Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wioska pod śniegiem

Marcin Kokon

Pogoda od początku nie zapowiadała się najlepiej. Od tygodnia ostrzegano przed gęstymi śnieżycami, gwałtownymi porywani wiatru i wyjątkowo śliskimi drogami. Jednak Jacek nigdy nie brał na poważnie słów prezenterów telewizyjnych, ani słów słyszanych w radiu. Teraz przez to musiał walczyć z pogodą w swoim starym bmw, modląc się tylko o to, by znalazło się jakieś miejsce do przeczekania śnieżycy. Jednak za oknami widać było tylko białą przestrzeń. Mimo to istniało bardzo małe prawdopodobieństwo wypadku, ponieważ tą drogą niezwykle rzadko przejeżdżały samochody.
Jacek nie raz stawiał sobie pytanie dlaczego tak jest, jednak nigdy nie zdołał sobie sensownie odpowiedzieć. W końcu nadarzyła się okazja. Miał odwiedzić kuzynów, do których musiał jechać tą drogą. Mógł w końcu zobaczyć co się na niej znajduje.
Teraz jednak nie miał czasu na rozmyślanie o tym. Musiał starać się zapanować nad samochodem, który mimo, że droga była prosta, coraz bardziej rzucał się na boki. Jacek klął pod nosem, szarpiąc się z kierownicą, gdy nagle poczuł wstrząs i jakaś siła rzuciła nim do przodu. Uderzył głową o klakson, poczuł, jak po czole spływa mu krew. Po chwili zamiast białej przestrzeni za szybą widział ciemność.

Zanim otworzył oczy poczuł potworny odór. Nie mógł poznać co to było, jednak strasznie śmierdziało. Z trudem i bólem podniósł powieki. Śnieg dalej padał obficie, jednak wiatr ustał. Jacek podniósł głowę z kierownicy, ucichł klakson, który cały czas wył. Zrobiło się dookoła bardzo cicho. Jacek wysiadł powoli z samochodu. Wokół niego wciąż było biało. Przyjrzał się masce bmw. Była wgnieciona do połowy, jakby uderzył w drzewo. Jednak stał na środku pustej drogi. Nagle Jackowi wpadła do głowy pewna myśl. Może potrącił jakieś zwierzę? Nie mógł dostrzec, czy przypadkiem w pobliżu nie ma lasu, czy jakiegoś gaiku. Po chwili zastanowienia wrócił jednak do samochodu. Spróbował zapalić bmw. Silnik nawet nie drgnął. Po kilku kolejnych próbach coś zawarczało pod zdruzgotaną maską, jednak następstwem tego był jedynie słup czarnego dymu, unoszący się z silnika. Jacek westchnął, po czym wysiadł ponownie z samochodu. Nie wiedział co ma w tej sytuacji zrobić. Nie miał telefonu, żeby zadzwonić po pomoc. Nie wiedział w ogóle gdzie się znajduje. Postanowił iść naprzód, zostanie w zepsutym samochodzie nie byłoby dobrym rozwiązaniem.
Świeży śnieg skrzypiał pod jego stopami. Po kilku metrach dostrzegł na ulicy przed sobą ciemny kształt. Coś leżało na drodze. Gdy podszedł bliżej rozpoznał szarą kurtkę i dżinsy. Z przerażeniem stwierdził, że mężczyzna, którego miał przed sobą, nie żyje. Jego ręce i głowa były nienaturalnie wykręcone. Kucnął przy ciele. Czarne wąsy, duży nos, brązowe oczy wciąż otwarte, patrzące gdzieś przed siebie. Jacek wzdrygnął się na ten widok. Smród, który poczuł po przebudzeniu, jeszcze się nasilił. Mimo, że nie mógł dostrzec samochodu, wcale od niego nie odszedł daleko. Zastanawiał się, czy schować ciało. Postanowił jednak je zostawić. Nie miał czasu na nic, musiał iść dalej przed siebie. Ruszył więc, co chwilę ścierając śnieg z twarzy. Po kilkunastu (może nawet kilkudziesięciu?) minutach poczuł się bardzo zmęczony. Wciąż dookoła było biało, nie mógł nawet odróżnić drogi od nieba. Zdawało się, że płynie w chmurach. Wycieńczony padł na kolana, po chwili na twarz.

Gdy się ocknął, czuł śnieg na twarzy. Ruszył powoli rękę i go strzepał, po czym poniósł się i siadł. Był cały obolały. Znów poczuł ten sam smród. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że opady się przerzedziły. I to bardzo. Około dwadzieścia metrów od siebie zobaczył ceglaną ścianę wiejskiego domu. Poprawiło mu to nieco samopoczucie, wstał, by ruszyć w kierunku drzwi. Jednak gdy zrobił krok, drzwi same się otworzyły. Z nich wyszedł gruby mężczyzna w pasiastym swetrze i wełnianych spodniach. Podszedł żwawo do Jacka, zarzucił jego rękę na swoje ramię i zaczął z nim powoli iść.
- Długo tu leżałeś? – spytał spokojnie.
- Nie mam pojęcia… - odpowiedział Jacek. – Chyba zemdlałem.
- Musisz być wykończony. – „I to bardzo”, powiedział sobie w myśli Jacek. – Zaraz damy ci coś do jedzenia i picia. Na pewno jesteś głodny.
Dotarli do drzwi. Mężczyzna puścił przodem Jacka i zamknął drzwi. W środku panowało przyjemne ciepło. Gospodarz pomógł zdjąć Jackowi kurtkę, po czym powiesił ją na wieszaku obok długiego, czarnego płaszcza. Następnie razem weszli do przytulnego salonu. W kominku trzaskał ogień, z kuchni dobiegały odgłosy smażenia. Mężczyzna usiadł w wielkim fotelu i wskazał Jackowi dużą kanapę pod ścianą.
- Połóż się, proszę. – zaprosił go gestem dłoni. – Powinieneś odpocząć. Zaraz dam ci kubek gorącej herbaty.
- Dziękuję. – odpowiedział cicho Jacek, po czym utonął w mięciutkiej sofie.
- Skąd się tu wziąłeś?
Jacek nie miał kompletnie chęci i sił do opowiadania.
- Miałem wypadek samochodem…
- A co się stało?
- Uderzyłem w… - przerwał, bo dotarło do niego, że nie wie w co uderzył. Nagle stanął mu w oczach widok martwego mężczyzny. Może to jego potrącił? Głowa, ręce, wykręcone… leżał kilka metrów od samochodu… to wgniecenie w masce…
- W co? – wyrwał Jacka z namysłu gospodarz.
- W kierownice. – odpowiedział bez namysłu. – Auto wpadło w poślizg i uderzyłem głową o kierownicę. Jak się obudziłem nie chciało zapalić, więc ruszyłem przed siebie.
- Rozumiem… Więc nie masz gdzie spać? Dostaniesz u mnie pokój, akurat mam jeden wolny.
Za to Jacek już nie podziękował. Od razu zasnął.

Obudził się w łóżku. Miał na sobie białą koszulę nocną, leżał w jasnej pościeli. Za oknem świeciło słońce. Wstał i rozejrzał się po pokoju. Pod ścianą dostrzegł krzesło, na którym leżało jego ubranie. Przebrał się więc szybko i wyszedł z pokoju. Na korytarzu były jeszcze tylko jedne drzwi, naprzeciw jego pokoju. Na lewo były schody prowadzące w dół. Zszedł na parter, po czym z korytarza wszedł do salonu. Na fotelu, tak jak wczoraj siedział gospodarz. Jacek usiadł na kanapie.
- Wsadziliście mnie do łóżka? – spytał. – I przebraliście?
- Właściwie ja. – odpowiedział spokojnie gospodarz. – Nie martw się, nie dopuściłem do ciebie żony.
Jacek zastanowił się przez chwilę, czy to rzeczywiście lepiej, żeby zamiast kobieta, rozbierał i ubierał go jakiś grubas.
- Chciałbym się jakoś odwdzięczyć za gościnę. Mógłbym pomóc jakoś w domu.
- Właściwie przydałaby się pomoc na zewnątrz. Po wczorajszej śnieżycy podwórze wygląda strasznie.
Jacek zgodził się skinieniem głowy i wyszedł za gospodarzem z domu. Jednak innymi drzwiami, niż wczoraj weszli. Znalazł się w zasypanym ogrodzie, wciąż lekko padał śnieg, dookoła było kilka podobnych budynków. Przed nimi pracowało kilku ludzi, odgarniając wielkie ilości śniegu. Jacek nie zdążył się nikomu przyjrzeć, bowiem gospodarz dał mu do ręki dużą łopatę i wskazał lewą stronę podwórka.
- Ja się zajmę prawą stroną. – dopowiedział.
Po dwóch godzinach pracy śniegu jakby w ogóle nie ubyło. Jacek miał dość, widząc tak wolne postępy. Podobnie sytuacja wyglądała w sąsiednich ogrodach. Jednak ludzie nie wyglądali na zrezygnowanych. Nagle Jacka zamurowało. Spojrzał na pracującego sąsiada, po lewej stronie domu jego gospodarza. Czarne wąsy… brązowe oczy… i ten duży nos… Nie mógł się mylić. Tego samego mężczyznę widział martwego na ulicy. Tylko skąd, do cholery, on się tu wziął? Nagle odezwał się gospodarz.
- Zmęczyłeś się? – mówił z lekkim zakłopotaniem. – Może pójdziesz do środka i coś poczytasz?
Jacek kiwnął powoli głową. Sąsiad spojrzał na niego swoimi brązowymi, głębokimi oczami, po czym wrócił do pracy. Jacek cofnął się, oparł łopatę o ścianę i wszedł do domu. Otrzepał się ze śniegu, zdjął kurtkę i buty. Po chwili znalazł się w salonie. Usiadł w fotelu, w którym siedział wcześniej gospodarz. Był bardzo wygodny. Na ścianie, po jego lewej stronie stał regał z książkami. Jacek stanął przy nim i wyciągnął pierwszą lepszą. Trafił widocznie na najstarszą, bo miała poszarpane brzegi, kartki w środku były żółte, a tytuł na okładce napisany zwykłym ołówkiem. Chciał jak najszybciej zapomnieć o sąsiedzie, więc zaczął czytać.
Książka okazała się ręcznymi zapiskami okolicznych legend. Wioska musiała mieć długą historię, książka była olbrzymich rozmiarów. W jednym z rozdziałów pisano o klątwie, jaką ta wioska musiała znosić wiek wcześniej.

W 1889 roku przez wieś przejeżdżał bogaty urzędnik. Był w towarzystwie starego czarownika, którego spotkał jakiś czas wcześniej. W tamtych czasach w wiosce mieszkało wielu opryszków, wandali i bandytów. Skuszeni bogatymi zdobieniami, napadli urzędnika, zabijając wszystkich jego towarzyszy. Umierający czarownik, w agonii rzucił klątwę na wioskę, według której każdy, który zginie w tej wiosce tragicznie, będzie potępiony na wieki. Za dnia jego wygląd nie będzie niczego zdradzał, jednak nocą jego ciało powróci do stanu, w którym umarł. Po zachodzie słońca przeklęty nie będzie mógł nad sobą panować, po wschodzie nie będzie pamiętał, co działo się w nocy. Mieszkańcy wioski zignorowali czarownika i żyli dalej… niektórzy nawet po śmierci…

Jacek odłożył książkę na stolik. Jej treść wcale mu nie poprawiła nastroju. Chciał jak najszybciej wydostać się z tego chorego miejsca. Wrócić do domu, do swojego brudnego mieszkania w starej kamiennicy, gdzie nawiedzały go szczury i myszy.
Do salony wszedł gospodarz. Spodnie do kolan miał w śniegu. Z czoła spływała mu strużka potu.
- Pomożesz mi tam jeszcze? – spytał zasapany. – Trzeba skruszyć trochę lodu. – spojrzał na stolik, gdzie leżała książka. Jacek dostrzegł dziwny błysk w jego oczach. – Odłóż tylko ją na regał, ok.? Czekam na zewnątrz. – dodał na koniec i wyszedł.
Kruszenie lodu i przerzucanie go za płot zajęło czas do samego wieczora. Gospodarz zaprosił Jacka na kolację. Siedzieli przy prostokątnym, drewnianym stole. Żona gospodarza przygotowała parówki. Jacek zjadł je ze smakiem, podziękował i poszedł do swojej sypialni. Nie przebrał się, padł od razu na łóżko, zmęczony całym dniem pracy w śniegu. Nie zauważył, kiedy zasnął.

Obudził go szczęk kluczy w drzwiach. Podniósł się na łóżku. Była noc, w pokoju panowały ciemności. Ostrożnie wstał, zaczął rozglądać się za jakąś latarką, czy chociażby świeczką. Przeszukał wszystkie szuflady szafki, która stała obok łóżka, oprócz jednej, ostatniej, która była zamknięta. Chwilę się pomęczył i otworzył siłą zamkniętą szufladę. Jednak zamiast latarki znalazł tam wyjątkowo duży rewolwer. Skąd się tu wzięła broń? Po minucie zastanowienia schował pistolet za pasek u spodni i kontynuował poszukiwania latarki. Jednak nie znalazł już nic. Podszedł więc do drzwi i po cichu starał się je otworzyć. Zamknięte. Nacisnął więc klamkę i naparł na drzwi całym ciężarem ciała. Po kilku pchnięciach zamek pękł i drzwi się uchyliły. Na korytarzu było równie ciemno, jak w sypialni. Z parteru dochodziło mdłe światło. Jacek stanął ostrożnie u szczytu schodów i nasłuchiwał. Usłyszał dziwne skrzypienie. Krok po kroku, schodek po schodku zszedł na parter i wychylił się, by spojrzeć do salonu. Na fotelu siedział gospodarz, głowę zasłonił dłońmi, lekko się trząsł. Wzrok Jacka powędrował na podłogę. Pod fotelem była kałuża krwi. Z przerażenia złapał szybki oddech, który usłyszał gospodarz. Opuścił dłonie i spojrzał na Jacka. Jego twarz była pokiereszowana, w miejscu nosa była tylko krwawa dziura, prawy policzek był rozerwany, odsłaniał szczękę z ubytkami w uzębieniu. Skóra była szaro-zielona, czuć było zapach zgnilizny. Jacek znieruchomiał ze strachu. Gospodarz powoli wstał. Jego ubranie było podarte, całe zakrwawione. Na lewym ramieniu można było dostrzec blade kości. Z prawego uda sterczały rozerwane mięśnie, ścięgna i żyły. Makabryczna postać zaczęła powoli iść w stronę Jacka. Ten natychmiast się odwrócił i skoczył na drzwi wejściowe, które wyleciały z hukiem na zewnątrz. Stanął na ulicy i rozejrzał się dookoła. Z daleka zobaczył kształt, który jeszcze bardziej go przeraził. Był to mężczyzna w pidżamie, z nienaturalnie wykręconymi rękoma i głową. Poruszał się dość szybko w stronę Jacka, więc ten pobiegł w przeciwnym kierunku. Wpadł szybko w pierwsze drzwi, które mijał. Przebiegł od razu przez korytarz, stracił równowagę i przewrócił się w salonie. Po chwili z kuchni wyszła postać kobiety. Cała czerwono-czarna, jej skóra była spalona, z rąk ciekła krew. Z cichym jękiem szła powoli w stronę leżącego na podłodze Jacka, wpatrując się w niego oczami o samych białkach. Przerażony Jacek nagle poczuł ucisk przy spodniach. Przypomniał sobie, że zabrał rewolwer. Wyciągnął więc go i bez dłuższego zastanowienia strzelił w stronę chodzących zwłok. Rozległ się głośny huk, rękę Jacka odrzuciło do tyłu. Z kobiety trysnęła krew, jednak to jej nie zatrzymało, więc Jacek strzelił jeszcze raz. I kolejny. Gdy doszedł do wniosku, że nie powstrzyma potwora, zdecydował się na ostatni, rozpaczliwy krok. Przyłożył sobie lufę do skroni. Mimo wolnie wydał z siebie cichy szept:
- A weź się pierdol. – po czym wcisnął spust. Przed oczami zrobiło mu się biało, a po ułamku sekundy nie było już nic.

Obudził się rano w jasnej pościeli.



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -