Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”

Ireneusz Gajek

Naszą opowieść o jednej z najsłynniejszych serii horrorów, „Halloween”, zapoczątkowanej w 1978 roku przez Johna Carpentera należy zacząć krótkim choćby omówieniem innego obrazu, mianowicie „Black Christmas” Boba Clarka. Jak zapewne starsi fani pamiętają, „Czarne święta” (1974) opowiadają historię nieznanego psychopaty, który kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia wkracza do żeńskiego akademika, by znajdującym się tam studentkom zrobić prawdziwą krwawą łaźnię. Nie wiemy do końca, kim jest morderca, nie znany także motywów jego postępowania. Za to bardzo często obserwujemy świat z jego perspektywy, świat, który mimo świątecznej i pełnej radości aury zaraz spłynie krwią niewinnych ofiar. W obrazie Clarka nie tyle treść odgrywa jakieś szczególne znaczenie, co klimat narastającego zagrożenia kontrastujący z kolorową, kojarzącą się z ciepłem domowego ogniska oprawą świąt Bożego Narodzenia. Zarówno główni bohaterowie jak i my, widzowie, nie dowiadujemy się, kim jest oprawca. Nie dane jest nam także poznać jego twarzy.


1.
Dlaczego na początku wspominam o świetnym skądinąd filmie „Black Christmas”? W pierwotnych założeniach bowiem, „Halloween” w reżyserii Johna Carpentera miał być tylko sequelem filmu Boba Clarka. Na szczęście z tego projektu nic nie wyszło i reżyser późniejszego „The Thing” stanął na czele ekipy biorącej udział w tworzeniu samodzielnego, oryginalnego dzieła. Za trzysta tysięcy dolarów nakręcił nie tylko swój najważniejszy film, lecz również jeden z najlepszych obrazów filmowych w historii kina grozy. Nakręcony w ciągu 21 dni „Halloween” zajął nie tylko drugie miejsce w plebiscycie magazynu "Total Film" na najlepsze horrory w historii kina, lecz także został w roku 2006 wybrany przez Amerykańską Bibliotekę Kongresu na wejście w skład National Film Registry - listy zawierającej tytuły obrazów stanowiących dziedzictwo kulturowe Stanów Zjednoczonych w kategorii filmu. Na czym więc polega fenomen dzieła, które z powodu braku zainteresowania szefów firm rozpowszechniających obrazy kinowe miało pod koniec lat siedemdziesiątych trudności z dystrybucją?

O filmie Carpentera napisano mnóstwo analiz, artykułów oraz syntez opisujących go na tle innych dzieł należących do podgatunku zwanego slasherem. Trudno mi więc w tym miejscu napisać coś na tyle oryginalnego, by przyczyniło się to do zupełnie nowatorskiego odczytania „Halloween”. W kontekście jednak współczesnych produkcji wykorzystujących poetykę grozy, obraz Carpentera wyróżnia się poszanowaniem intelektu odbiorcy. W jaki sposób to się przejawia? Powstające obecnie horrory, produkowane z nastawieniem na zysk, muszą trafić do jak najszerszego kręgu odbiorców. Nie może być więc mowy o zastosowaniu takich chwytów fabularnych jak niedopowiedzenie. We współczesnych horrorach wszystko musi być, wyjaśnione, wytłumaczone i od początku do końca jasne. Jakakolwiek próba zdania się na intelekt i wyobraźnię widza skazuje twórcę na niszowość, a tym samym na komercyjną klapę. Carpenter postanowił zbudować atmosferę grozy nie na szokowaniu widza efektami gore czy zaskakiwaniu efektownymi, lecz nielogicznymi zwrotami akcji, ale na tajemnicy skrywającej cele i motywacje czarnego charakteru „Halloween”, Michaela Myersa. W roku 1963, jako sześcioletni chłopiec przebrany z okazji święta Halloween w kolorowy strój klauna zabija kuchennym nożem swoją siedemnastoletnią siostrę, Judith Margaret Myers. Za swój okrutny czyn zostaje osadzony w zamkniętym ośrodku dla psychicznie chorych. Po piętnastu latach Michael ucieka z niego, by udać się do swojego rodzinnego miasta, Haddonfield. W ślad za nim podąża doktor Samuel Loomis, który przez wiele lat zajmował się leczeniem Myersa. Jego wysiłki jednak spaliły na panewce, ponieważ pacjent okazał się zimną, pozbawioną jakichkolwiek uczuć i skrupułów istotą zamknięta we własnym, nieznanym nikomu świecie. Przybywając, niczym duch, w święto Halloween do Haddonfield, morderca będzie próbował kontynuować to, co zapoczątkował 15 lat temu. Jego głównym celem stanie się młodziutka Laurie Strode, a w międzyczasie z rąk bezwzględnego psychopaty zginie jeszcze kilka innych ofiar.

Osadzenie akcji filmu w czasie święta Halloween nadało mu symboliczny wymiar. Zwyczaj nawiązujący do świata zmarłych, współcześnie mający charakter stricte komercyjny, w przeszłości odgrywał w egzystencji ludzkiej bardzo duże znaczenie. W tym okresie bowiem granica między dwoma wymiarami, nadnaturalnym, zamieszkiwanym przez wszelakie duchy i demony oraz materialnym, będącym królestwem śmiertelników, była najcieńsza, przez co oba światy mogły na siebie oddziaływać i przenikać się. Święto, mające swoje źródło w kulturze celtyckiej, oznaczało czas nawiedzania ziemi i nękania ludzi przez złe duchy. Zjawisko mające tak wielki potencjał oddziaływania na ludzi nie mogło zbyt długo zostać „niezagospodarowane”. Popkultura żywi się wszystkim i ze wszystkiego także może uczynić mniej lub bardziej wielbione dzieło sztuki.

Z czym współczesnemu widzowi kojarzy się film Carpentera? Oczywiście przede wszystkim z anglosaskim świętem dzisiaj sprowadzającym się do maskarady, zabawy „cukierek albo psikus” (Trick-or-treating), przyozdabiania domu w najrówniejsze gadżety nawiązujące do kultury grozy, a przede wszystkim do rozświetlonej od wewnątrz dyni emanującej złowróżbnym blaskiem. Jednak dla fanów poetyki grozy najważniejsza jest postać Michaela Myersa, zamaskowanego oprawcy z morderczą konsekwencją pozbawiającego życia kolejne ofiary. Carpenter wpadł na genialny pomysł, by o swym bohaterze powiedzieć jak najmniej. Chciał, by zamiast słów przemawiały za niego czyny i determinacja w tym, co robi. Nie wiemy, co skłoniło go w wieku sześciu lat do zamordowania swojej siostry. Nie wiemy także, co robił przez piętnaście lat w zakładzie psychiatrycznym. Dzięki dr Loomisowi dowiadujemy się, iż przez ten czas Myers nie wypowiedział ani jednego słowa. Kilka lat żmudnych prób zgłębienia psychiki bohatera doprowadziło lekarza tylko do jeden konkluzji - Michael Myers jest wcieleniem zła, pozbawioną uczuć istotą nieodróżniającą dobra od zła. Kiedy wreszcie bohater przybywa do swojego rodzinnego miasta, możemy się tylko domyślać, w jakim celu to zrobił. Z jego ust bowiem nie pada ani jedno słowo, przez cały film nie widzimy również jego twarzy. Zasłania ją biała maska, która nie zdradza najdrobniejszego choćby szczegółu z fizjonomii oprawcy. Postać Myersa to kolejny ukłon w stronę widza, dla którego dosłowność tylko odziera film ze wszystkich atrakcji, jakie może on z sobą nieść. Carpenter zaufał przede wszystkim wyobraźni widza oraz słuszności twierdzenia, iż najstraszniejszy jest wróg, którego nie znamy. Czy Myers jest więc ofiarą pozorów american dream, bogactwa i opętania materialną stroną życia, która unicestwia wszystko to, co duchowe i zbudowane na uczuciach? A może to typowe dziecko Ameryki wychowane na stałym poczuciu zagrożenia ze strony fikcyjnych wrogów nieustannie czyhających na bezpieczeństwo imperium? Dla wielu jednak postać Myersa miała charakter nadnaturalny. W noc Halloween jego duszę mógł posiąść demon łaknący ludzkiej krwi. A że pod ręką była rodzina, więc pierwszą ofiarą stała się starsza siostra Michaela. Carpenter jednak nie wyjaśnia niczego, nie wykłada na tacy ani zamiarów swojego bohatera, ani tym bardziej motywacji decydujących o jego kolejnych krokach.

Zarówno wielu filmoznawców jak i fanów horroru próbowało rozwikłać zagadkę nie tylko czarnego charakteru z „Halloween”, lecz także filmu jako całości. Siląc się jednak na oryginalność oraz szukanie w obrazie kinowym ukrytych znaczeń, łatwo można polec na manowcach nadinterpretacji. Myślę, że Carpenter przede wszystkim chciał zrobić emocjonujący dreszczowiec, który nie efekciarskim okrucieństwem czy tanimi jump scenes, a konsekwentnie narastającą atmosferą zagrożenia będzie próbował wpłynąć na emocje widza. Nawet bowiem krytycy, którzy nie zajmowali się szeroko pojętym kinem grozy, chwalili reżysera za przemyślaną i precyzyjną konstrukcję kolejnych ujęć. Trudno w „Halloween” znaleźć coś, co można by bez straty dla całości wyrzucić jako element zbędny. Wreszcie Carpenter udowodnił, iż za niewielkie pieniądze można nie tylko nakręcić kapitalny, niejednoznaczny i ponadczasowy film, lecz także wypromować w nim siebie jako kompozytora muzyki filmowej oraz uczynić z nikomu nieznanej Jamie Lee Curtis gwiazdę światowego formatu. Któż bowiem nie zna muzycznego leitmotivu towarzyszącego wielu scenom „Halloween”? Każdy szanujący się fan kina grozy już po pierwszych jego taktach poznaje, z czym ma do czynienia. Świetna muzyka napisana przez Carpnetera, skonstruowana na bazie zaledwie kilku- kilkunastu dźwięków, nie tylko szybko wpada w ucho czyniąc ją tym samym natychmiast rozpoznawalną, lecz także wręcz doskonale podkreśla klimat poszczególnych ujęć w „Halloween”. Jest w niej bowiem coś zimnego i sterylnego, co perfekcyjnie oddaje charakter zabójcy emanującego złem na cały świat przedstawiony filmu.

"Halloween” oraz nakręcony dwa lata później przez Seana S. Cunninghama „Friday the 13th” (moim skromnym zdaniem pod każdym względem słabszy od swojego „starszego brata”) zapoczątkowały gigantyczną modę na podgatunek horroru zwany slasherem. Uogólniając, jego prawidła sprowadzają się do tego, iż zamaskowany oprawca, często posiadający nadludzką witalność, w krwawy i efektowny sposób wysyła kolejnych bohaterów do „krainy wiecznych łowów”. W rzadko którym jednak filmie opartym na tym schemacie osiągnięto artystyczne wyżyny dorównujące tym z "Halloween”. Większość z nich bowiem zaczęła coraz bardziej brnąć w fabularne idiotyzmy, których sedno sprowadzało się do pokazywania debila machającego jakąś bronią, lasek o intelekcie nornicy za to z obfitym biustem oraz ich najczęściej naćpanych lub ostro pijących kolegów stanowiących doskonały materiał na padlinę. W 1981 roku postanowiono wykorzystać sukces filmu Carpentera, który szybko zdobył sobie zasłużoną sławę. Reżyserem sequela został nikomu nieznany debiutant, Rick Rosenthal.

2.
Kinematografia amerykańska jest zjawiskiem wyjątkowym, ponieważ oficjalnie jest uznawana za jedną z gałęzi przemysłu, która nawet w czasie finansowych kryzysów przynosi ogromne dochody. Tak więc najczęściej kwestią czasu jest powstanie kontynuacji filmu, który wcześniej przyniósł ogromne zyski. Pierwsza część "Halloween” okazała się nie tylko sukcesem artystycznym, lecz także komercyjnym. Zainwestowane w film 300 tys. dolarów przyniosło ok. 47 mln. zysku. Nic więc dziwnego, że podjęto decyzję o nakręceniu kontynuacji halloweenowego dreszczowca.

John Carpenter, mając w swoim artystycznym dorobku już nie tylko osławione „Halloween”, lecz także świetnie przyjęte przez publiczność i krytyków filmy „Elvis” (1979), „The Fog” (1980) oraz „Escape from New York” (1981), nie zdecydował się przyjąć posady reżysera kontynuacji opowieści o Michaelu Myersie. Może narzucone tempo powstawania kolejnych obrazów okazało się dla niego zbyt szybkie, a może po prostu napisany przez siebie scenariusz wydał mu się zbyt słaby w porównaniu z poprzednim, by brać na barki artystyczną odpowiedzialność za całą produkcję. W drugiej części „Halloween” Carpenter zadowolił się więc posadą twórcy scenariusza oraz współtwórcy muzyki. Reżyserem całego przedsięwzięcia, jak wspomniałem wyżej, został Rick Rosenthal.

Przyznam się szczerze, iż irytują mnie sequele będące bezpośrednią kontynuacją wydarzeń przedstawionych w części poprzedniej. Nie tylko w pełnej krasie pokazują swój najczęściej mało pochlebny wymiar stricte komercyjny, lecz także zdradzają brak pomysłu na opowiedzenie oryginalnej historii, która ewentualnie tylko w kwestii bohaterów nawiązywałaby do poprzedniej części. „Halloween 2” , niestety, nie jest tu godnym naśladowania wyjątkiem. Zaczyna się on bowiem dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się część pierwsza. Dr Loomis oddaje sześć celnych strzałów w kierunku Michaela Myersa. Kiedy jednak psychiatra próbuje zidentyfikować ofiarę, okazuje się, iż psychopacie po raz kolejny udaje się zbiec. W Haddonfield ciągle jednak trwa zabawa z okazji święta Halloween. Wielu mieszkańców miasteczka za sprawą miejscowych mediów dowiaduje się o zbrodniach dokonanych przez przestępcę zbiegłego z zakładu psychiatrycznego. Ranna Laurie Strode zostaje przewieziona do pobliskiego szpitala, zaś dr Loomis z jeszcze większą determinacją stara się przekonać miejscową policję, by w poszukiwania niezwykle groźnego przestępcy zaangażowane zostały wszystkie dostępne jednostki. A Michael Myers nie zasypia gruszek w popiele – zabija kolejne ofiary i przypadkowo dowiedziawszy się, iż młoda Laurie znajduje się w Haddonfield Memorial Hospital kieruje swoje kroki w tamtym kierunku. Bohaterka, po raz kolejny zagrana przez Jamie Lee Curtis, będzie musiała stawić czoło koszmarowi jeszcze straszniejszemu niż ten wcześniejszy sprzed kilku godzin.

Debiut Rosenthala to dzieło może nie najgorsze, jednak na pewno pozbawione oryginalności, jaką cechowała się pierwsza odsłona cyklu. Reżyser zastosował w swoim filmie właściwie wszystkie chwyty fabularne, jakie widzieliśmy w obrazie Carpentera. Mamy więc znowu zamaskowanego oprawcę, który poszukując swojej najważniejszej ofiary, zabija w międzyczasie kolejnych ludzi. Tą ofiarą znowu jest Laurie Strode, tym razem ukrywająca się przez swym katem w labiryncie szpitalnych korytarzy i sal zabiegowych. Po raz kolejny także potwora, Michaela Myersa, ściga opętany ideą jego unicestwienia dr Loomis. Teraz jednak jego determinacja i poświęcenie się sprawie sięga zenitu, w jej imię bohater jest nawet gotów oddać swe życie. Podobnie jak w pierwszej części „Halloween” w drugiej jest również nawiązanie do klasyki kina grozy. Dzieci znajdujące się pod opieką Laurie oglądają „The Thing From Another World”. W 1982 roku John Carpenter nakręcił remake tego filmu, któremu nadał tytuł „The Thing”. W sequelu jeden z bohaterów ogląda „Night of the Living Dead” George A. Romero. Warto także nadmienić, iż imiona i nazwiska niektórych bohaterów obu części cyklu, np. Sama Loomisa, są nawiązaniem do nazwisk postaci z „Psycho” wyreżyserowanej przez Alfreda Hitchcocka.

Z racji niezwykłego przyjęcia przez publiczność oraz krytykę filmu Johna Carpentera, na produkcję jego kontynuacji przeznaczono zdecydowanie większy budżet. Widać to przede wszystkim w licznych efektach specjalnych oraz włączeniu do filmu większej ilości aktorów oraz statystów. Druga cześć „Halloween” zrobiona jest z większym rozmachem, co zaowocowało takimi choćby scenami jak efektowny wypadek samochodowy, w którym ginie postać uderzająco podobna do Michaela Myersa czy finałowy wybuch pogrążający dużą cześć szpitala w płomieniach. Nie zabrakło także wielu sekwencji charakterystycznych dla horroru skupiającego się na pokazywaniu tortur zadawanych ludzkiemu ciału. W „Halloween 2” Michael Myers nie zabija już tylko nożem kuchennym solidnych rozmiarów, lecz także topi jedną ofiarę we wrzącej wodzie, drugą zaś zabija młotkiem. Wszystkie wspomniane wyżej sceny zostały porządnie i profesjonalnie wykonane, z godnością więc wytrzymują próbę czasu. Dlaczego więc kontynuacja dzieła Carpentera jedynie przez fanów została przyjęta z umiarkowanym zachwytem, zaś krytyka nie pozostawiła na produkcji suchej nitki?

Wyjaśnienie jest bardzo proste. „Halloween 2” zostało zrobione dla pieniędzy. Za tym filmem nie stały żadne cele artystyczne ani ambicjonalne. Producent wyłożył środki, więc grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Inne względy przestały właściwie mieć jakiekolwiek znaczenie. W przeciwieństwie do dzieła Carpentera obraz Rosenthala pozbawiony jest jakiegokolwiek sensu naddanego odwołującego się do wyobraźni widza czy rozumienia przez niego metafor i symboliki. W „Halloween 2” nie ma mowy o zgłębianiu tajemnicy czy niedopowiedzeniach mających pobudzić zmysł interpretacyjny odbiorcy. Michael Myers z kogoś intrygującego, z psychopaty, w którym tkwi zagadka, wreszcie z istoty bytującej między światami, w sequelu jest po prostu rzeźnikiem zmierzającym od jednej ofiary do następnej. U Rosenthala nie ma miejsca na tak fantastyczne sceny i co ważniejsze, dające sporo do myślenia, jak kradzież zwłok siostry Myersa z cmentarza komunalnego w Haddonfield. Za to widzimy ubranego w drelich zamaskowanego manekina nieustannie przemierzającego nie wiedzieć czemu wyludnione korytarze szpitala w poszukiwaniu kolejnych, najczęściej przypadkowych, ofiar. Śmierć młodych, używających ile się da życia, bohaterów z pierwszej części mogła naprowadzić na jakiś ciekawy trop interpretacyjny (który natychmiast został pochwycony przez wielu krytyków), przypadkowość ofiar z części drugiej służyć już miała pokazywaniu zabijania dla samego zabijania. Pomimo iż konwencja slashera nie przywiązuje szczególnej wagi do wiarygodności występujących w filmie bohaterów, w Carpenterowskim „Halloween” nie było z tym najgorzej. Przez to, iż postacie w nim były zarówno interesujące, jak i solidnie zagrane, nic dziwnego, iż nawet dzisiaj ów horror może oddziaływać na emocje widza. Na pewno nie można tego powiedzieć o dziele Rosenthala. Aby trup słał się gęsto i często, reżyser postanowił nawtykać w swój film bohaterów niczym rodzynki do ciasta. Nie przejmujemy się więc ich losami, a tym samym nie angażujemy się w całą opowieść. Nawet Jamie Lee Curtis nie ma w nim czego grać, bo ileż można wykreować oryginalnych scen ucieczki przed goniącym ofiarę żądnym krwi potworem. Jedynie dr Sam Loomis w kreacji Donalda Pleasence broni się jako postać. Doświadczonemu aktorowi po raz drugi udało się stworzyć kogoś, kogo czyny są w sposób prawdopodobny i intrygujący umotywowane.

Jednak druga odsłona „Halloween” to jeszcze nic w porównaniu z trzecim filmem o tym tytule. Bowiem to, co w rok później nakręcił Tommy Lee Wallace woła o pomstę do nieba. Nie wiadomo, czy jest przedstawieniem filmowej nieudolności, czy po prostu kpiną z każdego, kto sięgnął po ten film.

3.
Po uśmierceniu w części drugiej Michaela Myersa Carpenter postanowił co roku wydawać filmy, które w jakiś sposób miały nawiązywać do święta Halloween. Pierwszym z nowej serii miał być „Halloween III: Season of the Witch”. Ten jednak okazał się kompletnym niewypałem, choć z czysto komercyjnego punktu widzenia odniósł niejaki sukces, ponieważ goszcząc na amerykańskich ekranach w pierwszy weekend, zarobił ponad 5 mln. dolarów. Krytycy jednak, podobnie jak zdecydowana większość widzów, zmiażdżyli film niepochlebnymi recenzjami i opiniami. Szybko więc producenci zreflektowali się i w kolejnej odsłonie halloweenowej sagi znowu postawili na niezawodnego Michalela Myersa. Skąd to nagłe opamiętanie? „Halloween III: Season of the Witch” w niczym bowiem nie nawiązuje do poprzednich w filmów z serii. Jest całkowicie odrębną historią, wykorzystującą jako fundament fabularny niesamowitą popularność święta Halloween w Stanach Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, iż widzowie, dostając zamiast kolejnych krwawych przygód z zamaskowanym okrutnikiem w roli głównej idiotyczną historię o sterowanych sygnałem telewizyjnym maskach halloweenowych, poczuli się, delikatnie mówiąc rozczarowani. Gdyby jeszcze opowieść Tommy’ego Lee Wallace’a miała w sobie coś szczególnie intrygującego, coś, co powaliłoby „brać horrorową” na kolana, zapewne uznano by ją za pozytywne włączenie się do budowania popkulturowej legendy o Halloween. Trudno jednak w fatalnie opowiedzianej i jeszcze gorzej zagranej pełnej idiotyzmów historii znaleźć jakikolwiek pozytyw.

„Season of the Witch” traktuje o śledztwie, jakie w poszukiwaniu winnych śmierci Harry’ego Grimbridge’a rozpoczynają próbujący ratować go lekarz, Daniel Challis, oraz zrozpaczona tajemniczą śmiercią ojca młoda Ellie Grimbridge. Samozwańczy śledczy dość szybko orientują się, iż ze zgonem właściciela sklepu z zabawkami ma coś wspólnego firma od lat zajmująca się produkcją masek halloweenowych. Znajduje się ona w niewielkim miasteczku Santa Mira, zaś jej właścicielem jest niejaki Conal Cochran, irlandzki biznesmen otoczony aurą dziwaka i ekscentryka. W trakcie prowadzonego dochodzenia bohaterowie odkrywają wielką tajemnicę producenta masek. Jest on bowiem potomkiem celtyckich druidów, którzy ponad 2 tys. lat temu 31 października żegnali lato, witali zimę oraz obchodzili święto zmarłych. Za pomocą obdarzonych tajemną mocą masek sterowanych sygnałem telewizyjnym będzie on chciał doprowadzić do śmierci milionów dzieci oraz ich rodziców zasiadających przez odbiornikiem, by razem świętować Halloween.

Stężenie idiotyzmów oraz kosmicznie durnych pomysłów jest w filmie Wallace’a wprost nieprawdopodobne. Pomijam już milczeniem bezkarne bieganie czarnych charakterów po szpitalnych korytarzach, bo to, co dzieje się później tego typu drobnostki odsyła na dalszy plan. Już sam pomysł wyjściowy, czyli poświęcenie się mającego problemy osobiste lekarza wyjaśnieniu śmierci kompletnie nieznanego mu człowieka uważam na skrajnie nieprawdopodobny i nielogiczny. Dr Daniel Challis zostawia pracę oraz rodzinę, by z przypadkowo spotkaną kobietą bawić się w prywatnego detektywa na dalekiej prowincji. Dalej jest jednak jeszcze lepiej. Santa Mira to miejsce, w którym dziesiątki kamer i setki podsłuchów śledzą poczynania zarówno mieszkańców jak i wszystkich przyjezdnych. Po godzinie osiemnastej wszyscy muszą pozostać w domach, niepokornych zaś do porządku przywracają udające ludzi syntetyczne humanoidy. W podziemiach fabryki masek znajduje się gigantyczne laboratorium zajmujące się badaniem magicznych kamieni, na których druidowie składali swoje ofiary. Ich moc ma zostać wprzęgnięta w halloweenowe maski, dzięki czemu w ostatnią październikową noc Ameryka spłynie krwią ku czci pradawnych, pogańskich bóstw.

Nic dziwnego, iż 27 lat temu film został „rozniesiony” przez wszystkich, którzy widzieli tego „potworka”. Nie dziwę się także, że dzisiaj nikt go już nie pamięta. Film bowiem razi amatorszczyzną na każdym poziomie swej konstrukcji. O historii już pisałem. Jej realizacja wcale nie odbiega poziomem od sensu samej opowieści. „Halloween III” nie tylko nudzi niepotrzebnymi dłużyznami i mało interesującymi dialogami, lecz przede wszystkim śmieszy zastosowanymi w nim efektami specjalnymi. Nie lepiej także jest z aktorstwem. Oprócz Toma Atkinsa grającego dr. Daniela Challisa reszta kreacji, z Conalem Cochranem w wykonaniu Dana O'Herlihy’ego włącznie, to obraz nędzy i rozpaczy. Pozbawieni jakiegokolwiek wyrazu, charyzmy oraz pomysłu na postać aktorzy sprawiają wrażenie zebranej przypadkowo grupy ludzi improwizujących bez szczególnej wiary w to, co robią. Momentami śmieszą, najczęściej jednak budzą po prostu niesmak.

Czy Tommy Lee Wallace chciał zawrzeć w swoim obrazie jakiekolwiek przesłanie? Myślę, że starał się amerykańskiej widowni, co prawda w toporny i pozbawiony jakiegokolwiek polotu sposób, wytłumaczyć, skąd na ich ziemi wziął się zwyczaj świętowania Halloween. W odległej przeszłości nie był to dzień figli i beztroskiej zabawy. W tym dniu bowiem w szczególny sposób czczony był celtycki bóg śmierci, Samhain. Celtowie uważali 1-2 listopada za koniec lata i początek czasu ciemności, kiedy przeważa ona nad światłem. Źródła pierwotne mówią, że All Hallows Eve było świętem ponurym i mrocznym, bo duchy, które miały przybywać w tym czasie na ziemię, nie były życzliwe ludziom. Oprócz tego niezwykle ważny w „Halloween 3” jest motyw zgubnego wpływu telewizji na młode, bardzo chłonne, a tym samym podatne na manipulację umysły dzieci. Siadające przed samym ekranem odbiornika, przyodziane w upiorne maski pociechy pod wpływem przekazu telewizyjnego stają się śmiertelnym niebezpieczeństwem dla wszystkich, którzy przebywają w ich towarzystwie. I nie ma w tym ni krztyny przesady, ponieważ nie tylko ograniczający horyzonty intelektualne, lecz także wpływający na wzrost agresji przekaz niebezpiecznych audycji telewizyjnych wielokrotnie opisywany był zarówno w fachowej literaturze jak i w tysiącach artykułów popularno-naukowych. Na poletku filmowym niezwykle sugestywnie groźny wpływ telewizji na umysły ludzi przestawili choćby David Cronenberg w „Videodrome” czy Oliver Stone w „Natural Born Killers”.

Producenci cyklu dość brutalnie otrzeźwieni zostali artystyczną klapą „Halloween III: Season of the Witch”. Na szczęście szybko także doszli do wniosku, iż filmowy „Halloween” to przede wszystkim Michael Myers. Kolejna odsłona, tym razem w reżyserii Dwighta H. Little, ku zadowoleniu fanów udowodniła, iż w całym przedsięwzięciu tkwi jeszcze potencjał na opowiedzenie interesującej, momentami niebanalnej, a chwilami także niepokojącej historii.

4.
Jednym z najczęściej stosowanych chwytów fabularnych w podgatunku horroru zwanym slasherem, jest wybieg zwany przez wielu pogardliwie „zabili go i uciekł”. Choćby przez to wielu odbiorców gardzi tego rodzaju horrorem filmowym. Nie mogą bowiem znieść tego, iż w jednej części czarny charakter zostaje spalony/zmiażdżony/rozszarpany/zastrzelony/rozjechany/zabity/unicestwiony/zanihilowany, by w kolejnej (sequelu) dalej straszyć swoim paskudnym charakterem. Jeśli ktoś nie „chwyta” konwencji, trudno, może przecież znaleźć inną, bardziej mu odpowiadającą. Fanom cyklu unicestwianie i wskrzeszanie bohaterów nie przeszkadza. Nieraz wręcz wymuszają na producentach i scenarzystach, by w kolejnej części ich ulubionej serii pojawił się wyeliminowany wcześniej (często w sposób bardzo brutalny i efektowny) bohater. Może to mieć nawet swoje podłoże filozoficzne. Zła bowiem nigdy nie da się pokonać. Dopóki będą istnieli ludzie, dopóty ich mroczna natura będzie co i raz dawała upust wszelakim bestialstwom i okrucieństwu. W miejsce jednego pokonanego potwora zaraz wyrasta kolejnych dwóch. Dlaczego więc filmowe zło miałoby zostać zwalczone raz na zawsze?

Po dziesięciu latach nieobecności Michael Myers triumfalnie wraca do Haddonfield. W dzień przed Halloween (a kiedyż by indziej?) bohater ucieka z ambulansu mającego go przewieźć z kliniki do ośrodka dla psychicznie chorych Smith Grave. Podsłuchując wcześniej rozmowę sanitariuszy dowiaduje się, iż Laurie Strode zginęła w wypadku samochodowym, wcześniej jednak wydała na świat córkę, Jamie. Myers zabija konwojentów, po czym drogą usłaną trupami kieruje się do swojego rodzinnego miasteczka. Tam podczas dziecięcych zabaw w „psikus albo cukierek” psychopata rozpoczyna polowanie na swoją małą siostrzenicę.

Już prolog filmu wskazuje, iż do produkcji kolejnego sequelu ekipa solidnie się przyłożyła. Budzące niepokój halloweenowe kompozycje z dyni, kukurydzy, połamane strachy na wróble, czy drewniane, na wpół połamane kukły pokazane na tle wyludnionej, tonącej w wieczornym mroku amerykańskiej prowincji mogą robić wrażenie. Podobnie rzecz się ma z jedną z głównych bohaterek filmu, Jamie Lloyd (bardzo wiarygodna Danielle Harris), córką Laurie Strode, która w snach i na jawie przeczuwa, iż w Haddonfield znowu dojdzie do masakry. Wspominając o kreacjach aktorskich w „Halloween 4: The Return of Michael Myers” nie sposób nie napisać o dr. Loomisie, zdecydowanie najciekawszej postaci tejże odsłony cyklu. Widać, iż do każdej części Donald Pleasence przygotowywał się, dodając za każdym razem odgrywanemu przez siebie bohaterowi nowy, oryginalny rys, odróżniający go od poprzednich ról. W pochodzącym z 1988 roku filmie dr Samuel 'Sam' Loomis jest na wpół obłąkanym strażnikiem zamkniętego Myersa, traktującym misję obrony świata przed potworem jako swoje przeznaczenie. Siłą przekonywania szaleńca potrafi namówić nawet najbardziej doświadczonych policjantów do współpracy. Robi to bezinteresownie, poświęca cały swój czas na walce z oprawcą. Inni widzą w jego zachowaniu obłęd, lecz boją się go i na tyle, na ile to możliwe wykonują jego polecenia. Na wpół zniedołężniały, z potwornymi bliznami na twarzy, z ogromna jeszcze energią dr Loomis wzbudza respekt nie tylko wśród innych bohaterów, lecz także wśród widzów.

Michael Myers również został przedstawiony w czwartej odsłonie halloweenowej sagi z nie najgorszej strony. Jest bezwzględny i z gracją oraz konsekwencją parowozu stara się realizować swoje zamierzenia. Znowu jego celem stają się przede wszystkim kobiety. Jak to bywa w slasherach, na pierwszy ogień idą te najbardziej ponętne, które jednak swym powabem zbyt mocno oddziałują na mężczyzn. Takich Michael Myers nie lubi i niczym na ogromnego fallusa nadziewa je na dzierżoną przez siebie ogromną strzelbę. Po raz pierwszy jednak główną ofiarą ma paść dziecko, kilkuletnia Jamie będąca jego siostrzenicą. Nawet ją będzie się starał zabić w masce nie odsłaniając swojego prawdziwego oblicza, a tym samym ciągle skrywając prawdziwe przyczyny nienawiści do wszystkich członków rodziny. Myers nie poddaje się, z zimną krwią wykorzystuje każdą nadarzająca się sytuację, by wreszcie wypełnić swoje przeznaczenie. Schowany za swą maskę patrzy zarówno przeciwnikom jak i ofiarom prosto w oczy (dla uważnych widzów może się wydać to dziwne, bo w drugiej części Michael został oślepiony przez Laurie Strode). Tylko przez moment twórcy pokazują rzeczywistość z jego punktu widzenia. Ogląda stare fotografie rodzinne, na których znajduje się przede wszystkim jego młodsza siostra. Odrzuca je i nie stara się nawet znaleźć w zdjęciach czegoś pozytywnego. Znowu sprawdza się proroctwo dr. Loomisa mówiące o Myersie, iż jest czystym złem.

Momentami udało się twórcom w czwartej odsłonie sagi odnaleźć klimat z pierwszej części. Nastrojowy prolog szybko przechodzi w krótkie, ale treściwe przedstawienie głównych person dramatu, by zaraz, bez zbędnych szczegółów, skupić się na właściwiej akcji filmu, czyli polowaniu Myersa na swoja siostrzenicę. Jej część dzieje się na wyludnionych, ciemnych, zasnutych oparami mgielnymi ulicach Haddonfield. Później akcja przenosi się do zamienionego w fortecę dwupiętrowego domu szeryfa Bena Meekera. Obdarzony piekielną inteligencją zamaskowany morderca bez trudu omija wszystkie zabezpieczenia, by w zamienionym w pułapkę domostwie uczynić swym ofiarom prawdziwą jatkę. Wreszcie pod koniec filmu akcja przyspiesza, kiedy na wojnę z Myersem wyrusza samozwańcza grupa mścicieli składająca się z mieszkańców Haddonfield. Warto w tym wszystkim zwrócić uwagę na pracę kamery. Jest ona bardzo dynamiczna, w pełni wykorzystuje plenery, po jakich poruszają się bohaterowie. Przestrzenie zamknięte filmuje pod dziwnymi kątami, sprawiając, iż znany od lat dom nagle staje się obcym, a przede wszystkim wrogim pomieszczeniem. Szybkie ujęcia pogrążonych w mroku ulic rodzinnego miasta Myersa, jego zakamarków, okrytych mgłą parków czy podmiejskich nieużytków pokazują inną naturę słynącego ze spokoju miejsca, jeśli nawiedzone ono zostanie przez kogoś bardzo niebezpiecznego. Klimat narastającego niebezpieczeństwa daje się wyczuć przede wszystkim w scenach i sekwencjach z małą Jamie. Wrażliwej, dotkniętej nieszczęściem sieroctwa dziewczynce tylko widz o sercu Michaela Myersa nie współczułby i nie życzył szczęścia w walce z niebezpieczeństwem. Sytuację tę reżyser doskonale wykorzystał w finale filmu, kiedy z niewiadomych powodów (ale czy na pewno?) przebrana za klauna niewinna dotąd dziewczynka, włożywszy maskę brutalnie dźga nożyczkami swą przybraną matkę. Nagle wszystkich świadków tego zdarzenia ogarnia stupor, ponieważ cała historia rzezi uczynionej przez halloweenowego zabójcę zatacza koło i zaczyna się od nowa.

„Halloween 4: The Return of Michael Myers” jest nie tylko powrotem uwielbianego przez fanów horroru bohatera, lecz także rozwinięciem wątku rodzinnego, ważnego zarówno w pierwszej jak i drugiej odsłonie sagi. Tajemnicza więź między Michaelem Myersem a jego siostrzenicą Jamie będzie osią fabularną kolejnej części cyklu, wokół której skupione zostaną pozostałe wydarzenia i relacje między bohaterami.

5.
Finał „Halloween 4” mógłby sugerować, iż twórcy chcieli skończyć opowieść, której bohaterem byłby Michael Myers i uczynić czarnym charakterem kogoś nowego. Nie tylko stanowiłoby to zgrabne zakończenie pewnej historii, lecz także mogłoby przyczynić się do dość nowatorskiego jak na tamte lata podejścia do slashera. Mordującym psychopatą, dziedziczącym klątwę Michaela Myersa, mogła stać się właśnie Jamie. Dotąd bowiem oprawcą prześladującym swe ofiary był mężczyzna, prawie zawsze biały, na dodatek polujący na piękne bladolice kobiety i ich młodych absztyfikantów. Może jak na tamte czasy zamaskowana kobieta biegająca za swą ofiarą z ostrym narzędziem była zbyt dużym odstępstwem od konwencji, by łatwo to było zaakceptowane przez fanów? Kto wie? Zależałoby od wyobraźni i artystycznej oryginalności twórców.

Wszystko to jednak okazało się tylko domysłami, ponieważ producenci wcale nie zamierzali rezygnować z Michaela Myersa. Zmiażdżonemu na skutek kolizji z samochodem terenowym, nafaszerowanemu ołowiem z kilkudziesięciu magazynków, roztrzaskanemu z powodu upadku z dużej wysokości bohaterowi udaje się wydostać z nieużywanych i opuszczonych korytarzy kopalnianych. Płynąc z nurtem pobliskiej rzeki wymyka się policyjnej nagonce. Młoda Jamie po tragicznych wydarzeniach z domu jej przybranych rodziców trafia do dziecięcego szpitala. Tam przez rok próbuje odzyskać równowagę psychiczną oraz utraconą na skutek szoku zdolność mówienia. Kiedy wszystko co złe wydaje się być już kwestią przeszłości, nagle, pod koniec października, małą bohaterkę zaczynają nawiedzać koszmary. Widzi w nich swojego wuja, Michaela Myersa, który z nadejściem Halloween znowu będzie próbował dokończyć swe dzieło zniszczenia. Jesienną porą do Haddonfield przybywa również dr Loomis. Widząc rysujący się na twarzy dziewczynki niepokój, utwierdza się w przekonaniu, iż po raz kolejny będzie musiał stanąć twarzą w twarz (twarzą w maskę) z najstraszniejszą bestią, jaką dane mu było spotkać. Myers rzeczywiście przybywa do swego rodzinnego miasta i siejąc w nim spustoszenie po raz drugi próbuje pozbawić życia swą siostrzenicę.

„The Return of Michael Myers” i „The The Revenge of Michael Myers” kręcono niemal równocześnie. Od razu więc zakładano, iż piąta część będzie zaczynała się w momencie, w którym zakończyła się cześć czwarta. Powyższy zabieg wykorzystano już po raz drugi. Wcześniej mieliśmy z nim do czynienia filmie „Halloween 2” Ricka Rosenthala będącym bezpośrednią kontynuacją dzieła Johna Carpentera. Tyle że w roku 1978 nikt nie spodziewał się tak entuzjastycznego odbioru „Halloween”, tym bardziej więc nie myślano o ciągu dalszym filmu. Cześć czwarta i piąta już u zarania projektu miała tworzyć zamkniętą całość, nic więc dziwnego, iż kręcono je prawie w tym samym czasie. Z jakim efektem? „The Return of Michael Myers” był nie tylko solidnie warsztatowo wykonanym sequelem, lecz także, jak sam tytuł wskazuje, „powrotem na scenę” uwielbianego przez rzeszę fanów bohatera. „Piątka” w reżyserii Dominique’a Othenin-Girard’a jest już tylko „powtórką z rozrywki”, pełną autocytatów, schematycznych rozwiązań, momentami ziejącą nudą. Bo tak naprawdę ileż można oglądać scen z zamaskowanym osobnikiem polującym w noc Halloween na swoją ofiarę? Owszem, dużo, pod warunkiem, iż będą one uatrakcyjniane niebanalnymi rozwiązaniami wizualnymi oraz oryginalnymi szczególikami, które zaintrygują fana gatunku. W „The The Revenge of Michael Myers” owym novum miało być szczególne zwrócenie uwagi na pokrewieństwo rodzinne, ale także duchową więź między Jamie a Myrsem. Każda zbrodnia oprawcy odciskała swoje piętno na umyśle dziewczynki, bowiem to właśnie ona jako jedyna była ich świadkiem. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co chciał zrobić jej wuj i co w efekcie robił. Czy to zagrało? Chyba nie bardzo, bo reżyser zamiast skupić się na młodej bohaterce zdecydowanie bardziej wyeksponował wątek nastolatków przygotowujących się do halloweenowej imprezy. Nie trudno się domyśleć, iż później Michael Myers „zrobił z nimi porządek”.

Dopiero finał pokazuje, jaki pomysł na film mieli jego twórcy. Dr Loomis, dowiedziawszy się, iż jego były podopieczny jakoś nie przejawia chęci zejścia z tego świata, postanawia zagrać va banque. Zwabia Michaela Myersa w pułapkę do miejsca, w którym zaczęła się cała opowieść, czyli do jego rodzinnego domu. Przynętą ma być Jamie. Na wpół szalony psychiatra postanawia zaryzykować życie dziewczynki, byle tylko dopaść potwora. Wiedząc o przebiegłości Myersa, wprowadza w błąd policję z Haddonfield mającą nadzorować realizację planu. Kiedy wreszcie staje oko w oko z Michaelem, ten jednak unieszkodliwia doktora i szybko odnajduje Jamie. I w tym momencie zapewne wielu fanów wstrzymało oddech, bowiem po raz pierwszy w serii Michael Myers, diabeł wcielony, ucieleśnienie zła, potwór z piekła rodem okazuje ludzkie uczucia. Na życzenie małej bohaterki, jego siostrzenicy, ściąga maskę, zaś po jego policzku spływa jedna łza. Skąd ten przejaw emocji? Może zobaczył sam siebie sprzed dwudziestu lat, może na widok niewinnego dziecka obudziły się w nim ludzkie uczucia, a może po prostu gdzieś w głębi jego jestestwa obudziła się świadomość, iż Jamie jest z nim spokrewniona. Istnieje także szansa, iż po dwudziestu latach pełnej cierpień samotności uzmysłowił sobie, że jego siostrzenica jest ostatnią osobą, która może względem niego przejawiać jakieś uczucia kojarzące się z ciepłem i rodzinnym zrozumieniem. Kiedy jednak okazuje się, iż dziewczyna tylko czeka na dogodną chwilę, by dać drapaka z matni, w jakiej się znajduje, wściekły Michael znowu zakłada maskę i z furią rusza za nią w pogoń.

Oglądając „The Revenge of Michael Myers” odniosłem wrażenie, iż została ona wyprodukowana przede wszystkim z myślą o fanach slasherów oraz Michaela Myersa. Trudno mi sobie wyobrazić, iż w tej, jak i w kolejnych odsłonach cyklu, kinoman niefascynujący się całością mógłby zostać usatysfakcjonowany jakimiś szczególnymi doznaniami artystycznymi czy emocjonalnymi. Tym bardziej, iż od części czwartej zaczęto w fabułę wplatać wątki, które z rozmysłem będą znajdowały swój ciąg dalszy w kolejnych odsłonach. Jeszcze bardziej niż w „Halloween IV” jest to widoczne w jego kontynuacji. W „piątce” bowiem pojawia się postać z dziwacznym tatuażem na przegubie ręki, której dotąd nie widzieliśmy. Nie trudno się więc domyślić, iż jego tajemnica będzie nam wyjaśniona dopiero w kolejnej części.

6.
Amerykanie to ludzie, którzy w sztuce, zwłaszcza filmowej, nie lubią żadnych niedomówień albo niedopowiedzeń skazujących ich na spontaniczny proces myślowy. W produkowanych na ich rynek obrazach „made in Hollywood” wszystko musi być wyjaśnione i wyłożone „czarno na białym”. Kiedyś nawet ukułem taką teorię, iż w ten właśnie sposób zabezpieczają się sami producenci przez pozwami sądowymi zmuszającymi ich do wypłaty odszkodowań za krzywdy spowodowane zbyt dużym wysiłkiem intelektualnym podczas wizyty w sali kinowej. Niestety, w szóstej odsłonie cyklu zjawisko to dotknęło także filmu „Halloween”. Na początku artykułu pisałem, iż jedną z największych zalet filmu Johna Carpentera było odwołanie się do wyobraźni widza za pomocą tajemnicy, dwuznaczności i niedopowiedzeń dającym tym samym szansę na własną interpretację wydarzeń widzianych na ekranie kina. Reżyser odwołał się także do niezwykle silnego lęku człowieka przed tym, co nieznane, niezbadane, a przede wszystkim wymykające się naszym zmysłom. Wtedy bowiem najsilniej działa nasza wyobraźnia i to ona podpowiada nam obrazy powodujące narastającą panikę. Joe Chappelle w „Halloween: The Curse of Michael Myers” odarł zamaskowanego mordercę ze wszystkich tajemnic, jakie ten jeszcze w sobie krył. Za pomocą łopatologicznej, bełkotliwej, by nie powiedzieć idiotycznej, teorii wyłożył amerykańskim, przede wszystkim, fanom, dlaczego Michael w 1963 roku zabił swoją siostrę oraz co takiego sprawiło, iż stał się bezwzględnym, nieczułym i niezniszczalnym potworem co jakiś czas nawiedzającym biedne Haddonfield.

Okazuje się, iż Jamie Lloyd nie zginęła w eksplozji posterunku policji w Haddonfield. Trafiła w ręce wyznawców z tajemniczej sekty czczącej celtyckie bóstwa. Tam po latach urodziła dziecko. Akcja filmu zaczyna się w momencie, kiedy dziewczynie udaje się uciec wraz z nowonarodzonym chłopczykiem z rąk mrocznym kapłanów i ich popleczników. Jej śladem rusza Michael Myers będący mordercą na ich usługach. Po sześciu latach od ostatniej masakry w Haddonfield burmistrz miasteczka wydaje zgodę na obchodzenie święta Halloween. Uciekającej Jamie z dworca autobusowego udaje się zadzwonić do wieczornej audycji radiowej, aby przestrzec wszystkich mieszkańców przed kolejną wizytą Michaela Myersa. Ostrzeżenie słyszy także dr Loomis, który niezwłocznie rusza do Haddonfield, by po raz kolejny stawić czoło swojemu potwornemu podopiecznemu. Nie próżnują także poznani na początku członkowie sekty. Dowiedziawszy się, iż do starego domu Myersów wprowadziła się nowa rodzina, będą próbowali doprowadzić do powtórki sytuacji z 1963 roku.

Już samo streszczenie wskazuje, iż w porównaniu z poprzednimi częściami cyklu, ten jest niezwykle skomplikowany i wielowątkowy. Oprócz bowiem tradycyjnego polowania Michaela Myersa na ostatnich członków swojej rodziny oraz działań dr. Loomisa, mamy wątek tajemniczej sekty kontrolującej wydarzenia w Haddonfield oraz nową familię postanawiającą zamieszkać w starym domy Myersów. Kapłani kultu nie tylko motywują zamaskowanego okrutnika do wytężonej pracy na ich rzecz, lecz także próbują rzucić klątwę na nowego dzieciaka, by ten zaczął mordować członków swojej rodziny. Bo jak się okazuje, Michael Myers wkroczył na ścieżkę zbrodni nie na skutek jakichś przyziemnych czynników czy z powodu spaczonej psychiki, lecz przez klątwę rzuconą na niego, której autorem byli kapłani pogańskiego kultu. To ona sprawiła, iż morderca przez wszystkie lata był nie tylko odporny na próby zabicia go, lecz także dzięki odpowiednim układom planet i gwiazd mógł wracać do Haddonfield, by uprawiać swój niecny proceder.

Muszę przyznać, iż ciężko było mi przełknąć zaserwowany mi w „Halloween 6” stek wydumanych bzdur. Rozumiem, iż twórcy chcieli pchnąć cykl na nowe tory, pragnęli wycisnąć z konwencji jeszcze więcej, niż dało się dotąd. Zamiar godny pochwały, lecz wykonanie woła o pomstę do nieba. Próba wyjaśnienia fenomenu postaci Michaela Myersa zepchnęła go z postumentu wolnego demona czyniącego chaos wśród ludzi do roli chłopca na posyłki jakichś obszarpanych i paplających gardłowym basem kultystów. I co najzabawniejsze, najważniejszym z nich okazał się doktor ze Smith's Grove, szpitala, w którym Myersa przez 15 lat leczył Loomis. Kiedy ten zaszył się gdzieś na wsi i zaczął wypatrywać nadciągającej śmierci, nagle dr. Terrence’owi Wynnowi przypomniało się, iż ledwo dychający Loomis mógłby być doskonałym partnerem w próbie zdobycia władzy nad światem. Jest w moich słowach trochę ironii i sarkazmu, ponieważ potraktowanie tego, co wymyślili scenarzyści „The Curse of Michael Myers”, w tym John Carpenter, całkiem serio byłoby z mojej strony kompromitacją. Na szczęście istnieją pewne przesłanki, iż nawet twórcy nie potraktowali swojego pomysłu do końca na poważnie. Warto zwrócić uwagę na dwóch przygłupich policjantów, którzy nie nadawaliby się nawet do pilnowania truchła kozy oraz na niedosłyszącą i niedowidzącą staruszkę, za to posiadającą ogromną wiedzę na temat poczynań kultystów urzędujących w Haddonfield.

Pomimo fatalnego pomysłu na uatrakcyjnienie „Halloween”, jego szósta cześć z warsztatowej perspektywy prezentuje się znakomicie. Jest to jedna z najlepiej nakręconych części charakteryzująca się dynamiczną akcją, świetnymi zdjęciami i naprawdę solidnym montażem. Zdecydowanie także jest to najbrutalniejsza odsłona, jeśli chodzi o spektakularne morderstwa przewyższające swą potwornością wszystkie dotychczasowe. Świetnie także prezentuje się warstwa muzyczna stworzona przez Alana Howartha. Nie tylko na swój sposób prezentuje po raz kolejny motyw przewodni skomponowany przez Johna Carpentera, lecz także znakomicie podkreśla po raz pierwszy pokazaną w halloweenowym cyklu tak dużą dawkę brutalności. Również Michael prezentuje się w tej części naprawdę dobrze. Nie jest sztywno poruszającym się golemem, który swoje ofiary dopada tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości scenarzystów. „The Curse of Michael Myers” to powrót dynamicznego, bezwzględnego i panującego nad wszystkim zimnego zabójcy, który nie tylko morduje, bo taki ma cel, lecz także znajduje w tym procederze wyraźną satysfakcję. Warto tu wspomnieć o najbardziej bestialskim czynie dokonanym przez Myersa, czyli pozbawieniu życia agenta nieruchomości, Johna Strode’a (wujka pamiętnej Laurie Strode), któremu na skutek porażenia prądem eksploduje głowa. Można tylko przypuszczać, iż tak efektownie unicestwiony bohater, nowy właściciel domu (jako dziecko mieszkał w nim Michael), znęcający się swoją córką i żoną mógł być kimś, kto przywołał w mordercy bardzo złe wspomnienia sprzed ponad trzydziestu lat. Może kimś podobnym do Strode’a był ojciec Myersa?

Na koniec warto wspomnieć, iż „Halloween: The Curse of Michael Myers” był ostatnią częścią cyklu, w której Donald Pleasence zagrał dr. Loomisa. Aktor z powodu nieudanej operacji serca zmarł kilka miesięcy przed premierą filmu. Moim skromnym zdaniem jest to jedna z najciekawszych postaci w całym „Halloween”. Artyście w lepszych i gorszych odsłonach serii udało się za każdym razem stworzyć daleką od banalności, przykuwającą uwagę oraz charyzmatyczna postać. Nie pogrążając się w mieliznach nadinterpretacji, postać graną przez Pleasence porównać można do profesora Abrahama Van Helsinga, słynnego łowcy wampirów z „Drakuli” Brama Stokera. Jeden i drugi poświęcili bowiem swe życie w obronie ludzi przez nawiedzającymi ich potworami. Monstra stały się ich obsesją niepozwalającą funkcjonować w świecie, w którym normą jest jednak dobro. Ich spojrzenie na świat naznaczone było cieniem oprawców, których zniszczenie mogło okazać się niemożliwe. Obaj bowiem wierzyli, że prześladujące ich przeznaczenie ma charakter nadnaturalny, a więc mogący w każdej chwili odrodzić się. Zarówno więc dla dr. Loomisa jak i profesora Van Helsinga Michael Myers oraz hrabia Drakula byli swojego rodzaju fatum, personifikacją nieuchronnego losu, będącego co prawda zwycięstwem sił reprezentujących dobro, lecz także cechującego się zawsze piętnem tragedii.

7.
W 1998 roku mijała dwudziesta rocznica premiery filmu „Halloween” w reżyserii Johna Carpentera. Nic więc dziwnego, iż tę doskonałą koincydencję czasową postanowiono wykorzystać do przedstawienia szerokiej publiczności kolejnej odsłony opowieści o zamaskowanym mordercy w czasie święta Halloween polującego na swe ofiary. Tym razem inspiratorką całego przedsięwzięcia została Jamie Lee Curtis, która w pierwszych dwóch filmach o Michaelu Myersie zagrała jego siostrę, Laurie Strode. Producenci próbowali zatrudnić w roli reżysera Johna Carpentera. Ten jednak się nie zgodził. Ostatecznie został nim Steve Miner, autor takich produkcji jak „Friday the 13th Part 2”, „Friday the 13th Part 3” oraz “Warlock” z Julianem Sandsem. Najważniejszym jednak atutem filmu miała być Jamie Lee Curtis, bo oznaczać to miało wskrzeszenie jednej z najważniejszych bohaterek cyklu, Laurie Strode.

Okazuje się, że nie zginęła ona w wypadku samochodowym, jak to sugerowano w poprzednich częściach. Dziewczyna wyjechała z Haddonfield i osiedliła się kalifornijskim miasteczku Summer Glen. Zmieniła nazwisko na Keri Tate, w trzy lata po wyjeździe urodziła także syna, Johna. Z czasem udało jej się odzyskać jako taką równowagę psychiczną nadszarpniętą wydarzeniami z 1978 roku. Zdobyła posadę dyrektorki prestiżowej szkoły średniej, w której również pracuje jako nauczycielka. Za każdym razem jednak, kiedy kalendarz wskazywał 30 października, w sercu Laurie rodziła się obawa, iż Michael nie zginął i któregoś razu wróci, by dokończyć dzieła zniszczenia. Jej strach stał się jeszcze większy, kiedy musiała bać się nie tylko o siebie, lecz także o swoje dziecko. W 1998 roku, w wigilię Wszystkich Świętych większość podopiecznych Laurie Strode/ Keri Tate wyjeżdża na szkolną wycieczkę. Na terenie niewielkiego kampusu zostaje tylko ona, bardzo bliski jej sercu psycholog szkolny, strażnik oraz czworo uczniów. Niestety dla nich, wcześniej Michaelowi Myersowi udaje się włamać do archiwum prowadzonego przez byłą pielęgniarkę dr. Loomisa. Stamtąd bohater dowiaduje się, gdzie przeniosła się jego siostra Laurie. W Halloween Myers przybywa do eleganckiej, prywatnej szkoły w Północnej Kalifornii, by po raz ostatni zmierzyć się z rodzinna przeszłością. Ta jednak, uosobiona przez Laurie Strode nie zamierza czekać piszcząc ze strachu ukryta w ciemnej szafie. Bohaterka grana przez Jamie Lee Curtis postanawia raz na zawsze skończyć z nawiedzającym ją przez 20 lat koszmarem. Chwyta za strażacki topór i staje do walki z Michaelem Myersem.

Już samo streszczenie wskazuje, iż autorzy „Halloween H20: 20 Years Later” pominęli milczeniem wszystkie wydarzenia dziejące się między 1978 a 1998 rokiem, czyli nie uwzględnili w swoim dziele czterech części kontynuacji. Doszli bowiem do wniosku, iż szósta część była zbyt nowatorska i przekombinowana względem pierwszych dwóch i postanowili wrócić do korzeni cyklu. Celem Michaela Myersa znowu stała jego siostra, tyle że w chwili obecnej jest ona czterdziestoletnią kobietą, dręczoną koszmarami i przywidzeniami, coraz bardziej pogrążającą się w alkoholizmie. Pomimo tego Laurie postanawia wreszcie stawić czoło swemu przeznaczeniu.

Z jednej strony reżyser wraz ze scenarzystami chcieli wrócić do wzorca nakreślonego przez Carpentera w części pierwszej. Michael Myers pragnie pozbawić życia swoją siostrę, ta zaś musi bronić nie tylko siebie, lecz także osoby, za które jest odpowiedzialna. Większość filmu sprowadza się do polowania oprawcy na kolejne ofiary. Prawie wszyscy to młodzi ludzie planujący zabawić się na całego podczas Halloween. Giną jeden za drugim, brutalnie zarżnięci przez Myersa. Oprócz tego, podobnie jak Carpenter w pierwszej części, Miner w siódmej postanowił naszpikować swój obraz cytatami i odwołaniami do innych filmów mniej lub bardziej zasłużonych dla konwencji grozy. Mam tu na myśli zarówno nawiązanie do „Halloween” Carpentera (scena w szkole, kiedy Molly (Michelle Williams) spostrzega na zewnątrz za ogrodzeniem spacerującego Michaela) i „Halloween 2” Ricka Rosenthala (utwór „Mr. Sandman” grupy The Chordettes) jak i do „Psycho” (grająca sekretarkę szkolną Janet Leigh grała w pamiętnym filmie Hitchcocka, a prywatnie jest matką Jamie Lee Curtis), „Plan 9 from Outer Space” Eda Wooda oraz „Scream 2” Wesa Cravena.

Z drugiej zaś strony ofiara Michaela Myersa, Laurie Strode, nie jest tylko wrzeszczącą dziewczyną szukającą schronienia (i to w taki sposób, iż sama włazi oprawcy pod nóż), lecz silną, zdecydowaną na wszystko kobietą pragnącą wreszcie definitywnie zakończyć z prześladującym ją od dwóch dekad cieniem potwora. Jej postać może być odczytana jako hołd złożony bohaterowi, którego w pięciu odsłonach cyklu o Halloween zagrał Donald Pleasence. Laurie Strode podobnie jak dr. Loomis odwiedziła już piekło i spotkała w nim diabła ucieleśnionego przez Micheala Myersa. W pewnym momencie doskonale zdaje sobie również sprawę, iż ucieczka przed złem nie ma sensu. Tylko bezpośrednia konfrontacja daje cień szansy na to, iż demon znowu zostanie odesłany w czeluście piekielne. Owa ostateczna rozgrywkę zapowiada wielce znacząca scena lekcji, na której Laurie Strode/ Keri Tate omawia ze swoimi uczniami „Frankensteina” Mary Shelley. Jak zapewne wszyscy pamiętają, w tej klasycznej powieści przeznaczeniem Wiktora Frankensteina jest starcie ze stworzonym przez niego monstrum. Oczywiście bohaterowi towarzyszy lęk przed konfrontacją z potworem, lecz jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, iż jest ono nieuniknione. Laurie Strode nie tylko udaje się przeżyć oraz ochronić syna, lecz także pozbawia głowy Michaela Myersa. Początkowo bowiem „Halloween H20: 20 Years Later” miało być zamknięciem cyklu opowiadającego o pojedynku między rodzeństwem. Dekapitacja Myersa może więc być sceną symboliczną, definitywnie kończąca żywot demona w Halloween. Wszak w ten sposób można było pozbyć się wampira, który przecież reprezentuje świat nadprzyrodzony. W finale filmu Steve’a Minera Michael po raz drugi w cyklu ukazuje tlące się w nim ludzkie uczucia. Bezbronny, unieruchomiony przez przygniatającą go ciężarówkę zdany jest całkowicie na Laurie Strode. Wyciąga do niej rękę, jakby w chwili mogącej wreszcie przesądzić o jego śmierci próbował przekonać siostrę, by nie zabijała go. Ta jednak nie daje się omamić i szybkim, zdecydowanym, nie pozostawiającym żadnych wątpliwości ruchem strażackiego topora ścina bratu głowę.

Twórcy w „Halloween H20: 20 Years Later” postanowili wrócić do schematu fabularnego wypracowanego w dwóch pierwszych odsłonach cyklu. Okazało się bowiem, iż innowacyjne pomysły i próby wyjaśnienia fenomenu Michaela Myersa w części szóstej spotkały się z chłodnym przyjęciem widzów. Zrezygnowano więc z wnikania w koligacje rodzinne psychopaty jak również z całej otoczki okultystyczno-mistycznej. Znowu mamy „tylko” zamaskowanego i bezwzględnego oprawcę oraz ofiary starające się go unicestwić. Trzeba przyznać, iż twórcy nakręcili dynamiczny i trzymający w napięciu film. Jego największą zaletą jest oczywiście Jamie Lee Curtis ze swoją stojącą na krawędzi załamania nerwowego Laurie Strode. Aktorka stworzyła naprawdę ciekawą, wiarygodną i przykuwającą uwagę postać, stanowiącą doskonały kontrapunkt dla pozbawionego emocji Michaela Myersa. Kapitalna jest scena, kiedy po raz pierwszy w tej części filmu Laurie z bliska spogląda bratu w oczy. Ich spotkanie jest bardzo krótkie, lecz na tyle wymowne, iż może wskazywać na szczególny tok myśli obojga bohaterów, jak by nie było, rodzeństwa z jednej matki i jednego ojca. Po raz kolejny także jako atut filmu należy potraktować postać zamaskowanego psychopaty, który nie tylko nie czuje najmniejszego respektu przed swoimi ofiarami, lecz także zaczyna się nimi bawić. Doskonale panuje nad światłem, potrafi w jednej sekundzie skryć się w cieniu, by w kolejnej zaatakować znienacka niczym grzechotnik.

Nie zmienia to jednak faktu, iż „siódemka” jako kamień milowy w konwencji grozy zapisać się nie mogła. Po raz kolejny wykorzystanie sprawdzonego schematu fabularnego nikogo nie zaskoczyło, a i twórcy, pamiętni doświadczeń z poprzednich części, nie silili się na przesadną oryginalność. Dopiero samo zakończenie filmu nabiera szczególnego charakteru, dzięki czemu można przyrównać go do najlepszych fragmentów z części pierwszej i drugiej. Szkoda, że w tym miejscu nie zakończono sagi o niesławnym Michaelu Myersie. Naprawdę trudno byłoby o lepsze zakończenie. Ścięcie bratu głowy przez Laurie stanowiłoby doskonałą klamrę dla całej sagi. Producenci jednak postanowili inaczej. Wymyślili żenującą historyjkę o podmianie postaci, by po raz kolejny wskrzesić postać Michaela Myersa.

8.
Aby reaktywować sagę o wyczynach Michaela Myersa tym razem scenarzyści musieli przekroczyć granicę absurdu. Wszyscy bowiem widzieli, co Laurie Strode zrobiła z bratem w finale „Halloween H20: 20 Years Later”. Jak się okazuje nawet dekapitacja bohatera nie jest przeszkodą dla żądnych zysków hollywoodzkich producentów. Okazało się bowiem, iż to nie Myers został skrócony o głowę, a jeden z sanitariuszy, któremu Michael zmiażdżywszy najpierw krtań (by nie mógł mówić) nałożył maskę. Kiedy bohaterka grana przez Jamie Lee Curtis walczyła z zamaskowanym sanitariuszem (sic!), jej brat spokojnie oddalił się w siną dal. Po czterech latach jednak wrócił, by dokończyć coś, czego nie wykonał w 1998 roku. Tym razem udać się musiał do sanatorium Grace Anderson, w którym zamknięta została Laurie. Pogrążona w depresji bohaterka tylko pozornie nie reaguje na bodźce zewnętrzne. Tak naprawdę, niczym znajdujące sie w stanie permanentnego zagrożenia zwierzę, czeka na atak drapieżnika. Kiedy ten nadchodzi, Laurie jest gotowa. Aby przeżyć, po raz kolejny będzie musiała z ofiary przedzierzgnąć się w kata. Przygotowana na atak wroga prawie wygrywa batalię z nim. Prawie... W ostatnim momencie unieruchomionemu na dachu szpitala psychiatrycznego Myersowi udaje się oswobodzić, po czym wielkim nożem zabija swoją siostrę. Potem akcja przenosi się w zupełnie inne miejsce. Poznajemy kilku studentów uczelni w Haddonfield, którzy zakwalifikowali się do programu typu reality show pt. "Dangertainment", transmitowanego za pomocą Internetu. Sześcioro młodych ludzi ma spędzić Halloween w domu, w którym w 1963 roku Michael Myers zabił swoja starszą siostrę. Jak się nietrudno domyśleć, kiedy żacy zaczynają rozłazić się po domostwie, by oddać się taki rozrywkom jak seks czy palenie trawy, na scenę wkracza ukryty dotąd Myers i wykorzystując zdobyte przez lata doświadczenie we władaniu najróżniejszą bronią, zabija kolejno coraz bardziej przerażonych nastolatków. Czynioną przez niego rzeźnię ku uciesze podziwia i obserwuje tabun zalogowanych internautów.

Dziwna to odsłona cyklu Halloween, przede wszystkim z konstrukcyjnego punku widzenia. Rzecz w tym, iż prolog do głównej części filmu trwa ponad 15 minut i tak naprawdę nijak się do niej ma. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż ów początek stanowi dogrywkę pojedynku stoczonego w „Halloween H20: 20 Years Later”. Miałem odczucie, jakby twórcy chcieli jak najszybciej pozbyć się Laurie Strode, by Michael Myers mógł się zająć nowymi ofiarami. Muszę przyznać, iż opisana wyżej introdukcja wyszła Rickowi Rosenthalowi, pamiętnemu reżyserowi „Halloween 2”, znakomicie. Jak zwykle Jamie Lee Curtis pokazała kawał znakomitego aktorstwa, zaś Michael Myers, niczym wampir z filmu Friedricha Wilhelma Murnau’a stojący i wpatrujący się w swą zamkniętą w szpitalu ofiarę, robi wrażenie nie mniejsze niż w „Halloween” z 1978 roku. Ich pojedynek jest niesamowity, pokazuje, jaki potencjał tkwił jeszcze w wydawałoby się do cna wyeksploatowanym motywie. Przestaje bowiem istnieć w halloweenowej sadze podział na piękną i bestię. Mamy na wpół szaloną, obsesyjnie wyczekującą na swojego prześladowcę Laurie oraz Michaela, pozbawionego uczuć i bezwzględnego potwora, który z mechanicznym uporem będzie dążył do tego, by wreszcie zrealizować swój plan. Na skutek przypadku, niefortunnego zdarzenia, a może znowu przeznaczenia, nasza bohaterka ginie zadźgana potężnym nożyskiem.

I tak naprawdę na streszczeniu i pochwaleniu prologu można by zakończyć opis filmu Rosenthala, gdyż to, z czym mamy do czynienia dalej, właściwie nie jest warte uwagi. „Reality show” z udziałem polującego na studentów Michaela Myersa pozbawione jest jakiegokolwiek sensu. Od początku bowiem wiadomo, co tak naprawdę będzie się działo w domu zamaskowanego mordercy. Najgorsze jest jednak to, iż przez fatalnie skonstruowane postacie, jednowymiarowe, papierowe i momentami żałośnie nijakie, kompletnie nie da się przejąć ich losem, a tym samym choć trochę zainteresować się oglądaną na ekranie akcją. Nastolatki za wszelką cenę próbują się wydostać z domu, zaś Myers robi swoje, czyli pozbawia życia kolejne ofiary. „Halloween: Resurrection” pozbawiony jest nie tylko elementu mającego wywołać u widza lęk albo strach, lecz także napięcia oraz efektu zaskoczenia. Czy tych wad dało się uniknąć? Myślę, że w przypadku ósmej odsłony halloweenowego cyklu było to niemożliwe. Jestem przekonany, iż już na poziomie scenariusza pomysł był słaby i nie tkwił w nim żaden potencjał. Można oczywiście powiedzieć, że film Rosenthala jest głosem w dyskusji o moralności programów typu „reality show”. Jednak powiedzenie, iż taki typ audycji jest infantylny, pozbawiony krzty sensu, a przede wszystkim niemoralny nie wnosi nic do dyskusji. Sama deklaratywność to zbyt mało, by potraktować wygłoszone tezy szczególnie poważnie. Podobnie rzecz się ma z Internetem. Już dawno ktoś powiedział, iż sieć jest gigantycznym śmietniskiem, na którym można znaleźć dosłownie wszystko, od niezwykle cennych i rzadkich materiałów na temat niszowej dziedziny do pornografii dziecięcej. Ze względu na intencje twórców audycji jak profil widza do jakiego jest skierowana, programowi typu „Dangertainment” bliżej jest oczywiście do tej ciemniejszej strony globalnej sieci komputerowej.

Jedyne, co udało się reżyserowi naprawdę dobrze, to postać Michaela Myersa. Ogromny, zamaskowany facet uzbrojony w ogromny nóż, poruszający się bezszelestnie po ciemnym, rozświetlonym jedynie latarkami domu robi niesamowite wrażenie. Zamknięte pomieszczenia tylko zwielokrotniają grozę, jaką emanuje postać Myersa. Niczym drapieżnik doskonale znający swój teren, morderca wie, gdzie na chwilę można się ukryć, by nagle zaatakować zaskoczoną i bezbronną ofiarę. Kapitalnie wyszło reżyserowi kilka scen, w których z mroku powoli wyłania się biała maska Myersa, po czym widzimy całą jego postać kroczącą cicho za umierającym ze strachu nastolatkiem.

Z dzisiejszej perspektywy czasowej pochodzący z 2002 roku „Halloween: Resurrection” wpisuje się w nurt tzw. teen slashera, w którym grupa, najczęściej średnio inteligentnej, młodzieży pada ofiarą świetnie uzbrojonych, pozbawionych uczuć, a przede wszystkim niezniszczalnych psychopatów/kanibali/mutantów/ czy innego rodzaju okrutników o podejrzanej konduicie, mających na celu wypruć flaki wszystkiemu, co się rusza i ma do dwudziestu paru wiosen na karku. W tego typu produkcjach scenariusz nie gra roli, byle krwi lało się dużo, wszyscy krzyczeli ze strachu, panny ochoczo eksponowały swoje silikonowe piersi, a co 15-20 minut widzowie podskakiwali na kolejnej jump scenie.

Michael Myers über alles

Rzeczywistość, zwłaszcza ta w jakiś sposób związana z pieniędzmi i finansami, nie znosi próżni. Fundamentem amerykańskiej kinematografii jest zasada głosząca, iż jeśli na czymś da się zarobić, należy odrzucić wszelakie skrupuły i bezwzględnie wyciskać z tematu więcej niż jest to możliwe. Wydawało się, że o Michaelu Myersie oraz jego rodzinie nic już nie można powiedzieć. Co najwyżej pogrążyć go można w jednej z filmowych patologii, mianowicie w crossoverze, i przeciwstawić mu innego bohatera zbiorowej wyobraźni Amerykanów, np. psa Pluto. Na szczęście do tego nie doszło. Jednak naiwny byłby ten, kto miał nadzieję, iż słynny Michael Myers po dwudziestu czterech latach ciężkiej pracy w show biznesie uda się na zasłużoną emeryturę. Niestety, w 2007 roku po raz kolejny film z zamaskowanym mordercą zagościł w naszych kinach. Tym razem za sprawą nie sequela, ale remake’u pierwszej odsłony cyklu, którego reżyserem został Rob Zombie. Znowu w sierpniu 2009 roku swoją premierę miała kontynuacja owego remake’u, „Halloween 2”, również w reżyserii byłego lidera kapeli White Zombie. Jednak ich opis zarówno w oderwaniu od pierwowzoru Carpentera jak i w kontekście „Halloweenów” z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to temat na zupełnie inną rozprawę.

Na czym polega fenomen postaci Michaela Myersa? Trzeba uściślić, iż narodził się on przede wszystkim dzięki Johnowi Carpenterowi. Inni reżyserzy w swoich produkcjach, z lepszym lub gorszym skutkiem, tylko utrwalali ów mit zamaskowanego oprawcy. Dlaczego jednak stał się ikoną horroru porównywalną z Jasonem Voorheesem oraz Freddym Kruegerem? Z całej trójki Myers to postać najbardziej tajemnicza. Nie wiemy nic ani na temat morderstwa siostry w 1963 roku, nie znamy także szczegółów piętnastoletniego pobytu w klinice psychiatrycznej. Możemy tylko podejrzewać, dlaczego po ucieczce z niej udał się do rodzinnego miasta na poszukiwanie drugiej siostry. Słowa dr. Loomisa: „Stanął przede mną sześcioletni chłopiec, z białą jak papier twarzą, bez żadnego jej wyrazu i z czarnymi oczami... oczami diabła” bardziej zdradzają jego emocjonalne podejście do pacjenta niż profesjonalny obiektywizm specjalisty. Michael pochodził ze zwyczajnej rodziny należącej do klasy średniej. Myersowie mieszkali w niewielkiej, ale urokliwej miejscowości, mieli samochód i ładny, niedużych rozmiarów domek. Co musiało więc się stać, iż w takim miejscu narodził się demon, potwór, nieludzkie monstrum, a według dr. Loomisa, czyste zło? Ze względu na gatunek, jakim jest horror, niestroniącym przecież od fantastyki, najłatwiej nadać Myersowi wymiar nadnaturalny. Mocnym fundamentem tej tezy może być szczególny dzień, w którym bohater jako dziecko dokonał swojego pierwszego mordu, a później jako dorosły mężczyzna pojawił się w Haddonfield. Oprócz tego nie można zapomnieć, iż w finale filmu Carpentera Michael „przyjął na klatę” sześć strzałów dr. Loomisa, po czym szybciutko ulotnił się z miejsca zbrodni. Ale oprócz interpretacji umieszczającej bohatera w rzeczywistości nadprzyrodzonej, niezwykle ważny jest kontekst historyczno-społeczno-obyczajowy, w jaki można wpisać postać Michaela Myersa. Lata sześćdziesiąte, czyli te, w których przyszły morderca zabił swoją pierwszą ofiarę, nazywano szalonymi. Większe miasta w Stanach Zjednoczonych opanowane były przez protesty antywojenne organizowane nie tylko przez pacyfistów, lecz także przez studentów oraz najróżniejszej maści działaczy lewicowych i lewackich. Wywołane one były przez coraz gorsze wieści z Wietnamu oraz na skutek kryzysu kubańskiego. W tamtych latach powstała niezwykle dynamicznie rozwijająca się subkultura hippisowska. Z tym niewątpliwie związana była rewolucja seksualna oraz rozpowszechnienie stosowania narkotyków. Wreszcie furorę robiła idea społeczeństwa permisywnego, czyli takiego, który odrzucało jakiekolwiek normy moralne i obyczajowe, a jedynym wyznawanym przez jego członków dogmatem była bezgraniczna tolerancja, przede wszystkim dla zachowań odbiegających od przyjętych dotychczas norm. Może więc John Carpenter chciał pokazać Michaela Myersa jako dziecko swoich czasów, „szalonych lat sześćdziesiątych”, a więc istotę wychowaną bezstresowo w duchu relatywizmu moralnego? Skutkiem tego mogłoby być właśnie zamaskowane monstrum z 1978 roku obsesyjnie polujące na swoją siostrę (wszystkiemu winna jest instytucja rodziny?) i przy okazji zabijające inne osoby wychowane w duchu poprzedniej dekady. Nie dziwię się więc, iż Myers 31 lat temu mógł wzbudzać przerażenie. Dlaczego bowiem ktoś taki jak on, dziecko ery swobód obyczajowych i moralnego liberalizmu, nie mógłby się narodzić w rzeczywistości w jednym z amerykańskich miast lub miasteczek?

Wreszcie na końcu warto powiedzieć kilka słów na temat maski, jaką w każdej części „Halloween” nosi Michael Myers. Biała, pozbawiona rysów, skrywająca całkowicie twarz właściciela wśród widzów od początku budziła niepokój, a czasami przerażenie. Jedną z najlepszych scen w historii kina grozy jest powolne wyłanianie się z mroku zamaskowanego Myersa stojącego za plecami skrajnie przerażonej Laurie Strode („Halloween” Johna Carpentera). Najpierw widzimy jego białą maskę, aby zaraz zobaczyć całą postać. Skąd więc ów lęk przed zamaskowanym mordercą? Ofiara, patrząc w oczy swojemu prześladowcy, może bardzo dużo wyczytać z jego twarzy. Choćby to, ile w przybliżeniu ma lat, jakiej jest płci, jak również jaką rasę reprezentuje. Kat może również zdradzić się emocjami i uczuciami, jakie towarzyszą mu w czasie dokonywania zbrodniczego czynu. Zamaskowany wróg jest przeciwnikiem nieznanym, dlatego też budzącym grozę. Śmierć z ręki człowieka o nieznanej fizys napawa wielu strachem wynikającym z niewiedzy, nieświadomości, a co za tym idzie z totalnej bezbronności wobec oprawcy. Zamaskowany, wiedząc wszystko o swojej ofierze, posiada nad nią władzę, druga strona zaś, w tym widzowie utożsamiający się przecież najczęściej z poszkodowanym, czuje się bezsilna wobec anonimowego, pozbawionego przez maskę jakichkolwiek cech ludzkich mordercy.

Data dodania do bazy: 31.10.2009


HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”
HO, Publicystyka - Zabawy (z) dynią, czyli osiem odsłon „Halloween”

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -