Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Wrona

Piotr Mazurkiewicz

Miasto tonęło w ciemności, księżyc tonął w chmurach, ludzie tonęli we śnie. Ulice kąpały się w strugach jesiennego deszczu, budynki ziębił porywisty wiatr, hucząc przy okazji gdzieś w zaułkach. Latarnie nie dawały sobie rady z nieprzeniknioną ciemnością. Ich światło jakby bało się wpadać w niektóre zakamarki betonowej dżungli. To była najczarniejsza noc w historii.
Na jednej z ulic słychać było głośny śmiech, przekleństwa, czasem nawet śpiew. Czyżby był ktoś, kto nie bał się wyjść o tej porze poza bezpieczny dom? Nawet było ich dwóch. Czemu się nie bali? Bo to ich w tej ciemności powinno się bać.
Wędrowali luźnym, poalkoholowym krokiem wzdłuż brudnego chodnika. Samochodzik nawet silił się na opowiadanie dowcipów. Był dość wysoki, ale chudy. Śmiał się prawie bez przerwy. Miał szczupłą twarz, która nigdy nie wyglądała ciekawie, ale z tym zarostem to już była naprawdę odstraszająca. Przemoczone, brudne ubranie wisiało na nim jak skóra na wychudzonym dogu. Obok niego szedł Ostry. Dobrze zbudowany, czarnoskóry osobnik lubujący się w maniakalnym cięciu wszystkiego, co mu się nie podobało. Przed deszczem chroniła go czarna bluza z kapturem, na której plecach znajdował się biały krzyż. Miał twardy, sztywny krok i nie widziano jeszcze uśmiechu na jego twarzy.
-A pamiętasz tego taksówkarza, któremu nieopatrznie podciąłeś gardło?
Ostry pokiwał głową.
-Kwiczał jak zarzynana świnia. Ale lepszy motyw był z tymi dwoma pieskami, co nas chcieli na melinie zgarnąć. –Stwierdził murzyn.
-Pamiętam. –Uśmiechnął się Samochodzik. –Ogień zrobił im takiego grilla, że do dziś czuje zapach spalenizny w pokoju. A tą parkę w teatrze pamiętasz?
-A jak! Sam ich znalazłem, nie?
-Rączka się obłowił.
-Mała nieźle jęczała jak się nią zajmowaliśmy. –Tłumaczył chłodno Ostry.
-A ten gostek? Jak go Ogień postrzelił, to chyba zdążył się wykrwawić zanim się spalił.
-Ta, nieźle się jarało… Jesteśmy. –Powiedział czarny wskazując na wąską, śmierdzącą uliczkę. Nie była zbyt długa. Tylko kilkanaście metrów. Znajdowała się pomiędzy dwoma kamienicami i nie patrzyły w nią żadne okna. Nie było też latarni ani oświetlenia, toteż była naprawdę ciemna. Na jej końcu znajdował się mały, zaniedbany parking, a tuż za nim tyły warsztatu samochodowego. Pomimo późnej, nocnej pory światła wewnątrz nadal były zapalone. Samochodzik chwycił za metalową klamkę i otworzył drzwi. W środku przeszli krótki korytarz, prowadzący do magazynu części. Było to duże pomieszczenie z ogromem stalowych półek przypominających biblioteczne regały. Miast książek znajdowały się nań przeróżne samochodowe części. Od opon zaczynając a kończąc na całych silnikach.
-Mam nadzieję, że te ćwoki już przyszły. –Oświadczył Samochodzik.
Ostry energicznie pchnął duże podwójne drzwi na końcu magazynu, by przejść do warsztatu. Na jego środku stało dwóch mężczyzn.
-No sie… -Przerwał w pół zdania blondyn widząc dwójkę kolegów stojących pośrodku betonowego pomieszczenia wypełnionego zwłokami. Trupy leżały dosłownie wszędzie. W kanałach diagnostycznych, na maskach samochodów, na metalowych schodach prowadzących do gabinetu szefa, na betonowej podłodze, a nawet wisiały na poręczach. Cała posadzka wypełniona była krwią. Czerwona ciecz zbryzgała ściany. Nie uniknęły jej również szyby znajdujące się trzy metry ponad ziemią. Dookoła było pełno dziur po kulach, a w powietrzu unosił się jeszcze zapach prochu.
-Co to kurwa ma być?! –Wrzasnął Ostry.
-Mnie się pytasz?! –Tłumaczył Ogień. –Jak tu weszliśmy, ta trupiarnia już tu leżała!
-I nikogo nie ma? –Rozejrzał się Samochodzik.
-Wszyscy nie żyją kretynie! –Wrzeszczał Rączka.
-Debilu! O sprawcy tego bajzlu mówię!
-Może to gliny nas odkryły? –Gdybał złodziej.
-Wytłukli naszych a żaden z nich nie padł?
Ostry i Samochodzik podeszli do pozostałych.
-Nie pieprzcie na razie głupot, tylko zmywamy się, bo jak to nie gliny, to na pewno zaraz się tu zjawią, a ja nie chcę mieć z nimi teraz jakiegoś gówna.
Reszta skinęła głowami i już mieli wychodzić, kiedy nagle zgasło światło. Nie minęła sekunda jak coś rozmiarów człowieka wskoczyło między nich. Przestępcy zaczęli panikować. Każdy z nich sięgnął po broń. Rozbiegając się na wszystkie strony w świetle wystrzałów dostrzegli jedynie zarys jakiejś sylwetki. Rozległ się cichy jęk.

Ostry otworzył oczy. W warsztacie panował półmrok. Ramię strasznie go bolało. Przyłożył dłoń, by zidentyfikować źródło bólu. Dostrzegł krew na palcach.
-Kurwa! Który z was skurwysynów mnie postrzelił?!
-A to jeszcze nie najprzyjemniejsza rzecz, jaka cię dzisiejszej nocy spotka. –Odrzekł mu tajemniczy głos. Murzyn podniósł głowę i dostrzegł wysoką krótkowłosą postać, stojącą plecami do niego. Miała na sobie czarne jeansy luźno opadające na klamrowe glany. Jego tors zdobiła czarna koszulka z emblematem białego kruka na plecach. Na jego ramieniu wylądowała duża wrona i zaczęła głośno krakać.
-Coś ty za jeden do kurwy nędzy!?
Postać odwróciła się ukazując twarz. W oczy Ostrego wkradł się strach. Jego usta mimowolnie otworzyły się, tworząc coś, co on zwykł nazywać szczękospadem. Ręka przybysza dotknęła ciała murzyna, a w jego głowie momentalnie pojawił się jeden obraz. Była nim pobita, płacząca, prawie omdlała z bólu dziewczyna i czwórka członków gangu znajdujących się gdzieś w tym warsztacie. Ostry przypomniał sobie jak ranił jej skórę swoim nożem, jak wycinał na jej ciele litery, podczas gdy jego koledzy brutalnie ją gwałcili.
-Lubisz na ostro? –Zapytał nieznajomy, po czym zachichotał maniacko. Zimna, ciężka dłoń ścisnęła twarz przestępcy.

-Zamknięte do skurwysyna! –Wrzeszczał Samochodzik. –Jak to kurwa możliwe?! Kto je zamknął?! –Wydzierał się kopiąc drzwi. Nagle światło zapaliło się. Żarówki znowu oświetliły wąski korytarz za magazynem części. Długowłosy blondyn odwrócił się niepewnie, po czym wyciągnął broń.
-Ostry! –Wołał idąc w stronę warsztatu. –Jesteś tam?
Dotarł do celu i rozejrzał się. Nagle drzwi gwałtownie się zatrzasnęły. Jak oszalały dopadł do nich i ze wszystkich sił starał się je otworzyć. Bez skutku. Wtedy coś kazało mu się odwrócić. Spojrzał za siebie i dostrzegł postać w ciemnej bluzie z kapturem stojącą na środku warsztatu.
-Ostry… -Oddychał ciężko –już myślałem, że coś ci się stało. Co tu jest kurwa grane?
Kaptur zasłaniał twarz mężczyzny. Pokiwał głową i wskazał palcem do góry. Na suficie, pięć metrów nad ziemią wisiały prawie nagie zwłoki Ostrego. Zostały przybite do sufitu metalowymi prętami. Na jego nagim torsie wycięto emblemat kruka i napis: „Lubię na ostro”. Krew setkami kropel kapała z ciała.
-Ty sukinsynu! Coś ty mu zrobił! –Pomieszczenie wypełnił przerażający, szyderczy chichot. Samochodzik w mgnieniu oka zmienił magazynek i wycelował w nieznajomego. Nie było go. Oczy blondyna urosły. Odwrócił głowę w bok i znalazł poszukiwanego. Stał kilka centymetrów przy nim. Wrzasnął przerażony, cofnął się kilka kroków i wypalił. Kula przeszyła prawą część klatki piersiowej przybysza. Ten odchylił się pod naporem siły wystrzału. Przerażony strzelec dostrzegł jak rana, z której przed chwilą leciała krew, sama się zabliźnia. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Postać gwałtownie ruszyła w stronę swojego niedoszłego oprawcy. Rozległo się jeszcze kilka strzałów i krzyk ofiary, lecz na nic się zdały. Przestępca poczuł potworny ból na policzku, który w mgnieniu oka przeniósł się na całą głowę. Padł omdlały.

Kiedy Samochodzik rozchylił powieki, dostrzegł przed sobą czarny, sportowy wóz stojący na pochyłej platformie nad kanałem diagnostycznym. Jego prawe koło wycelowane zostało wprost w jego krocze. Chciał się zerwać z posadzki. Obawiał się, że podpory pod kołami samochodu mogą zawieźć. Jego starania spełzły na niczym, gdyż coś przytrzymywało go przy ziemi. Spostrzegł, iż jego nadgarstki i stopy przywiązane są metalową liną holowniczą do haków wbitych w podłogę.
-Co jest kurwa! –Przeklął głośno.
-Samochodzik. Pan lubujący się w motoryzacji i obficie krwawiących kobietach. –Odrzekł mu głos postaci w kapturze stojącej nad nim.
-O co ci kurwa chodzi pierdolony świrze! –Wrzeszczał prawie szlochając.
Mężczyzna położył dłoń na twarzy przestępcy.
-O jedną jedyną niedziele. Tę ostatnią niedzielę… -Zaśpiewał radosnym głosem.
W głowie Samochodzika obudziło się wspomnienie. Dostrzegł małą sypialnię, na którą składały się dwie stare szafy, malutkie, półokrągłe okienko i duży materac otoczony świecami. Leżała na nim para zakochanych, przytulająca się beztrosko w ich najwspanialszy wieczór. Rozległo się pukanie do drzwi. Kobieta wstała i z wolna opuściła pokój, by otworzyć. Minęła nieduży salonik i zakrywając ciało szlafrokiem sięgnęła do drzwi. Na progu nikogo nie było. Między jej nogami przejechał mały samochodzik zabawka. Zdziwiona kobieta powędrowała za nim wzrokiem, a gdy odwróciła się w stronę wejścia, dostrzegła czterech mężczyzn. Murzyna o nieprzyjemnej twarzy, długowłosego blondyna trzymającego w ręku pilot samochodzika, ciemnowłosego osobnika o poparzonej twarzy, oraz chudego, piegowatego wąsacza.
-Ochrona teatru –oznajmił poparzony –publika się na państwa skarży. –Uśmiechnął się i mocno uderzył kobietę. Padła na ziemię.
W głowie Samochodzika pojawiały się kolejne sceny z tamtego wieczoru. Dostrzegł mężczyznę wchodzącego do salonu, którego zaniepokoiły hałasy. Mężczyzna z poparzoną twarzą w jednej chwili wyciągnął broń i strzelił mu w brzuch.
Przestępca przypomniał sobie jak gwałci ranioną wcześniej przez Ostrego kobietę.
I nagle wszystko minęło.
On wprawdzie nadal leżał przykuty do podłogi, ale dziwnej postaci nie było. Usłyszał skrobanie. Przerażony poderwał głowę do góry. Na czarnej masce samochodu dostrzegł dużą wronę pożywiającą się karaluchem. Ptak oderwał się od posiłku i popatrzył żółtymi ślepiami w stronę Samochodzika. Wtem, zza platformy wyłonił się rzeczony nieobecny, trzymając w dłoni jedną z czterech podpórek w kształcie ostrosłupa. Pomieszczenie wypełnił tryumfalny śmiech, któremu towarzyszył blask ostrza ogromnej maczety, którą zakapturzona postać trzymała w drugiej dłoni. Śmiertelnie wystraszony przestępca dojrzał skrawek grubego sznura. Przywiązano go do haka tkwiącego w ścianie. Nietrudno było się domyślić, iż drugi koniec liny przywiązany został do zderzaka samochodu stojącego na platformie.
-Co ty chcesz zrobić czubie jeden! –Wrzeszczał Samochodzik. Mężczyzna upuścił klocek podporowy i podniósł rękę z ostrzem.
-Nie rób tego! –Spodnie przestępcy stały się ciemniejsze, a pod nim pojawiła się kałuża. Maczeta weszła w sznur jak w ciepły plastik, dzieląc go na dwie części. Samochód nie posiadał już asekuracji i niesiony prawami fizyki najechał na szamoczącego się blondyna. Okolice wypełnił przerażający krzyk. Tylne koło wozu zatrzymało się na brzuchu ofiary. Na dachu widniał emblemat białego kruka, który jak na ironię namalował Samochodzik.

Rączka patrzył na to z góry niedowierzając własnym oczom. Duża, czarna wrona usiadła na dachu. Przekręciła głowę i spojrzała w jego stronę. Zaraz po niej to samo uczyniła postać w kapturze. Rączka przeraził się. Jak oszalały wbiegł do gabinetu szefa i zatrzasnął za sobą masywne drzwi. Wyciągnął broń i schwał się za biurkiem. Oddychał coraz ciężej. Serce miażdżył mu strach. Rozległ się cichy dźwięk ciężkich butów stukających o metalowe schody. Wąsacz aż podskoczył. W miarę upływu czasu kroki stały się coraz głośniejsze, aż w pewnym momencie ucichły. Rozbrzmiało pukanie do drzwi. Rączka drgnął po raz drugi. Jego rewolwer mało nie wypalił. Powoli wystawił głowę ponad blat biurka. Szyba w oknie pękła z potwornym hukiem, a do środka wleciał duży, czarny ptak. Złodziej z przerażenia z powrotem ukrył głowę. To uratowało mu życie. Niecałą sekundę później, kilka centymetrów nad drewnianym blatem, śmignęły wejściowe drzwi. Hałas był tak ogromny, że wytrącony z równowagi Rączka uciekł w sąsiedni róg pokoju. Dostrzegł zakapturzonego mężczyznę stojącego w progu. W ręku trzymał maczetę, a na jego ramieniu siedziała wrona.
-Kim…kim ty jesteś i co zrobiłeś Samochodzikowi?! –Złodziej wyjąkał drżącym głosem.
-Powiedzmy, że miał odjazd. –Powiadomił przybysz radosnym głosem.
-Co?!
-Zmarło mu się.
-Nie zbliżaj się, bo cię zabije… -Ostrzegał przestępca wymachując bronią.
-Nie… Poważnie? A ja zawsze chciałem umrzeć na raka. –Oznajmił człowiek w kapturze robiąc parę kroków w przód. Rączka wypalił sześć razy, opróżniając przy tym bębenek. Kiedy podniósł wzrok by zobaczyć swoje dzieło, jego ofiara nadal stała, a jej rany kolejno się zabliźniały. W końcu nie zostało po nich śladu. Na twarzy niedoszłego oprawcy pojawiło się przerażenie graniczące z obłędem. Przybysz podszedł do złodzieja i energicznie chwycił go za ubranie. Wtedy ten zobaczył we wspomnieniach mały domek na tyłach starego teatru. Pamiętał go. To tam jego koledzy zgwałcili i zabili młodą kobietę a jej męża spalili razem z teatrem. Lecz nim to nastąpiło, on zdążył zabrać wszystkie wartościowe rzeczy. Zabrał też białą maskę mima z lustra w sypialni. Ot tak. Bo była ładna.
-Wiesz, że w średniowieczu złodziejom ucinano ręce? Ach… -Westchnął przybysz. –Średniowiecze, moja ulubiona epoka.
Ściągnął kaptur z głowy.
-O Boże… -Wyksztusił Samochodzik.
-Mów mi Misiek.
-Co chcesz zrobić?! Odejdź pieprzony psycholu!
Postać szybkim ruchem pozbawiła złodzieja nadgarstka. Krew chlapnęła na ścianę. Z gardła ofiary wyrwał się przeraźliwy wrzask. Kolejne cięcie. Lewy nadgarstek upada na ziemię. Samochodzik opętany spazmami bólu zemdlał. Przybysz uśmiechnął się.
-Ręce, które kaleczą.

Klapa w podłodze ostrożnie otworzyła się. Ogień wyjrzał, by ocenić sytuację. Cisza. W magazynie nikogo. Szafka z metalowymi częściami stojąca przed nim w momencie powędrowała na ścianę. Na jej miejscu stanął mężczyzna w kapturze. „Kurwa mać!” Pomyślał podpalacz i zatrzasnął właz. Zabarykadował go dodatkowo stalową zasuwą i w pośpiechu zbiegł na dół. Rozległ się głośny huk, a wraz z nim trochę światła wpadło do piwnicy. Ogień sięgnął po broń. Na schodach rozległy się kroki.
-Gdybym miał gitarę, gdybym ja ją miał, zagrałbym ci ja pogrzebowego marsza a potem ją sprzedał… -Nucił niezidentyfikowany głos. Przestępca tylko czekał aż jakaś sylwetka wyłoni się zza rogu. Rozległo się głośne krakanie. Ogromna wrona wyleciała zza węgła i zaatakowała mu twarz. Ten zaczął wrzeszczeć. Wypalił kilka kul, lecz w końcu upuścił broń.
-Moje oczy! –Wrzasnął i osunął się na ziemię. –Wydłubał mi pierdolone oczy.
-To bolesne. –Oznajmił mu tajemniczy głos. –Ale musisz spojrzeć prawdzie w oczy.
-Czego chcesz pieprzony pojebie!?
-Wiem, czego ty chcesz. Okulisty bracie.
-Zostaw mnie w spokoju!
-A ty zostawiłeś mnie w spokoju? Zostawiłeś mnie i moją dziewczynę wtedy w teatrze? –Pytał przybysz. –Odpowiedz!
-Co ty pierdolisz!?
-O nie mów, że nie pamiętasz? Przypomnisz sobie. Na pewno już to widzisz. W ciepłą jesienną noc. Dokładnie rok temu. Przyszedłeś do mojego domu, ze swoimi kolesiami. Na tyły teatru.
Ogień kulił się w spazmach bólu.
-To… to niemożliwe. To nie możesz być ty… Zabiliśmy cię wtedy…
-O zapomniałem powiedzieć. Niespodzianka! –Wykrzyknął przybysz rozentuzjazmowanym głosem. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Pod wilgotnymi ścianami leżał samochodowy złom. Gdzieś obok walały się puszki z farbą, jakieś stare narzędzia. Aż w końcu dojrzał to, czego szukał.
-I popatrz co mamy. Rozpuszczalnik. Podobno dobry na oparzenia. –Podszedł i wziął dwie butelki.
-Nie rób tego… -Szeptał ogień błagalnym tonem. –Bądź człowiekiem.
-Limit ludzkich odruchów wyczerpał mi się przed rokiem. –Stwierdziła postać oblewając podpalacza. Sięgnęła mu do kieszeni wyjmując zapalniczkę.
-Pożyczę na moment co?
-Błagam…
-Masz rację. –Stwierdził po chwili namysłu. –Nie mogę tego zrobić…
Ogień odetchnął głęboko. Mężczyzna odszedł kilka kroków i rzucił zapaloną zapalniczkę. Ciało zapłonęło. Ogień zaczął wrzeszczeć.
-…z tej odległości. Przecież bym się poparzył. –Dodał przybysz wychodząc na zewnątrz. Zamknął drzwi i białą kredą narysował na nich emblemat kruka i podpisał pod spodem: „Nie przeszkadzać. Solarium.”
Tajemnicza postać w czarnej bluzie i jeansach, z wroną na ramieniu szła wzdłuż warsztatu kierując się do wyjścia. Przystanęła na chwilę. Podniosła wbity w podłogę wzrok i spojrzała pod sufit. Jego twarz pokryta była białym pudrem. Usta pomalowane miał na czarno i przedłużone w mroczny uśmiech. Czarna szminka biegła też dwiema liniami od połowy czoła przez oboje oczu, by skończyć się poniżej ust. Te zaś rozszerzyły się w psychopatycznym uśmiechu.
-Kiedy komuś coś zabierzesz, prędzej, czy później ktoś przyjdzie, by się o to upomnieć. –Uśmiechnęła się. Po chwili drzwi wejściowe trzasnęły i w pomieszczeniu zapanowała cisza.
Troje młodych chłopców ukrywających się na belkach podporowych spojrzało na siebie pytającym wzrokiem…



Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -