i herezji…
De Scorrio parskną śmiechem.
-A niech was, księże kanoniku. Powinniście zająć się literaturą. Przy takim języku prędko zdobylibyście szerokie grono wielbicieli… I wielbicielek. A i mecenasa hojnego rychło, również.
-Vanitas, vanitatum…
-No tak. I jeszcze: memento mori…
Kanonik zapił winem smażoną kiełbasę i wbrew spodziewaniom rozmówcy nie zripostował celnie, a poważnie odrzekł:
-Cóż, znów mnie zadziwiacie. W waszej sytuacji tak sobie kpić ze spraw ostatecznych…?
Więzień wzruszył ramionami:
-A czego się po mnie spodziewaliście, księże? Rozdzierania szat? Załamywania rąk, jęków rozpaczy i błagań o zmiłowanie? –Zamilkł na chwilę, poczym dokończył nieco urażonym tonem: -Podobno znacie mnie jak zły szeląg? A cóż innego mi zostało, jak nie kpina? Chyba nie sądzicie, że pojednanie z Bogiem?
Kanonik w zamyśleniu pokiwał chwilę głową.
-Wasze trafienie, de Scorrio. Istotnie, powinienem dokładnie przewidzieć waszą odpowiedź… Nim jeszcze zadałem pytanie. Ale ostatecznie -jeżeli chodzi o waszą ostatnią uwagę- czemu nie? Nie wątpię, że znacie Pismo. A tamże słowa Pana mówią, że przyjmuje on każdą zbłąkaną owieczkę, a nawrócenie jednego grzesznika cieszy Go bardziej niż tysiąc bezgrzesznych…
Więzień skrzywił się wyraźnie. Głos jego zmienił barwę. Sarkazm wyparował z niego bez śladu:
-Co wy mi tu za kazania prawicie, księże? Wybaczcie, ale takie wykładnie zostawcie dla swoich wiernych. Ja ich nie potrzebuję. A Pismo znam równie dobrze jak wy. Również Torę, Koran, i pokaźną część apokryfów! Także Natura Daemonum, Egipską Księgę Umarłych, Grimoirum Verum i wiele innych! Znam również historię i teraźniejszość poszerzania urodzajnych łanów Winnicy Pańskiej- ze wszystkimi tego szykanami! Ale nie o swojej wiedzy chciałem mówić –na to przyjdzie pora, lecz o owej metaforze zbłąkanej owieczki… Więzień znów swoim zwyczajem na chwilę zamilkł. Zebrał z podłogi źdźbło słomy, wsunął je w kącik ust i cały czas patrząc księdzu w oczy zaczął je powoli żuć.
Kanonik bez drgnięcia powieki podjął mierzenie wzrokiem i tylko nieznacznie ściągnięciem brwi dał rozmówcy do zrozumienia: no, słucham.
Heretyk pochylił się, oparł łokcie o stół i jeszcze uporczywiej wbił spojrzenie zielonych, świdrujących oczu w oczy inkwizytora:
-Ale zanim do tego dojdę, jeszcze dużo muszę księdzu opowiedzieć. Wszystko po kolei.
-A już myślałem, że do uszu moich słowa jakiejś wagi i doniosłości niezmiernej dobiegną. Tak to dramatycznie zagraliście, że teraz ja odwzajemnię się komplementem: teatr wiele stracił, że zajęliście się wiedzą tajemną a nie sztuką. No, ale już chyba dość tych uprzejmości, bo się wzajemnie w ciężkim grzechu pychy utwierdzimy. –Inkwizytor napełnił obydwa kielichy, napił się, poczym kontynuował: -Nie będę was poganiał wymówkami, że czas mnie popędza, bo przecież z waszego właśnie powodu bawię w tym przezacnym mieście. Tym niemniej warto by już przechodzić powoli do istoty rzeczy, która nas obydwu tutaj sprowadziła. A jeżeli nasza rozmowa okaże się tak owocna, na jaką się zapowiada, to ze swojej strony obiecuję wam, że dołożę wszelkich starań, aby wam męki i upokorzeń tormentów oszczędzić… Na tyle, na ile będzie to możliwe.
Adam de Scorrio oparł łokieć na stole, podbródek na dłoni i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w twarz inkwizytora. Poczym przetarłszy dłonią policzki zaczął powoli mówić starannie dobierając słowa:
-Wybaczcie, ale doceniając jak najbardziej waszą obietnicę, proszę was o co innego.
Inkwizytor odpowiedział jedynie wyrazem jak najgłębszego zainteresowania na twarzy.
-Tormenta to nie najgorsze, co może mnie spotkać. Usłyszy ksiądz ode mnie wiele rzeczy. Wiele takich, których nie spodziewałby się usłyszeć. Wszystko spokojnie, po dobremu i z własnej mojej woli. A gwarantuję wam, że o wiele więcej tego będzie, ba- nieporównywalnie wręcz więcej, niż nawet najwymyślniejszymi mękami inkwizytorzy będą potrafili ze mnie wyciągnąć. Gwarantuję to wami i proszę o wiarę na słowo. Proszę was, inkwizytorze, że pomimo tego co w tych murach ode mnie usłyszycie oszczędzicie mi jednej rzeczy…
Oblicze kanonika nie wyrażało zniecierpliwienia, znużenia, czy jakiejkolwiek innej emocji, ale widząc, że więzień czeka na jakąś reakcję, odrzekł:
-Mówcie, że. Nie mogę nic deklarować nie wiedząc w czyn rzecz.
De Scorrio wpatrywał się w wino w kielichu. Obrócił go kilka razy w palcach poczym podjął:
-Głęboko w Alpach, w niedostępnej okolicy, na końcu drogi, której nie ma na żadnej mapie, znajduje się warowne opactwo dominikanów. Warownych opactw w Alpach jest wiele, ale wy wiecie o którym mówię…
Teraz kanonik Andrea Markidzianni zdziwił się nie na żarty.
-Tak wiem. Aż za dobrze wiem i ze zdumienia wyjść nie mogę, że wy o tym miejscu wiecie…
-Wszystko w swoim czasie wyjaśnię, księże. Ale do czego zmierzam: obiecajcie mi, że pomimo tego, co tutaj usłyszycie oszczędzicie mi wizyty w tamtym miejscu!
Teraz na inkwizytorowi wypadło długo przyglądać się swojemu rozmówcy. Jemu też wypadło teraz mówić powoli, starannie dobierając słowa.
-Zadziwia minie wasze zaufanie pokładane przez was w mojej osobie. Jesteście, nie waham się użyć tego słowa- na tyle błyskotliwym człowiekiem, że doskonale rozumiecie, że samo zwrócenie mojej uwagi na fakt twojej wiedzy o owym opactwie i prośba o oszczędzenie wam gościny w tamtejszych lochach już same w sobie stanowią wystarczający powód, aby was tam zabrać. I to nawet zaraz.
Tu kanonik zamilkł, ale bynajmniej nie z powodu wzmożenia dramatyzmu sytuacji: po prostu zastanawiał się co powiedzieć. W tej jednej chwili ułowił nieznaczne drgnięcie ust więźnia. Oczy otwarte szerzej tak nieznacznie, że ktoś bez doświadczenia ojca Markidzianiego nie zauważyłby różnicy. Źrenice na ułamek chwili szersze niż wcześniej…
A jednak, człowieku! Jesteś twardy jak damascen. Twardy, opanowany i spokojny. Świadomy sytuacji i pogodzony z losem, ale jednak!!! Jednak boisz się! Mam cię! –Głośno podjął przerwany wywód:
-Jednak odwzajemnię się tym samym, i jeżeli tylko nie doszukam się niczego, co byście próbowali przede mną ukryć, co wymagałoby jednak dogłębnego badania, to macie moje słowo. No cóż, na dziś już wystarczy, czasu mamy w bród.
Z tymi słowy klasną, a na to klaśnięcie szczęknęła zasuwa, znowu weszli młodzi inkwizytorzy, bez słowa zabrali wszystkie przyniesione rzeczy. Kiedy wyszli kanonik staną w odrzwiach i rzucił do swoich ludzi:
-Wzmocnić straże. Do każdej warty dwóch moich przybocznych.
Po tych słowach wyszedł. Okute drzwi zatrzasnęły się za nim głucho.
Mam cię!

II
Dzień III

Kiedy inkwizytor Markidzianni ponownie przekroczył próg celi Adama de Scorrio, znów towarzyszyli mu jego młodzi wychowankowie. Tak jak dzień wcześniej nieśli ze sobą stół i krzesła, zastawę oraz… Naręcza świeżej słomy i kilka wełnianych kocy i solidny wełniany kaftan.
-Wybaczcie, że o tym jakoś wcześniej nie pomyślałem.-Zamiast powitania powiedział kanonik.
Teraz więzień zdziwił się autentycznie.
-Dziękuję… Naprawdę…
-Nie dziękuj. Czy hrabia na szafocie dziękuje katu, kiedy ten pod kolana kładzie mu aksamitną poduszkę?
Po tych słowach heretyk odzyskał swój normalny stan ducha.
-Cóż, księże, jeżeli w ten jakże subtelny sposób chcieliście przypomnieć mi, jakie panują między nami relacje, to niniejszym rozwiewam wasze wątpliwości: pamiętam doskonale i ani na chwilę nie zapomniałem. –Tu przerwał i przetaksował wzrokiem wilgotne, kamienne mury. -Otoczenie nie sprzyja zapominaniu pewnych, jakże istotnych faktów.
Kanonik zbył milczeniem cyniczny komentarz. Kiedy młodzi inkwizytorzy wyszli a więzień z wyraźną radością założył kaftan, kanonik gestem zaprosił go do posiłku. Ten nie kazał się zapraszać po raz wtóry. Ksiądz Markidzianii prawie nie jadł, przez grzeczność tylko od czasu do czasu coś skubnął. Więzień natomiast w milczeniu delektował się posiłkiem. Kiedy nasycił pierwszy głód, przeciągnął się na krześle niczym wielkie, zadowolone z życia kocisko.
-Ileż bym dał za fajeczkę ze świeżym haszyszem…-Poczym po chwili dodał: -Nawet nie musiałby być świeży…
Ksiądz Andrea przerwał na chwilę delektowanie się aromatem wina.
-Niestety w tej materii nie pomogę wam. A z waszej wzmianki wnioskuję, że bywaliście w krajach dalekiego wschodu.
-Nie powiem, bywało się tu i tam… Szukałem wiedzy.
Inkwizytor odruchem częstym u zapaśników obrócił dłonie do wewnątrz i do zewnątrz, aż trzasnęły nadgarstki, poczym splótłszy dłonie mocno wygiął palce.
-Od jak dawna, jak to ujęliście: „szukacie wiedzy”?
Więzień znów się uśmiechnął. Tym razem jakoś tak drapieżnie, odsłaniając przerośnięte i mocno wysunięte do przodu dolne kły, co nadało jego twarzy iście wilczy wyraz. Inkwizytor musiał przyznać, że jego rozmówca dysponuje niesamowitym arsenałem uśmiechów. Przy tym aktualnym ukazywał garnitur doskonale utrzymanych i gdyby nie owe wilcze kły –równych zębów. –Rzecz bardzo rzadko spotykana, takie zdrowe uzębienie. Doskonale rozumiem, dlaczego kobiety szalały za nim bez pamięci. –Przeleciało mu przez myśl.
-Przeznaczenie wyciągnęło po minie łuskowatą, szponiastą, ociekającą krwią i siarką lewicę w dziewiętnastej wiośnie życia.
-Przeznaczenie? Czyż nie wiecie, że Pismo nie uczy nas, że Bóg dał nam wolną wolę, a jedynym przeznaczeniem jest Sąd Ostateczny?
De Scorrio znudzonym gestem przeczesał palcami długie, mocno już potargane włosy. Na twarz przywołał wyraz wystudiowanego niesmaku i degustacji.
-Czy proponuje mi ksiądz w ten sposób dyskusję światopoglądowo-dogmatyczną? Nie sądzę, bo choć w innych okolicznościach oddałbym się takiej jakże kształcącej i zmuszającej do myślenia rozrywce, to zapewne zgodzicie się, że w obecnej sytuacji mija się to raczej z celem. Prosiłem was już też, żebyście takie uwagi byli łaskawi sobie darować.
-Wybaczcie, panie deScorrio. Przyznaję, że sama forma mojego pytania była nietaktem, ponieważ wyłuszczyliście mi już waszą znajomość pism wszelakich, nie tylko kanonicznych. Tym niemniej właściwa treść pytania pozostaje aktualna: wyjaśnijcie mi proszę użycie słowa „przeznaczenie”. Nieprzypadkowe. Wy żadnego z węzłowych słów nie używacie przypadkowo.
-Oczywiście. Ale do tego muszę dojść. Jak już mówiłem, wszystko po kolei. Wszystko w swoim czasie.
-No więc mówcie. Po kolei. Niespiesznie. Koniec końców właśnie po to tu jestem. Ileż moja, jakże często gorzka, powinność wobec Pana byłaby lżejszym brzemieniem, gdyby z każdym heretykiem rozmawiało się tak jak z wami… Gdyby ludzie rozumieli, że inkwizytor nie jest… -Tu kanonik zawiesił na chwilę głos.-…A przynajmniej nie powinien być oprawcą, a jedynie pomocnikiem, pokornym sługą Pana, pośrednikiem między grzesznikiem a Zbawicielem, spowiednikiem i przyjacielem pomagającym prostować splątane ścieżki żywota, tych, którzy zbłądzili ku ciemności i zgubie.
Więzień założył nogę na nogę, łokieć oparł na kolanie, brodę na pieści. Tym razem na twarzy jego zagościł nie tyle uśmiech, co uśmieszek -a był to grymas wyjątkowo paskudny.
-Nieźle powiedziane. Znakomicie. Nic dodać nic ująć… Tylko z szacunku, który żywię do waszej osoby powstrzymam się od setek kąśliwych i cynicznych uwag i komentarzy, które cisną mi się na usta. Po prostu przejdę do swojej opowieści.
-Płonę z niecierpliwości.
-Nie wezwiecie skryby?
-Nie. Pan w swojej łasce obdarzył mnie pamięcią niezawodną jak pergamin i pojemną jak papieskie skarbce. To, co będę uważał za stosowne spiszę sobie spokojnie sam w zaciszu swych komnat. Przepraszam: w ascetycznym wnętrzu swej komnaty przerobionej na obraz i podobieństwo klasztornej celi.
Więzień oczywiście wyłapał ironię, ale nie podjął tematu. Znów, swoim zwyczajem, kiedy chciał powiedzieć coś ważnego przez długą chwilę mierzył się na spojrzenia z inkwizytorem. I jak zwykle takie mierzenie pozostało nierozstrzygnięte.
W końcu zaczął mówić, tak jak poprzednio: cicho i powoli.
-Właściwie powinienem zacząć od jednego zdania: nie jestem heretykiem.
Inkwizytor ciężko odetchnął. Na twarzy odmalował się głęboki żal.
-Ależ mnie rozczarowaliście, deScorrio. Nawet nie wiecie jak. Już myślałem, że naprawdę jesteście wypadkiem, jaki inkwizytor spotyka średnio raz w życiu. A tymczasem schemat się powtarza. Jak zawsze, jak zwykle. Tym jednym zdaniem straciliście u mnie cały szacunek. Co gorsza, zaczynam się zastanawiać, czy moja wizyta i dalsza rozmowa ma jakikolwiek sens. I im mocnej nad tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że nie. Chyba nic tu po mnie. Pozostało teraz jedynie poczekać na zebranie się trybunału i poprowadzić proces normalnym torem. Pomyliłem się co do was haniebnie.
Wypowiadając ostatnie słowa uniósł z krzesła swoje masywne ciało. Tymczasem, widząc i słysząc, co się świeci więzień niemal krzyknął:
-Nie! To nie tak! Nie zrozumieliście mnie!
Inkwizytor Andrea ponownie usiał i wbił swoje zimne oczy w twarz Adama deScorrio.
-Tak? No to jak? To wytłumaczycie mi? Bo wiecie, wydaje mi się, że zrozumiałem aż za dobrze: wszystkie więzienia, galery i kamieniołomy tego świata pełne są niewinnych! Skrytobójcy nigdy na oczy nie widzieli sztyletu, truciciele nie odróżniają mięty od cykuty, cudzołożnicy nie wiedzą, co to grzech cielesny a wszystkich spiskowców wrobili polityczni przeciwnicy, czyż nie?
Więzień po chwili puszczenia nerwów już odzyskał rezon.
-Powinienem zacząć inaczej: nie jestem heretykiem w takim tego słowa sensie, jakim się go powszechnie rozumie.
-Słucham cię z uwagą i upraszam, żebyś powiedział coś, co sprawi, żebym pozostał.
-Pozwolicie, że po zarzutach na mojej skromnej osobie ciążących przejadę, bo ja osobą wewnętrznie uporządkowaną jestem a i jakiś ład w przedmiocie zachować trzeba. Ale, że natura we mnie niepokorna to od końca zacznę. Tak, parałem się czymś, co z braku lepszego określenia można nazwać czarną magią. Tak, pasjami zaczytywałem się w grimuarach. Tak, wyparłem się biblijnego Boga i syna jego Jezusa Chrystusa. Tak, z lubością oddawałem się wszelakim zabiegom nekromantycznym. Tak, w moim domu w Paryżu znajdowała się kolekcja ksiąg zakazanych, bo ja czytać lubię, mądrość cenię i bardzo nad ich stratą ubolewam, boście mi je zawinęli a kilka białych kruków tam było, których mi się później już zdobyć nie dało a potrzebne mi były.
W miarę jak mówił mars na czole inkwizytora rozpraszał się stopniowo, a z oczu znikał zimny, stalowy poblask. DeScorrio natomiast kontynuował:
-Tak, przeprowadzałem „bluźniercze rytuały” przywoływania bytów niematerialnych. –Słowa: „bluźniercze rytuały” wypowiedział z sarkastycznym skrzywieniem ust i mocno zaakcentował „byty niematerialne”.
-Demonów. –Machinalnie skwitował Markidzianii.
-Bytów niematerialnych, księże inkwizytorze. Nie muszę tłumaczyć tak światłemu człowiekowi jak wy pewnych niuansów.
-Niech wam będzie. –Inkwizytor siorbnął wina. –Kontynuujcie.
-…I, cholera, żebyście wiedzieli: obcowałem z sukubami, zwykle więcej niż z jedną, zwykle ów proceder łącząc z cudzołóstwem ze zwykłymi kobietami.
Tak, uznaję nad sobą nie waszego Boga, lecz Księcia Ciemności, którego imienia bez koniecznej potrzeby nie wymawiam, bo imię jest inkantacją –jak mówi jedna z naczelnych zasad magii rytualnej, ale tego nie muszę wam tłumaczyć; wiecie równie dobrze jak ja. Więc tacy jak ja mówią po prostu: On. Tak, mam zdolności, których nie mają normalni ludzie. Potrafię przykładowo tak odebrać ból, nawet najsilniejszy, jak i nim obdarzyć. Tak, widzę w ciemnościach jak kot i korzystając z tej i innych zdolności wymknąłem się straży inkwizytorów w Padwie i rok później w Bristolu łowcom czarownic, zabijając po kilku jednych i drugich. Tak, posługując się swoją wiedzą i nadnaturalnymi zdolnościami przyprawiłem o śmierć grafa von Vittenbach, ale należało mu się, bo to skurwysyn był tak całkiem wyjątkowy tak, że samego Lorda Beliala przyprawiłby o rozstrój nerwowy i nikt po nim nie płakał, a jego poddani wręcz na kolanach wszystkie kaplice we włościach z dziękczynnymi modły do Matki Boskiej Miłosiernej oblegli. I tu wyczerpuje się ta część aktu oskarżenia, do której się dumnie i z podniesionym czołem przyznaję. Nie, Żydom w wyrobie macy z krwi niemowląt pomocy nie udzielałem, raz, że to bzdura z tą macą, dwa, że nie rozumiem, co wy wszyscy od tych Żydów chcecie? Nie, nie składałem Szatanowi krwawych ofiar z dziewic i dzieciątek niewinnych -ani to do niczego potrzebne, tragikomiczne wręcz, a poza tym ja człek wrażliwy jestem i niewiniątka ukrzywdzić bym nie ukrzywdził. Poza tym o dziewicę teraz trudniej niż o smoka; wiem coś o tym… Nie, na krucyfiks nie plułem wypowiadając bluźnierstwa, bo to również do niczego nie potrzebne i żałosne w gruncie rzeczy a i przyjemności w tym nie widzę nijakiej. To by było chyba tyle. Czy ominąłem jakiś zarzut?
Inkwizytor słuchał potoku wymowy więźnia z nieskrywanym coraz głębszym zainteresowaniem.
-Prawie nie. Kolejności oskarżeń również prawie nie pomyliliście. Wprawdzie zapomnieliście o zarzucie odprawiania i uczestnictwa w czarnych mszach, ale to na razie zostawmy. Wydawało mi się, że do czegoś zmierzaliście. Czekam, więc.
-Więc mówię z pełną świadomością wypowiadanych słów: nie jestem heretykiem, czy innymi słowy kacerzem- odstępcą. Wobec wszystkich popełnionych przeze mnie występków przeciw prawu świeckiemu i kanonicznemu –nie jestem!
Inkwizytor przetarł kłykciami oczy.
-Przyznaję się, nie rozumiem. Choć rzadko mi się to zdarza- nie rozumiem. Czyż to, co przed chwilą powiedzieliście, to nie sprzeczność sama w sobie?
-Pozornie –tak. Ale jest jeszcze drugie dno, którego nie dostrzegacie. A ja postaram się wam je ukazać. Niniejszym tutaj zaczyna się moja historia. Nie wtedy i nie tam gdzie przyszedłem na świat, bo to nie ma kompletnie znaczenia. A ja chcę mówić tylko o tym, co ma znaczenie.
-Pozwolicie, że to ja będę decydował, co ma a co nie ma znaczenia?
-Właściwie, biorąc pod uwagę relacje między waszą a moją osobą, nie mam nic do pozwalania. Tym niemniej moje życie tak obfitowało w wydarzenia, że zrelacjonowanie go zajęłoby naprawdę bardzo wiele czasu. A tego wbrew pozorom nie mamy aż tak dużo. Niedługo zapewne do Lyonu zjedzie pełny skład trybunału i nasze pogawędki przeniosą się do podziemi pod zachodnim skrzydłem i nie będziemy się mogli cieszyć wyłącznie własnym towarzystwem.
Inkwizytor skinął w zadumie głową- w lochach zachodniego skrzydła cytadeli mieściła się sala tortur.
-Kontynuujcie, że więc.
-Widzi, ksiądz, ja bardzo wiele w życiu podróżowałem. Już po tym, jak sięgnęło po mnie moje przeznaczenie. Najpierw po Europie, potem Azja, Indie i jeszcze dalsze krainy. Owszem po części dla tego, że po prostu lubiłem podróżować, ale przede wszystkim, aby szukać wiedzy. Bardzo konkretnej wiedzy. Poszukiwałem mistrzów i nauczycieli, mędrców a następnie poznawałem ich mądrość. Bariera mowy nagle przestała dla mnie istnieć. Jednym z Jego darów było to, że nagle bardzo szybko uczyłem się nowych języków. Wcześniej –greka czy łacina były dla mnie równie niepojęte jak, jak… Jak nie wiem, co. Po prostu nie byłem się w stanie ich nauczyć. To samo np. niemiecki… Później, gdy już stało się dla mnie jasne, kim i czym jestem, nagle pojęcie łaciny zajęło mi trzy miesiące. Greki cztery. Itd. Wędrując po świecie bardzo szybko poznawałem ojczyste mowy swych późniejszych nauczycieli. Czasami okazywało się to niepotrzebne, bo byli i tacy, którzy potrafili mówić myślami wprost do mojego umysłu –a język myśli jest tylko jeden. Z czasem, w pewnym stopniu nauczyłem się i tego. Uczyłem się. Zbierałem wiedzę. Poznałem Taoistyczną koncepcję wędrówki dusz. W górach Azji długimi miesiącami gawędziłem z ostatnimi już chyba wyznawcami i kapłanami Arymana. W Indiach z pomocą kapłanów zgłębiałem mądrości hinduizmu. W Egipcie po długich i uciążliwych poszukiwaniach dotarłem do kilku żyjących jeszcze kapłanów Seta, którzy podzielili się ze mną swoją wiedzą- aby dostąpić tego zaszczytu musiałem zostać poddany pewnym próbom, na myśl o których po dziś dzień włos mi się jeży…
Ot, zagwozdka: jak, wśród takiego gąszczu aksjomatów doszukać się jakiejś transcendentalnej prawdy? Dla księdza jest to proste: Pismo i nieomylny Ojciec Święty. Ale nie dla mnie… Ja długo nie mogłem się z tym wszystkim ogarnąć. Aż przyszło coś, co w dalekim Nipponie mistrzowie sztuk walk i mędrcy Zen nazywają Hatori. Chwila wielkiego, porażającego oświecenia. A potem wszystko staje się oczywiste… Rację mają… Wszyscy! I Pismo Święte –to prawdziwe, nie to tak żałośnie okaleczone przez kościelną cenzurę. O wolnej woli, nieśmiertelnej duszy, etc. Racje też mają Taoiści, bo są dusze, których przeznaczeniem jest wieczna wędrówka. No i prawdę też mówią pisma, które poznałem dzięki łaskawości kapłanów Seta i Arymana…
Więzień zamilkł. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w kamienne mury celi. Palcami wybijał na stole jakiś bardzo skomplikowany rytm. Inkwizytor nie przerywał mu tej chwili zamyślenia. I tak jak się duchowny spodziewał, po kilku chwilach podjął wątek:
-Ludzie w znakomitej swej większości mają wolną wolę. Naprawdę wolną. Tutaj też Pismo nie kłamie. Ale nie mówi całej prawdy- tej, która znalazłem właśnie dzięki kapłanom Seta i Arymana... Na każde dziesięć tysięcy dusz, a może na dwadzieścia tysięcy- nie wiem, jest jedna, która nie ma tej wolności…
Więzień mówił coraz szybciej. Coraz bardziej niespokojnie.
-…Jest Naznaczona. Napiętnowana. Kiedy się rodzi nie jest wcielonym demonem –Cielesnym- to zupełnie inna sprawa. –Kiedy deScorrio mówił te słowa dostrzegł nieco kpiący grymas na twarzy inkwizytora i natychmiast dokończył: -Tak, wiem, że kto jak kto, ale wy wiecie co to Cielesny. Ale kontynuując wątek główny: rodzi się ktoś, kto musi stanąć po tej a nie innej stronie.
Teraz deScorrio mówił świszczącym szeptem z trudem dobywanym ze ściśniętego gardła. Coraz bardziej pochylał się w stronę inkwizytora. Dłonie bezwiednie zacisnęły się na krawędziach stołu. Oczy lśniły opętańczym blaskiem. Rysy twarzy jakby wyostrzyły.
-No i wreszcie dochodzę do samej istoty rzeczy. Czy już ksiądz rozumnie? Ja nie miałem tego wyboru! Rozumie ksiądz? Nie miałem wyboru! Bo są dusze naznaczone. Naznaczone na wieki wieków. Ilekroć taka dusza będzie się odradzać tu na Ziemi, tylekroć po takiego człowieka sięgnie jego przeznaczenie. I nie ucieknie się przed nim, nie ukryje. Prędzej czy później dopadnie i już nie wypuści…
Dłoń księdza kanonika niezauważalnie powędrowała w stronę sztyletu ukrytego w cholewie. Liczył się z tym, że więzień w każdej chwili może się na niego rzucić.
Nagle deScorrio wyprostował się. Ogień w oczach momentalnie zgasł. Rysy wyłagodniały.
-Inna sprawa –głos też już brzmiał normalnie i bardzo spokojnie -że nie uciekałem przed Nim. Nawet przez chwilę. Jeżeli jest w tym wszystkim jakaś li tylko i wyłącznie moja wina, to chyba właśnie tutaj. Nie narzekałem, że jest tak a nie inaczej. Mało tego! Byłem i jestem z tego dumny. On dał mi wiele: siłę, wyczulone zmysły, zdolności nadnaturalne, dar języków… Starałem się z tego robić jak najlepszy użytek. Nie przeczę: oddawałem się hulankom, birbanctwu i hultajstwu –co jakiś czas na krótko i dla próżnej rozrywki, rozpuście zaś -notorycznie. A przede wszystkim cały czas gromadziłem wiedzę i szukałem takich jak ja. Nie po to, aby tworzyć wraz z nimi Mroczne Kręgi, nie po to żeby odprawiać czarne msze! Nie po to, żeby mieć kompanów do uprzykrzania owieczkom bożym i tak już uprzykrzonej w naszych czasach egzystencji. Nie po to, żeby w mrocznych katakumbach snuć plany przywołania na Ziemię Księcia Ciemności i przygotować zgubę ludzkości. Po co? Żeby im pomagać! Wyjaśnić, czym są i skąd się biorą pełne ognia, krwi i przedziwnej symboliki sny. Dla czego czasami patrząc pod dziwnym kątem w zwierciadła przy świetle świec widzą swoje odbicia z oczami bez źrenic… -to tylko przykłady, oczywiście. Wyjaśnić, nauczyć jak z tym żyć i ochronić… Ochronić przed ludzkim strachem, głupotą i przed wami! Przed Kościołem i Inkwizycją. Nauczyć, kim i czym są. Ochronić przed nieznośną męką… Ale zbyt już odbiegam od głównego tematu i niniejszym do niego wracam. Niech, więc ksiądz mi powie, co z tymi, którzy nigdy do trzódki Pańskiej nie należeli? Ba, żadna z nich trzódka! Żadne owieczki Chrystusowe! Raczej wilki w puszczy otaczającej kręte drogi życia ludzkiego. A czy można mieć pretensje do wilka, że wilkiem się urodził? I że choćby swój ogon połknął, owieczką nie będzie?
Widząc, że ksiądz Andrea już chce zacząć odpowiadać, rzucił szybko:
-Chwileczkę! Zaraz ksiądz będzie mówił. Ja już kończę: co więcej, przynajmniej jedną rzecz z tego wszystkiego o czym mówiłem jestem w stanie księdzu udowodnić… Mogę księdzu pokazać swoją prawdziwą twarz. Twarz swojej duszy. I wtedy ksiądz zrozumie, że to, co mówię to nie rojenie szaleńca czy symptomy opętania. Skończyłem
Inkwizytor jakiś czas nie patrzył na swojego rozmówcę. Bawił się swoim inkwizytorskim pierścieniem a kiedy zaczął mówić, jego głos zabrzmiał cicho i głucho:
-Inkwizytor jest pasterzem. Pasterzem, który ma stadko pańskich owieczek chronić. Chronić między innymi przed wilkami. Wilkami takimi jak ty, deScoriio. Czyż dobry pasterz nie zabija wilka, który zakradł się do owczej zagrody?
-Tak, ale nie wyciąga go za ogon z matecznika…
-Teraz ty nic nie rozumiesz, Adamie deScorrio. Paryż, Padwa, Londyn, Mediolan, Lyon wreszcie i wszystkie inne miasta, wioski i wioseczki- to owczarnie Kongregacji! A ty tam byłeś! Jako sam rzekłeś: wilk w owczarni! Wszędzie tam gdzie wymieniłem, pozostawały za tobą smród siarki i kałuże krwi. A potem ogień.
-Który nie ja rozpaliłem!!! –Więzień raczej syknął, niż powiedział te słowa. W oczach błysną niebezpieczny ognik.
-Czyż pasterz z żalem nie zabija pokąsanych przez wilka owiec, bo mogą na jakieś choróbska zapaść i na całe stadko roznieść?
Z tymi słowy ksiądz Andrea wstał od stołu.
-Tak czy inaczej zostawimy to na juro. Usłyszałem tak wiele, ze muszę to sobie poukładać. Poza tym rozmawiamy już bardzo wiele godzin i musiało się zrobić późno. A jeszcze jedno: ta wasza twarz… Potrzebujecie do tego zwierciadła i świecy… Tak wiem. Wierzę tobie. Widziałem w życiu tak wiele, że wierzę ci tak czy inaczej… Ale z wielką chęcią obejrzę sobie twoją twarz. Dobrze jest wiedzieć od początku do końca, z kim na się do czynienia.
Po tych słowach duchowny podszedł do drzwi i przez kratkę zawołał:
-Otwierać!
Chwilę później trzasnął zamek, zapiszczała zasuwa i do środka weszli młodzi inkwizytorzy.
-Cały czas warowali pod celą? –Nie bez uznania zapytał więzień.
-Nie mieli rozkazu oddalenia się –Nie bez satysfakcji odparł inkwizytor.
Inkwizytorzy wynieśli sprzęty i zastawę; Andrea Markidzianii jak zwykle wyszedł ostatni.
-Do jutra.
-Kiedy nie ogląda się słońca, nie ma dzisiaj ani jutro.

c.d.n.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -