Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)




Martwe Spojrzenie

Michał Talaśka

Michał siedział na kanapie wpatrzony w telewizor. Gdyby nie niebieskawe światło błyskające z ekranu, to w pokoju byłoby całkiem ciemno. W mieszkaniu brakowało kobiecej ręki. Na podłodze porozrzucane ciuchy, na stole pudełko po pizzy z niedojedzonym kawałkiem w środku, meble pokryte kurzem. Wsunął rękę w stertę gazet. Po chwili wydobył z niej pilota. Ze znudzonym wzrokiem zaczął skakać po kanałach. Reklamy... Tele-zakupy... Reklamy... Sex Telefon... Powtórka „Z archiwum X”... Nacisnął przycisk odpowiedzialny za wyłączenie odbiornika. Odczekał chwilę, aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności i wstał. Ruszył przez pokój w kierunku wyjścia. Potknął się o coś i zaklął pod nosem. Wszedł do przedpokoju i zapalił światło. Na ziemi spał pies, który natychmiast się zbudził. Mężczyzna podrapał go za uchem i odszukał smycz, na co zwierzę zareagowało merdaniem ogona. Założył kurtkę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Ściany były obwieszone kolorowymi zdjęciami oprawionymi w ramki. Większość z nich przedstawiało jego wraz z żoną i córką. Im dłużej przyglądał się roześmianym fotografiom, tym bardziej jego twarz smutniała. Doszedł do wniosku, że musi je ściągnąć i schować. Ale nie teraz. Nie miał na to ochoty. Przyczepił psu do obroży smycz. Nałożył buty i zawiązał je niedbale. Wyprostował się, zapinając kurtkę pod samą szyję. Koniec smyczy obwinął sobie wokół nadgarstka. Wyszedł z mieszkania zapominając o zapalonym świetle. Był roztargniony, ale kto w jego sytuacji by nie był? Zamknął za sobą drzwi na klucz, który wcisnął do kieszeni czarnych dżinsów. Stanął przed blokiem i wziął głęboki oddech. Oczy zaszły mu łzami. Jeśli ktoś go nie znał, mógłby pomyśleć, że to na skutek lodowatego powietrza wypełniającego jego płuca. Cóż... Ten ktoś by się pomylił.

Była wyjątkowo mroźna, grudniowa noc. Dochodziła godzina 23:30. Jutro sobota, więc Michał mógł pozwolić sobie na nocny spacer z psem, nie przejmując się, że nazajutrz nie wstanie do pracy. Stąpał po chodniku, pokrytym warstwą pożółkłych liści. Nie widział w pobliżu nikogo. Tylko on i jego pies. To była bardzo spokojna noc. Jedynie kruki siedzące na gołych gałęziach drzew przerywały ciszę swoimi posępnymi okrzykami. Nie obrał sobie żadnego celu. Po prostu szedł przed siebie ulicą Panewnicką i rozmyślał. Myślał o swojej żonie, Kasi. On i Kasia poznali się w szkole średniej. Trafili do jednej klasy i od razu się w sobie zakochali. Ale jak można było się w niej nie zakochać? Była taka piękna. Jej ciało było idealne, jakby wyrzeźbione w marmurze przez samego Michała Anioła. Na jej twarz można było patrzeć całymi godzinami. Usta - nie za wąskie, nie za duże, czerwone jak ogień i tak samo gorące. Mały zgrabny nosek i oczy. Duże oczy koloru wzburzonego morza. I tak samo jak morze niebezpieczne, ponieważ można było w nich utonąć. Jej długie blond włosy spływały na ramiona i sięgały prawie pasa. Odkąd się poznali, nie potrzebowali już innych przyjaciół, cały wolny czas spędzali z sobą. Już od początku liceum razem wyjeżdżali na każde wakacje. Najczęściej jeździli nad Bałtyk. Mogli godzinami spacerować brzegiem morza trzymając się za ręce. Przytuleni, w milczeniu obserwowali zachód słońca, po czym kochali się na piasku przy akompaniamencie pluskających fal. Było im razem cudownie. Ale te czasy minęły bezpowrotnie. Nie mógł uwierzyć, kiedy odebrał telefon z informacją, że ma stawić się w kostnicy, w celu rozpoznania zwłok. "To jakaś potworna pomyłka. Jesteśmy razem 15 lat, obiecaliśmy sobie wieczną miłość! Ona nie może nie żyć!" -myślał, przekraczając progi kostnicy. Kiedy lekarz wysunął przed nim półkę z ciałem i odsłonił płachtę, którą było nakryte, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Twarz jego żony, zawsze wesoła i uśmiechnięta, zastygła w smutnym, niemym wyrazie.

Zastanawiał się teraz, dlaczego akurat dla niego życie było tak okrutne. Co on takiego zrobił? Czy był złym człowiekiem? Takie właśnie pytania chodziły mu po głowie. "Nie" -odpowiadał sobie w myślach. "Nie byłem zły... Więc dlaczego, do cholery, los odebrał mi żonę i córkę?". Kasia, zginęła 4 lata temu. Wracała właśnie z zakupów, gdy przechodząc przez przejście dla pieszych wpadła pod samochód. Kierowca był pijany, uciekł z miejsca wypadku. Aresztowano go kilka godzin później. Po krótkiej rozprawie sąd odebrał mu prawo jazdy i skazał na 10 lat pozbawienia wolności
-Czy to ona? -Zapytał wtedy lekarz. Michał nie potrafił wydobyć z siebie żadnego słowa. Oczy zaszły mu łzami, z trudem przełknął ślinę. Jedyne, na co się zdobył, to prawie niewidoczne, potwierdzające skinienie głowy.
-A więc dziękuję, to już wszystko. -Kontynuował lekarz obojętnym tonem. Jakby od niechcenia nakrył z powrotem zimną, siną twarz, którą Michał jeszcze wczorajszej nocy tak namiętnie całował.
-Niech pan wraca do domu. -Usłyszał. Ale nie chciał wracać. Nie potrafił się ruszyć z miejsca. Jak miał wrócić do domu i powiedzieć pięcioletniej córeczce, że mamusia nie żyje? Lekarz odczekał chwilę, aż Michał odejdzie. Zrozumiał, że się na to nie zanosi, więc wymownie odchrząknął. Nie odniósł pożądanego efektu. Ciężko westchnął, obrócił się na pięcie i odszedł.
Michał nie pamięta, jak wrócił do domu. Pamięta natomiast morze łez. Swoich oraz Karoliny -jego córki.
Karolina była bardzo pogodnym dzieckiem. Zawsze uśmiechnięta, wszędzie było jej pełno. "Żywe srebro" -to określenie nie pasowało chyba do żadnego dziecka tak dobrze, jak do niej. Była śliczna. Widać było, że odziedziczyła urodę po matce. Wyglądała, jak miniaturka Kasi. Kiedy Michał jej powiedział, że mama nie żyje, uśmiech już na zawsze zniknął z jej twarzyczki, jakby wymazany magiczną gumką. Postanowił sobie wtedy, że zrobi wszystko co w jego mocy, żeby chociaż trochę stłumić ból, narodzony w sercu dziewczynki, która tak szybko straciła matkę. Kupił jej nawet psa, dwumiesięcznego owczarka niemieckiego. Nazwali go Master. Karolina zawsze bardzo chciała mieć zwierzaka, ale Kasia była uczulona na sierść.

Po czterech latach od wypadku udało im się wieść w miarę normalne życie. Niestety wtedy wydarzyła się kolejna tragedia. Michał, kiedy tylko mógł, starał się odbierać córkę ze szkoły. Tego właśnie dnia czekał na nią. Gdy skończyła lekcje i schodziła po schodach wejściowych, poślizgnęła się na jednym ze stopni i straciła równowagę. Za nią szło dwóch dziesięciolatków. Byli pochłonięci rozmową o kreskówce, którą widzieli wczoraj w telewizji. Jeden z nich tak energicznie gestykulował, że przez przypadek uderzył w plecy dziewczynki, która poleciała do przodu i stoczyła się w dół schodów, niczym szmaciana lalka. Michał podbiegł do niej, nie wiedząc co robić. Z przerażeniem w oczach ujrzał jej szyję, przez którą przebijała się kość. Reanimacja nie miała sensu - dziewczynka skręciła kark.

Michał był architektem, pracował w biurze projektów. Po tym wypadku szef zaproponował mu płatny urlop, żeby mógł dojść do siebie, ale on odmówił. Wiedział, że musi mieć jakieś zajęcie, oderwanie od brutalnej rzeczywistości, bo inaczej postrada zmysły.
Szedł przed siebie a lodowaty wiatr rozwiewał jego ciemne, bujne włosy. Był przystojnym mężczyzną, ale trzytygodniowy zarost i podkrążone oczy nieco maskowały ten fakt. Źle sypiał, odkąd miesiąc temu przyszło mu pochować drugą ukochaną osobę. Czasem zastanawiał się, czy zatrzymać psa. Gdy na niego patrzał, od razu przypominało mu się, jak Karolina się z nim bawiła. Szybko dochodził do wniosku, że nie może go oddać. Master był mu potrzebny, był jego jedynym towarzyszem.
Nie zdawał sobie sprawy, że właśnie przechodzi obok cmentarza. Gdy mijał główną bramę, Master zaczął obwąchiwać latarnię, z której wydobywało się mętne światło. Naprężona smycz wyrwała mężczyznę z zamyślenia. Zatrzymał się, aby poczekać na psa. Rozejrzał się niepewnie. Wyglądał jak ktoś nagle obudzony ze snu. Po chwili uświadomił sobie, gdzie się znajduje. Od czasu pogrzebu nie był w tym miejscu ani razu. Przechodził poważny kryzys wiary. Dlaczego Bóg najpierw dał mu tak wspaniałą rodzinę, a później brutalnie mu ją odebrał? Wpatrywał się w bramę cmentarza. Po chwili dołączył do niego Master i podobnie do swojego pana zwrócił łeb w kierunku wejścia.
-Wchodzimy? -Zapytał psa. Czworonóg popatrzał na niego i pochylił łeb, ale oczywiście nie odpowiedział. Michał rozpiął kurtkę i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni piersiówkę. Pociągnął kilka łyków. Gdy wkładał ją z powrotem, zauważył, że ma na sobie bluzę swojej ulubionej kapeli – Metalliki. Przedstawiała ona okładkę jednej z ich najpopularniejszych płyt. Znajdował się na niej cmentarz z trzema rzędami nagrobków w kształcie krzyży. „Ciekawy zbieg okoliczności” -pomyślał.
-No dobra, chodź. -Powiedział. Przekroczyli bramę. Na cmentarzu również panowała cisza i spokój. O tej porze nikogo już tam nie było. A przynajmniej na to wyglądało. Szli między długimi rzędami grobów, spowitymi nocną, grudniową mgłą. Gdzie niegdzie paliły się jeszcze znicze. Nagle z nieba zaczęły nieśmiało opadać drobne płatki białego puchu. Pierwszy śnieg tej zimy. Szli długo, grób Karoliny znajdował się daleko od wejścia. Cmentarz był sporych rozmiarów, jeden z największych w Katowicach. Minęło trochę czasu, zanim dotarli na miejsce. Michał zatrzymał się, pies posłusznie zrobił to samo. Spojrzał na nagrobek. „1997 – 2006” -smutno głosił napis pod nazwiskiem. Życie zabrane tak szybko. Tak brutalnie. Zamknął oczy. Łza spłynęła mu po policzku i zawisła na brodzie. Było tak zimno, że jeszcze chwila i zamieniłaby się w sopel. Mężczyzna spojrzał w mroczne niebo i wyszeptał „Boże, dlaczego mnie też nie zabierzesz?”. Nagle, jakby w odpowiedzi na pytanie, sierść na grzbiecie Mastera zjeżyła się.
-Co się stało?
Tym razem pies jednak odpowiedział. Odpowiedział swojemu panu warczeniem.
-O co Ci chodzi?
Pies wpatrywał się nieustannie w grób swojej byłej właścicielki. Michał doczekał się kolejnej odpowiedzi - tym razem szczęknięcia. Nagle zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Usłyszał ciche, delikatne skrobanie. Zamarł w bezruchu, chciał zlokalizować źródło tego dźwięku. Wytężył słuch. Skrobanie było teraz słychać wyraźniej. Zrobił krok w kierunku mogiły. W tym momencie przerażający dźwięk ustał. Odetchnął z ulgą. "To pewnie mysz albo szczur...". Uspokoił się. "Jestem przemęczony, muszę się w końcu wyspać", powiedział w myślach. Odwrócił się. Już miał odejść i wrócić do domu, kiedy nagle usłyszał agresywny, głuchy łomot. Brzmiało to, jakby ktoś lub coś zostało zamknięte w skrzyni i zakopane pod ziemią panicznie uderzało w jej ściany, próbując się wydostać. Stał przez chwilę, czekając, aż łomot ucichnie, ale tak się nie stało. Przeciwnie, stawał się coraz głośniejszy i coraz bardziej intensywny, wręcz szaleńczy. W pewnym momencie wydawało mu się nawet, że słyszy jęk, ale nie był pewny, ponieważ łomot zagłuszał niemal wszystko. Ruszył z powrotem w kierunku grobu. Serce waliło mu jak oszalałe. Stanął nad nim i już był pewny, że hałas wydobywa się z jego wnętrza.
-Co jest, do cholery?
Był przerażony, chciał uciekać ile sił w nogach. Tylko niezdrowa fascynacja kazała mu tam stać i nasłuchiwać. Tak go pochłonęło to dziwne zjawisko, że nawet nie zauważył, kiedy wypuścił z dłoni smycz. Usłyszał tylko jej szuranie po dróżce, gdy pies biegł gdzieś między drzewa. Nie przyszło mu do głowy, żeby się za nim udać. Master jest zbyt posłuszny i bardzo przywiązany, żeby tak po prostu uciec i nie wrócić. Zapadła cisza, która była jeszcze gorsza od hałasu wydobywającego się z dna grobu. Przerwał ją przeraźliwy pisk cierpiącego zwierzęcia.
-Master? Master! -Krzyknął Michał i pobiegł w kierunku, w którym uciekł pies. To, co zobaczył na miejscu, wywołało w nim odruch wymiotny. Na ziemi, w kałuży krwi leżał Master. Miał rozpruty brzuch. Jego gorące, parujące wnętrzności, leniwie wypływały na ziemię. Białe żebra błyszczały w świetle księżyca. Dopiero teraz zauważył, że kilka kroków od psa ktoś stał. Postać trzymała w dłoni coś wielkości jabłka i powoli zbliżała ów przedmiot do ust. Podszedł bliżej, aby się przyjrzeć. To nie było jabłko, to było serce Mastera. Postać otworzyła szeroko usta, żeby wziąć duży kęs, obnażając tym samym dwa rzędy zepsutych zębów. Michał dostrzegł na jej języku wijące się glisty. Skierował wzrok wyżej, aby ujrzeć twarz oprawcy. Człowiek nie miał nosa. Na środku jego twarzy mieściły się obok siebie dwie, trójkątne dziury. Był prawie łysy. Na głowie widniały tylko pojedyncze kosmyki rzadkich, siwych włosów. Skóra miała zielonkawy odcień. Wyglądała, jakby nadgnita. Była jak stare płótno opinające kości, które z łatwością przebijały ją przy każdym, większym ruchu. Człowiek miał na sobie garnitur. A raczej strój, który kiedyś był garniturem. Teraz to były brudne, podarte łachy.
-Ty draniu... Jak możesz? -Wycedził przez zęby Michał. Człowiek wcześniej nie zauważył jego obecności, dopiero teraz zwrócił na niego uwagę. Powoli odwrócił głowę w jego kierunku. To, co było w nim najbardziej przerażające, to oczy. Bezbarwne, zamglone, niczym oczy ślepca. Zwrócił je w kierunku serca, które nadal trzymał w dłoni. Przyglądał mu się przez chwilę, po czym wbił wzrok w Michała. Doszedł do wniosku, że on będzie smaczniejszym kąskiem. Wypuścił serce, które uderzając o ziemię wydało dźwięk, jaki wydaje z siebie mokra gąbka, która spadła na podłogę. Ruszył powoli w jego stronę, wyciągając przed siebie ręce. Szedł powoli. Jego prawa noga prawie nie odrywała się od ziemi, ciągnął ją za sobą.
-Nie podchodź do mnie! Zaraz wezwę policję!
Ale stwór nie reagował na komendy. Wydał z siebie tylko ponury dźwięk, przypominający jęk potępieńca. Michał zrobił krok do tyłu, nerwowo rozglądając się po ziemi w nadziei, że znajdzie coś, co posłuży mu jako broń. Jego wzrok zatrzymał się na niewielkim kamieniu. Podniósł go szybko i powiedział :
-Nie podchodź, bo rzucę. Ja nie żartuję!
Ale postać dalej sunęła w jego kierunku.
-Niech cię szlag! -Krzyknął i targany gniewem, z całych sił rzucił kamieniem w kierunku wroga. Niestety w rzucie brakowało precyzji. Bryła przeleciała obok jego głowy i zatrzymała się kawałek dalej, uderzając w nagrobek. Michał nie chciał walczyć, nie twarzą w twarz. Za bardzo bał się kogoś, kto bez mrugnięcia okiem zamordował psa i chciał pożreć jego wnętrzności. To psychopata, od takich należy trzymać się z daleka. Odwrócił się i zaczął uciekać. Biegł szybko w kierunku głównego wyjścia. Zatrzymał się po kilku minutach. Miał wrażenie, że zaraz wypluje płuca. Nie był przyzwyczajony do takiego wysiłku. Oparł dłonie o kolana i zaczął ciężko oddychać. Pomimo mrozu pot spływał mu po twarzy. Wyprostował się i już miał biec dalej, gdy nagle po swojej lewej stronie zauważył kaplicę. Jej drzwi były otwarte. Pomyślał, że w środku może być ktoś, kto mu pomoże. Po chwili wahania ruszył w jej kierunku. Wszedł do środka i obrzucił pomieszczenie szybkim spojrzeniem. Oświetlało je słabe światło księżyca, sączące się ze świetlika umieszczonego w suficie. W środku nikogo nie było. W powietrzu unosił się słodkawy odór zgnilizny. Pod każdą ze ścian znajdowały się trzy półki, na każdej leżała trumna. Michał spostrzegł, że jedna z nich była otwarta. Przy niej, na ziemi, widniały ślady butów odbite w grubej warstwie kurzu. Prowadziły do wyjścia. Wszystko wskazywało na to, że wieloletni mieszkaniec trumny niedawno ją opuścił.
-Czy to możliwe? -Zapytał sam siebie. -Żywy trup?
Przypomniał sobie o pewnej książce, którą miał na półce. Zatytułowana była "Niewytłumaczalne zjawiska". Przekartkował w myślach jej rozdziały. Autor pisał o nawiedzonych domach, o Wielkiej Stopie i UFO, ale to? Żywe trupy występowały tylko i wyłącznie w horrorach klasy B. Były wymysłem reżyserów, chcących w jak najbardziej makabryczny sposób przestraszyć widza. To wszystko. Nigdy nie słyszał żadnych doniesień na ten temat. Nic co mogłoby wskazywać na to, że tkwi w tych filmach choć ziarno prawdy. Musiał się upewnić. Podszedł do otwartej trumny i zajrzał do środka. Niestety była pusta. Ale to jeszcze nic nie znaczyło. „Ktoś mógł przecież wynieść z niej zwłoki” -pocieszał się w myślach. Postanowił sprawdzić inną. Powoli obrócił głowę w lewo, potem w prawo. Wybór padł na długą, dębową trumnę, ozdobioną srebrnym krzyżem. Zbliżył się do niej i spróbował otworzyć. Ciężko było, ale po chwili wieko odpuściło i w Michała uderzyła ściana smrodu rozkładającego się ciała. Zwłoki leżały na swoim miejscu. Wyglądały obrzydliwie. Zielonkawa, pomarszczona twarz wpatrywała się w sufit. Trup nie miał powiek, dodawało mu to jeszcze więcej groteskowości. Do jego otwartych ust wbiegł nieduży pająk, po chwili wydostając się przez nos. Nagle głowa zmarłego przechyliła się w stronę mężczyzny. Martwe oczy spojrzały wprost na niego. Wystraszył się i odskoczył do tyłu. Ale nic więcej się nie wydarzyło. To musiał być przypadek. Pośmiertny odruch, czy coś w tym stylu... Podszedł z powrotem do trumny żeby ją zamknąć. Nie zdążył zareagować, z jej wnętrza wyłoniła się ręka i złapała go za szyję. Trup otworzył szeroko usta w nadziei, że uda mu się pożywić intruzem. Zaczął podnosić głowę. Michał złapał szybko za wieko i zamknął je z trzaskiem. Ręka trupa nadal ściskała jego szyję. Chwycił ją i rzucił w róg pomieszczenia. Wciąż się ruszała. Michał zaczął się pośpiesznie wycofywać. Gdy stanął w progu, jedna z trumien zaczęła drgać, po niej druga i trzecia. Był przerażony, nogi miał jak z waty. Nie potrafił się ruszyć. Do jego uszu dotarł dźwięk, działający jak zastrzyk adrenaliny zmuszający do ucieczki. Było to skrzypienie, przypominające otwieranie słabo naoliwionych drzwi. Zdał sobie sprawę, że jest to dźwięk otwieranego wieka trumny, do której przed chwilą zaglądał. Nie chciał czekać, aż nieboszczyk wyjdzie ze swego lokum, zemścić się za straconą rękę. Ruszył przed siebie ile sił w nogach. W głowie miał tylko jedną myśl -dobiec do domu i zamknąć drzwi na wszystkie spusty. W tym szaleńczym biegu nie zauważył przed sobą solidnej gałęzi, ukrytej w nieprzeniknionej nocy.
-Kurw... -Tyle zdążył powiedzieć, uderzając w nią głową. Padł nieprzytomny na ziemię. Gdy ocknął się po chwili, okazało się, że leży we własnym łóżku.
-Dzięki Bogu, to tylko sen. -Ucieszył się. Nagle do pokoju ktoś wszedł. Michał wytężył wzrok, ale było zbyt ciemno.
-K-kim jesteś?
-To ja, głuptasie. A kogo się spodziewałeś? Przecież Karolina już dawno śpi -Odpowiedziała mu Kasia.
"Czy to możliwe? Czyżby to wszystko było jednym, wielkim koszmarem?"
-Co Ci się śniło? Strasznie krzyczałeś.
-To głupie... Ale śniło mi się, że straciłem Ciebie i Karolinę... -Odpowiedział po chwili namysłu.
-Jak to "straciłeś"? Odeszłyśmy od Ciebie?
-Nie... Zginęłyście... W strasznych wypadkach...
Kasia zachichotała. Podeszła bliżej i usiadła na łóżku.
-To nie jest śmieszne! Na szczęście to tylko sen...
-Oczywiście, że sen. Oglądasz po nocach te głupie horrory, to teraz masz za swoje.
-Ale to nie był zwyczajny sen... Był bardzo realistyczny.
-Każdy sen świeżo po obudzeniu wydaje się realistyczny. Kiedy rano będziesz mi go opowiadał, to się uśmiejemy.
-Wątpię... Dużo czasu będzie musiało minąć, żebym dał radę się z tego otrząsnąć.
-Och, głuptasie. -Powiedziała wesoło. -Daj całusa na dobranoc. To przegoni wszystkie koszmary.
Pocałowali się. Nagle Michał poczuł, że coś wsuwa mu się do ust. Pomyślał, że to język Kasi, więc przywitał go swoim. Ale to, co wyczuł nie było jej językiem. Dziesiątki małych robaków wybiegły z jej gardła wprost do jego. Chciał krzyknął, ale dławił się nimi.
-Odejdź ode mnie! -Udało mu się wreszcie wydobyć z siebie. Odepchnął ją i zaczął wypluwać obślizgłe robale.
-Ale Kochanie, o co Ci chodzi? Już mnie nie kochasz? -Gdy wypowiedziała te słowa, jej żuchwa oderwała się i spadła na dywan.
-Jezu! Jesteś jedną z nich!
Chciał odskoczyć w bok, ale jego nogi zaplątały się w prześcieradło. Stracił równowagę i spadł z łóżka. Kasia stanęła nad nim. Zaczęła mu grozić palcem. „Nieładnie” - powiedziałaby, gdyby jej dolna szczęka nie leżała na ziemi. Zaczęła mu się przyglądać. Jej oczy w jednej sekundzie przemieniły się z niebieskich w szare, ale mimo to płonęły nienawiścią. Nie mógł na nią patrzeć, nie potrafił uciec. Był zbyt zdezorientowany. Walczyć z nią? Poddać się? Nie miał pojęcia co zrobić. Zasłonił rękami oczy i czekał. Nic się jednak nie stało, więc je otworzył. Okazało się, że leży na ziemi na cmentarzu.

Usiadł i złapał się za głowę. Potwornie go bolała. Śnieg padał teraz znacznie mocniej, wszędzie zrobiło się biało. Wstał i się otrzepał. Nagle usłyszał szuranie. Wytężył wzrok. Kilka metrów przed sobą ujrzał psa. Zwierze szło powoli. Ciągnęło za sobą coś, co wywoływało owe szuranie. Michał nie mógł uwierzyć własnym oczom. To był Master.
-Piesku, ty żyjesz? To niemożliwe!
Przyjrzał mu się dokładnie. Jego zdziwienie przerodziło się w przerażenie. Pies toczył pianę z pyska. Oczy miał zamglone, zupełnie jak jego morderca. Zdał sobie sprawę, co wywoływało szuranie. Z rozprutej jamy brzusznej Mastera zwisały jelita, które ten ciągnął za sobą, pozostawiając na śniegu krwawe wzory. Wiedział, że to już nie jest jego pies. Widział przecież jak tamten człowiek trzymał w dłoni jego serce. Master nie miał prawa żyć, a mimo to stał teraz cztery metry przed nim. Przykucnął na przednich łapach, szykując się do skoku. Michał zrobił krok w tył, na co pies zareagował ostrym warknięciem.
-Spokojnie. -Uspokajał go właściciel. Ale dla Mastera Michał już nie był panem. Był celem. Nie czekał długo, żeby atakować. Wyskoczył przed siebie z rozdziawionym pyskiem. Uderzył w klatkę piersiową Michała, powalając go na plecy. Od razu rzucił się do gardła, ale mężczyzna był szybszy. Złapał dłońmi szczęki, nie pozwalając się ugryźć. Po chwili siłowania udało mu się wyskoczyć spod psa. Stanął nad nim, chwycił oburącz jego łeb i szepnął „Przepraszam piesku” -po czym przekręcił z całych sił w lewo, wywołując gruchot, przypominający dźwięk łamania suchej gałęzi. Ogarnął go wielki smutek. Zamknął oczy i padł na kolana. "To jest bez sensu" -pomyślał. "Opuścili mnie wszyscy, których kochałem...". Zdawał sobie sprawę, że powinien się stąd wynosić. Było zbyt niebezpiecznie. Ale gdzie miał uciekać? Do pustego domu, w którym od lat nikt się nie uśmiechał? Do pokoi, w których wciąż były porozrzucane zabawki, mimo że dziecko już się nimi nie będzie bawiło? Czy może do pustego, zimnego łóżka? Był zrozpaczony. Za każdym razem, gdy spotkało go coś strasznego, los szykował już kolejny cios. Bez sensu. Uciekać? Po co? Do czego? Do kogo? Nic się już nie liczy...

Nagle usłyszał szelest dochodzący z pobliskich krzaków. Narastał z każdą sekundą, ktoś się zbliżał. Usłyszał też znajomy jęk, domyślał się kto to był. Z mroku nocy wyłonił się żywy trup. Michał wstał powoli, nie miał zamiaru uciekać.
-No dalej sukinsynu! Zabij mnie, mam to gdzieś!
Resztka nadziei wygasła w jego sercu. Potwór podszedł do niego powoli i złapał za łokcie. Michał zamknął oczy i czekał na to, co przyniosą najbliższe sekundy.
TRACH!
Potwór osunął się na ziemię i zaczął dygotać. Stanęła nad nim kobieta z łopatą w rękach. Trzonek narzędzia był zakrwawiony.
-Niech się pan odsunie. -Powiedziała do Michała i złapała łopatę w połowie. Podniosła ją nad głowę i z krzykiem wbiła szuflę w szyję leżącego. Zatrzymał ją kręgosłup, wywołując nieprzyjemny chrzęst. Kobieta ułożyła stopę na szufli i mocno przydepnęła. Odcięta głowa potoczyła się po śniegu.
-On już nie powinien sprawiać problemów. Ale lepiej się stąd wynośmy, jest ich więcej.
Michał nie odpowiedział.
-Dlaczego pan nie walczył? Mógł pana zabić!
-Więc dlaczego mu pani przeszkodziła? -Odpowiedział łamiącym się głosem.
-No co pan!
Wyciągnęła dłoń w jego stronę.
-Chodźmy. Mamy mało czasu.
Michał spojrzał najpierw na dłoń, później na kobietę. Zdał sobie sprawę, jaka jest piękna. Kruczo-czarne włosy, wielkie, zielone oczy i bardzo kobiece kształty. Zauroczony jej urodą bez zastanowienia złapał dłoń, po czym udali się w kierunku wyjścia.
-Skąd się pani tutaj wzięła?
-Może przejdźmy na "Ty"? Jestem Joanna.
-A ja Michał. Więc co tu pani... Co tu robiłaś Joanno?
-Możesz mówić mi Asia. Joanna brzmi zbyt... Oficjalnie.
-Dobrze. Więc skąd się tu wzięłaś?
-Wracałam z pracy. Widziałam w okolicy kilku podejrzanych kolesi. Wyglądali na pijanych. Dziwnie się chwiali i jęczeli. Nie lubię pijaków, są nieprzewidywalni. Często mnie zaczepiają, więc postanowiłam do nich nie podchodzić. Skręciłam w najbliższą bramę. Jak się okazało -cmentarną.
-Muszę Ci zasmuć. Tutaj jest ich więcej...
-Nie wiedziałam, że tutaj też się kręcą. Jeden mnie zaatakował. Wyskoczył nagle i ugryzł w ramię. Udało mi się go odepchnąć. Nie chciał ze mną rozmawiać. To chyba jakaś sekta...
-Chciałbym. Ale to są...
Nie dokończył, więc Joanna kontynuowała.
-Myślę, że są porządnie naćpani. Są bardzo niebezpieczni. Na szczęście... -Przerwał jej dźwięk dudnienia spod ziemi. Instynktownie przyspieszyli kroku.
-Na szczęście w pobliżu znalazłam łopatę. Uderzyłam go mocno w głowę, ale to go powstrzymało tylko na chwilę. Zaczęłam uciekać i zauważyłam kolejnego, klęczał nad czyimś ciałem. Gdy się zbliżyłam, okazało się, że to ciało księdza. A on... A on wgryzał się w jego klatkę piersiową!...
Zapadła cisza.
-A Ty? Dlaczego się nie broniłeś? -Spojrzała na niego pytająco.
-Nieważne. Nie chcę o tym rozmawiać. Skoro mnie uratowałaś, to wynośmy się stąd jak najszybciej. Daleko mieszkasz?
-Nie, na Zielonogórskiej.
-No to chodźmy tam, ok? Trzeba zawiadomić policję...
Kobieta się zachwiała.
-Wszystko w porządku? -Zapytał.
-Jestem zmęczona... Bardzo zmęczo... Nie zdążyła dokończyć. Zwymiotowała.
-Chodź, pomogę Ci. -Powiedział. Odłożyła łopatę i zarzuciła rękę na jego ramię.
Było mu ciężko, ale coraz głośniejsze jęki, wydobywające się ze spragnionych krwi ust potworów nie pozwalały mu się zatrzymać. Zauważył, że Asia coraz mniej mu pomaga. Spojrzał na jej twarz. Wydawała się bardzo senna. Wyślizgnął się spod jej ręki. Ta straciła równowagę i padła na ziemię, co ją trochę rozbudziło.
-Słuchaj! Jeśli mi nie pomożesz, to za chwilę nas dogonią! A chyba nie chcesz, żeby zrobili z nami to samo, co z tamtym księdzem.
-Przepraszam... Daj mi sekundkę...
-Wstawaj, nie ma czasu na odpoczynek.
Nie miała ochoty z nim rozmawiać. Czuła się coraz gorzej, kręciło się jej w głowie.
-Wstawaj, słyszysz?
Spojrzała na niego z dołu. Bardzo mu się podobała. Gdy patrzał na jej twarz, wszystkie troski odeszły. Doszedł do wniosku, że w normalnych okolicznościach mógłby się w niej zakochać. Zaskoczyło go to, gdyż nigdy nie myślał tak o żadnej kobiecie. Zawsze Kasia była dla niego tą jedyną. Żadne inne go nie interesowały. Teraz świadomość, że jest na tym świecie ktoś z kim chciałby spróbować odbudować swoje życie dodała mu sił. Tymczasem Asia wstała powoli.
-Dobra, już dobra. Tylko nie krzycz... Głowa mi pęka.
Zrobiła krok do przodu i znowu padła na ziemię. Zaczęła się trząść. Drgawki robiły się coraz gwałtowniejsze.
-Co Ci jest? Asia, wstawaj!
Zobaczył w oddali żywego trupa. Chwilę później następnego.
-Asia! Oni już tu są!
Kobieta przestał się ruszać.
-Już w porządku? -Zapytał. Ale nie odpowiedziała. Podszedł do niej. Schylił się i potrząsnął za ramię. Nic nie pomogło.
-Cholera... Przepraszam Cię... -Szepnął. Z obawy przed zbliżającymi się potworami postanowił ją zostawić i uciekł.

Chwilę po jego zniknięciu Asia otworzyła oczy. Rozejrzała się powoli i niepewnie wstała. Nagle minął ją zombie. Potem następny. I jeszcze jeden. Nie zwróciły na nią uwagi, ona na nich również. Była bardzo oszołomiona. Nagle poczuła straszny ból, rozrywający ją od wewnątrz. Złapała się za brzuch. Chciała krzyknąć, ale z ust wydobyło się tylko rzężenie. Czuła ból każdego mięśnia. Rwało ją każde ścięgno. Głowa płonęła. Nie potrafiła zebrać myśli. Ból był nie do zniesienia. Nagle poczuła pewien zapach. Piękny, słodki, kojący. Gdy go czuła, cierpienie przestawało istnieć. Postanowiła ruszyć w kierunku, z którego dochodził. Bardzo ciężko szło jej stawianie kroków. Jej nogi były jak z drewna. Ale nie przejmowała się tym. Musiała sprawdzić co takiego wydobywało z siebie ten zapach. Szła powoli. Nawet trudno to nazwać chodem. Sunęła, momentami nie odrywając stóp od ziemi.

Tymczasem Michał dotarł na koniec cmentarza. Niestety w bramie, niczym ochroniarz stał żywy trup. Skarcił się w myślach za to, że nie zabrał łopaty. Bał się z nim walczyć, więc postanowił poczekać, aż odejdzie. Mógł spróbować przejść przez płot, ale ten był wysoki i zakończony ostrymi grotami. Nie wiedział też, czy jest jakaś inna brama. Ale nie miał zamiaru jej szukać. W głębi cmentarza było zbyt niebezpiecznie. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, zszedł po cichu z dróżki i ukrył się w zaroślach. Kucnął i znieruchomiał. Wiedział, że te, które szły za nim są bardzo blisko. Zaczął się denerwować. Przyłożył dłonie do ust, żeby stłumić kłęby pary, w które zamieniał się jego oddech pod wpływem zimna. Kucał i czekał. Był kłębkiem nerwów. Po chwili usłyszał ciche jęczenie. Potem szuranie. Dźwięki stawały się coraz głośniejsze, zombie były już bardzo blisko. Drogą naprzeciwko niego przeszedł pierwszy. Zaraz za nim kolejny. Ale trzeci się zatrzymał. Zaczął się rozglądać. Swoje puste oczy zatrzymał na zaroślach, w których Michał był ukryty. Pociągnął nosem. Na jego przegniłej twarzy pojawił się grymas, przypominający uśmiech. Ruszył w kierunku krzaków. Mężczyzna słyszała bicie swojego serca. Wydawało mu się, że bije tak głośno, iż słyszą je wszyscy w promieniu trzydziestu metrów. Już chciał wstać i uciec, ale stało się coś, co go uratowało. Niedaleko zamiałczał kot, na co stwór od razu ochoczo zareagował i udał się w kierunku, z którego dobiegał dźwięk żywego stworzenia. Chwilę później powietrze rozdarł straszliwy, zwierzęcy krzyk. Zombie miał się czym posilić.

Asia szła powoli przed siebie, niesiona pięknym zapachem, który stawał się coraz silniejszy. Kilka metrów przed nią znajdowały się krzaki, w których ukryty był Michał. Gdy do nich doszła, zapach był tak intensywny, że doprowadzał ją do szału. Zatrzymała się. Michał od razu ją poznała i wyskoczył z ukrycia na powitanie.
-Asia! Tak się cieszę, że... –Urwał, gdy zobaczył jej twarz. Z przerażenia nie potrafił wydobyć z siebie ani jednego słowa więcej. Jej oczy były zamglone jak oczy ślepca. Jak oczy żywego trupa.
Asia była pewna. To on tak pięknie pachniał. Nie umiała się powstrzymać. Wyciągnęła ręce przed siebie. Instynkt kazał jej iść w kierunku mężczyzny. Złapać go i zatopić zęby w świeżym, gorącym, soczystym ciele.
-Asia, co Ty robisz? Ty... Ty jesteś... Co oni Ci zrobili??
Tym czasem ona toczyła wewnętrzną walkę. Była przerażona. Wiedziała, że za chwilę może stać się najgorsze. Wciąż szła w jego kierunku. Chciała krzyknąć „uciekaj!”, ale z jej ust wydobył się ponury jęk.
-Nie podchodź bliżej! Przerażasz mnie!
Zaczął się wycofywać. Śnieg skrzypiał pod jego stopami. Potwór, który w strasznych bólach rodził się w sercu kobiety miał ogromną przewagę. Asia o tym wiedziała. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest tylko jedno wyjście. Musiała zginąć. Inaczej stanie się bezmyślnym mordercą. Kanibalem, który pożre każdego, kto stanie na jej drodze. Wiedziała, że to jest nieuniknione. Przegrała wojnę w momencie, w którym dała się ugryźć. Ale jeszcze się nie poddała. Ostatni zryw człowieczeństwa pozwolił jej chwilowo odzyskać kontrolę nad ciałem. Otworzyła usta i drżącym głosem wypowiedziała swoje ostatnie słowa. Ledwo dało się ją zrozumieć, strasznie bełkotała. Ślina wypływała z ust.
- Z-zabij m-mmnieee...
Koniec. Przegrała. Stała się jednym z nich. Wydała z siebie przerażający ryk. Interesowało ją już tylko zaspokojenie głodu. Michał wiedział, że nie może się zawahać. Za najdrobniejszy błąd mógł zapłacić najwyższą cenę. Podniósł z ziemi kamień wielkości piłki tenisowej i uderzył w jej głowę. Prawie nie zareagowała na ten cios. Zatoczyła się tylko i trzy sekundy później znowu ruszyła do ataku. Nie czuła już bólu fizycznego. Jedynie ból psychiczny, każący zaspokoić głód. Teraz była jeszcze groźniejsza, była wściekła. Musiała zaspokoić głód a jej niedoszłe pożywienie stawiało opór. Rzuciła się na Michała, ale ten z krzykiem wymierzył kolejny cios w głowę. I jeszcze jeden i kolejny... W końcu padła na ziemię. Z jej otwartej czaszki zaczął wypływać mózg, szybko zatapiając się w zimnym śniegu. Michał wypuścił zakrwawiony kamień. Łzy pociekły po policzkach. Za dużo śmierci dla jednego człowieka. Spuścił głowę, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Po przejściu kilku kroków uderzył w coś dużego. Podniósł głowę. Ujrzał wpatrującą się w niego przegniłą twarz.
-Jej... -Szepnął. Nie zdążył nic zrobić. Zombie złapał go za ramiona i wbił zęby w szyję. Nagle zjawił się następny. Wgryzł się w policzek, odrywając spory płat skóry. Pojawiło się jeszcze czterech. Wygłodniali rzucili się na niego. Zginął w strasznych męczarniach. W chwili jego śmierci, wszystkie potwory padły martwe na ziemię.

Tym razem Bóg spełnił prośbę Michała. Zabrał go do siebie. W tym celu wysłał po niego posłańców.




Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -