Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Literackie podsumowanie roku 2011

M@rio

Nie ulega wątpliwości, że rok 2011 pod kątem literackim okazał się nad wyraz pomyślny dla gatunku horroru, zwłaszcza jego rodzimej odmiany. Nasi redaktorzy, Mariusz Juszczyk, Łukasz Radecki oraz Paweł Waśkiewicz dyskutują i analizują najważniejsze wydarzenia literackie minionego roku. Sprawdźcie, które książki warto przeczytać, których unikać i na które warto czekać w 2012 roku.


M@rio: Rok 2011 okazał się nad wyraz owocny pod względem literackim i przyniósł wiele niespodzianek na rodzimym rynku grozy. Pisząc te słowa, mam nieodparte poczucie deja vu… z każdym kolejnym rokiem odnoszę wrażenie, że jest on lepszy od swojego poprzednika. Co tu dużo mówić, literacka groza rośnie w siłę! A jak Wy oceniacie minione 12 miesięcy?

Paweł Waśkiewicz: Faktycznie, każdy kolejny rok przynosi nam jakieś nowości i pozytywne zaskoczenia. Tak jak popularność Ketchuma była niespodzianką rok temu, tak w 2011 zdziwiłem się poważnie, gdy pod strzechy zawitał Edward Lee. Biorąc pod uwagę, z jakim ekstremum mamy tu do czynienia (nawet jeżeli sam „Sukkub” nie pokazał jeszcze w pełni odrażającego, krwawego oblicza tego pisarza), jest to naprawdę krok naprzód. Skoro polscy wydawcy sięgają do literackiego podziemia, być może czeka nas także więcej tytułów mainstreamowych, które omijały nasz kraj. Inne pozytywne wydarzenie – chociażby „Zły wpływ” Campbella, pierwsza od dawna książka tego autora, która ukazuje się w Polsce.

Shadock: Istotnie, rok 2011 był dla literackiego horroru wyjątkowo obfity i pomyślny. Co do Lee i Campbella, wydaje mi się, że obaj byli kwestią czasu, skoro Ketchum się dobrze u nas przyjął. Inna sprawa, że i „Sukkub” i „Zły wpływ” to dla mnie książki przereklamowane. Ale to kwestia gustu. Należy docenić ogromną pracę Repliki, która wyrosła na potentata grozy na naszym rynku. Oby tak dalej. Równie mocno, jeśli nie bardziej, kibicuję wydawnictwu Fu Kang, które dyskretnie promuje kolejną powieść Patricka Senecala, autora nie tak popularnego jak wcześniej wymienieni, a serwującego literaturę na najwyższym poziomie. Także ekstremy.

M@rio: Co do Campbella, to jego nazwisko pojawiło się na polskim rynku już w 1994 r. za sprawą „Wieży strachu”. Myślę jednak, że ani wtedy, ani nawet dwa lata temu, w 2010 r., gdy Książnica wydała „Najciemniejszą część lasu” niewielu było naprawdę świadomych odbiorców, zdających sobie sprawę z wagi nazwiska pisarza. I podejrzewam, że gdyby nie ubiegłoroczne Wrocławskie Dni Fantastyki, na których pojawił się osobiście pisarz, nie wiem, czy dzisiaj mielibyśmy w rękach taki „Zły wpływ”. Samą książkę oceniam pozytywnie. Może nie zaskakuje tak bardzo jak wyśmienita „Najciemniejsza część lasu” i niekoniecznie bym ją widział w zestawieniu najlepszych powieści grozy 2011 roku, ale to wciąż solidna pozycja spod znaku „creepy”, po którą na pewno warto sięgnąć. Wydawnictwo Replika rzeczywiście odwaliło w ciągu ostatnich 12 miesięcy kawał świetnej roboty, dostarczając czytelnikom najlepsze ubiegłoroczne premiery. Nie zapominajmy jednak o innych wydawnictwach, tych mniejszych i większych, które też dodały po cegiełce: Albatrosie, Fu Kang, Papierowym Księżycu, Niszy, Prószyńskim i S-ka, Amber, WAB, SQN i innych. Skoro pojawiły się już osobiste wycieczki do konkretnych tytułów, to które z nich uważacie za „the best of the year”?

Paweł Waśkiewicz: Nie będę wracał do wspomnianych powieści, a zamiast tego skupię się na krótkiej formie. Moim numerem jeden wśród antologii grozy tego roku jest „15 blizn”, i tu – choć nie chcę być monotematyczny – znów należą się brawa Replice. Takiej rozrywki, jakiej dostarczyli mi Hill, Wilson, Ketchum i inni, nie zapewnił mi od dawna nikt.

Shadock: Ja zaś nie odkryję prochu, gdy powiem, że moimi faworytami byli od początku: w Polsce Jakub Małecki z wybitnym „Dżozefem”, który wykracza poza normy horroru (kolejną powieścią - „W odbiciu” niemal całkiem z nim zerwał), a z zachodnich to Patrick Senécal i genialna, wstrząsająca historia „Oko za oko”.

M@rio: „Dżozef” Małeckiego to rzeczywiście kapitalna rzecz, która swą formą wyprzedza tytuły, firmowane o wiele bardziej znanymi nazwiskami. Kto lubi takie postmodernistyczne smaczki, ten z pewnością doceni urok i kunszt „Dżozefa”, choć gatunkowi puryści mogą kręcić nosem. Oprócz wspomnianego „Dżozefa”, tytułem najlepszej książki roku obdarzyłbym „Czarną bezgwiezdną noc” Kinga, wspomnianego „Sukkuba” Edwarda Lee i „Jedyne dziecko” Ketchuma. Senecala i jego „Oko za oko” umieściłbym tuż za podium.

Paweł Waśkiewicz: Odnosząc się do wymienionych tytułów – z ostatnimi dwoma pozycjami Kinga nie miałem jeszcze (o dziwo!) styczności, ale już ostrzę sobie na nie zęby; Senecal również jest mi jeszcze nieznany. „Sukkuba” jednak nie nazwałbym najlepszą pozycją tego roku, choć z pewnością jest to spore wydarzenie na rynku horrorowym i pozycja warta uwagi. Natomiast „Jedyne dziecko” Ketchuma dla mnie osobiście było zawodem. Po „Straconych” (i „Red”, które na rynek polski wejdzie dopiero za jakiś czas) nie znalazłem tam już niczego, czego nie widziałbym w twórczości Ketchuma wcześniej, a i emocje wydawały się wyciskane z czytelnika na siłę. Mimo wszystko, powieść nie jest kompletną wpadką i polecam ją wygłodzonym fanom autora. Zdecydowanie bardziej podoba mi się jego antologia opowiadań „Królestwo spokoju”, która niedawno ujrzała światło dzienne na rodzimym rynku.

Shadock: Cieszę się bardzo, Pawle, że to powiedziałeś, bo już zaczynałem się stroszyć o tego „Sukkuba”. Owszem, jest to książka mocna i dobrze napisana, ale daleko jej do książki roku. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, ekstrema (i pornografia) tam zawarta nie odbiega od tego co krytykowaliście w zeszłym roku u Eversona. Podobnie z Ketchumem - „Jedyne dziecko” jedynie trzyma poziom, ale tak jak mówisz, wszystkie sztuczki już znamy... Co do Kinga, opowiadania rzeczywiście znamienite (zapomniałem, że to było w tym roku!) rozczarowuje natomiast „Dallas '63”. Lektura w zasadzie świetna, niemniej, to typowa amerykańska obyczajówka z bardzo romantycznym wątkiem. Właśnie, hity znamy, a co z rozczarowaniami? U mnie będą to na pewno oba Mastertony wydane w Replice i pochodzące również stamtąd „Ciepłe ciała”.

M@rio: „Królestwo spokoju” rzeczywiście prezentuje się przyzwoicie, ale ja wolę osobiście Ketchuma w dłuższej formie. Co do porównania Lee i Eversona, to jednak dla mnie są to dwie różne klasy, więc nawet przez myśl mi nie przeszło zestawianie obu pisarzy obok siebie. Zgadzam się przy tym, że „Dallas ‘63” nieco rozczarowuje, taka „Czarna bezgwiezdna noc” bije wspomnianą powieść na głowę. Gdy mówimy jednak o największych rozczarowaniach, to z pełnym przekonaniem mogę wymienić „Monstera” Sebastiana Kossaka, którego lektura jest niezłym testem na cierpliwość.

Paweł Waśkiewicz: Co do Mastertonów z Repliki, oba były już znane na rynku wcześniej – o ile jednak w przypadku „Domu kości” zarzuty są dla mnie zrozumiałe (bo kto rozsądny wydaje powieści dla młodzieży, kierując je ku dorosłym odbiorcom?), o tyle już „Diabelskiego kandydata” bym się nie czepiał. Ta książka jest dla mnie jak cała twórczość Mastertona. Zresztą wystarczy spojrzeć na okładkę: zakrwawione ręce sięgające po płonący Biały Dom. Czy to nie mówi wszystkiego, co fani klasy B chcieliby wiedzieć? Co do Lee i Eversona z kolei – ja faktycznie zauważam podobieństwo. Obaj panowie lubią czytelnika obrzydzić, zszokować, zbulwersować i nakarmić taką ilością krwi i seksu, by przez rok nie musiał oglądać wiadomości w telewizji. Tylko że Everson to przy Lee grzeczny chłopiec, który dopiero co zsiadł z czterokołowego rowerka; gdzie mu do tego poziomu literackiej masakry. Czyni go to co prawda bardziej strawnym dla publiczności, w tym dla mnie. „Sukkub” Lee natomiast wydaje mi się w tym porównaniu całkiem zasadny, gdyż książka ta nie pokazuje wszystkiego, na co autora stać. Jeśli ktoś zabrał się za niepublikowaną w Polsce powieść „The Bighead”, wie najlepiej, że Lee w „Sukkubie” jedynie przymilał się do czytelników, by ciężkie działa wytoczyć później. Jeśli ktoś to lubi – a sam nie jestem do końca przekonany – warto czekać na przyszłe premiery. Ponoć „Creekers” ma pojawić się jeszcze w tym roku.

Shadock: Ale ja właśnie zestawiam „Sukkuba” a nie inne utwory Lee, drogi Pawle. Sam przyznajesz, że to książka dość przeciętna jak na tego autora. I ja też tak twierdzę. Czekam na inne jego utwory na naszym rynku. Przemilczałeś jednak sprawę rozczarowań. Czyżby nic Cię w tym roku nie zawiodło?

Paweł Waśkiewicz: W sumie trudno powiedzieć, bym na coś z wielkim zapałem wyczekiwał w 2011, więc też i zawodów nie było zbyt wielu. Wcześniej pisałem już jednak, że przeliczyłem się w swoich oczekiwaniach wobec „Jedynego dziecka” Ketchuma. Nie podzielam entuzjazmu M@rio, który dał powieści dziesiątkę; dla mnie jest to książka – jak na tego autora zwłaszcza – przeciętna i grająca na emocjach w dość bezczelny, mało przemyślany sposób.

M@rio: Pawle, z Twojego tonu wybrzmiewa, jakoby „Jedyne dziecko” było kitem roku 2011. Oczywiście masz pełne prawo do swojego sądu, jednak z tego, co pamiętam wielu innym książkom dostało się od Ciebie o wiele mocniej, a nic o nich nie wspominasz. Taki „Kamuflaż” Ewy Ostrowskiej otrzymał od Ciebie tróję w dziesięciostopniowej skali. Czyli przekładając to na szkolny język, jedynkę z plusem. Czy zatem „Jedyne dziecko” wypada w Twoich oczach jeszcze gorzej?

Paweł Waśkiewicz: Oczywiście, że „Jedyne dziecko” stoi piętro wyżej nad sporą częścią książek, które w tym roku czytałem – istota zawodu polega na tym, że od Ketchuma oczekiwałem czegoś wyjątkowego, zaś od wspomnianej przez Ciebie książki Ewy Ostrowskiej zupełnie nic. Nawet jeżeli były to oczekiwania przesadzone, to właśnie niedoskonałe „Jedyne dziecko”, któremu wystawiłbym zapewne słabe 7/10, będę wspominał jako rozczarowanie. Z bardziej oczywistych literackich wpadek 2011: słabo wypadł „Horror w literaturze współczesnej i filmie” Anity Has-Tokarz, który zawierał mniej więcej tyle interesujących analiz, co błędów rzeczowych. Chociaż nie da się ukryć, że pojawienie się opracowania o tej tematyce samo w sobie jest dobrą wiadomością – a literatury poświęconej grozie jako gatunkowi w tym roku nie brakowało.

M@rio: Skoro wywołałeś do tablicy „Horror w literaturze współczesnej i filmie” Anity Has-Tokarz, to muszę przyznać Ci rację, co zresztą chyba dość wyraźnie wyraziłem w swojej recenzji tej książki. Autorka dość poważnie pogubiła się w zeznaniach w swojej publikacji, z czego wyszedł taki „półkoszmarek”. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś innego. Mianowicie, rok 2011 był rekordowy pod względem publikacji poświęconych gatunkowi horroru. W sumie, w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, światło dzienne ujrzało aż pięć książek tematycznych. Oprócz „Horroru w literaturze współczesnej i filmie” Anity Has-Tokarz, pojawiły się takie tytuły, jak: „Strach ma sko¬śne oczy. Azja¬tyc¬kie kino grozy” Krzysz¬tofa Goner¬skiego z Horror Online, „Odra¬ża¬jące, brudne, złe. 100 fil¬mów gore” Pio¬tra Sawic¬kiego, „Master¬ton” duetu Robert Cichow¬las i Piotr Pocz¬ta¬rek oraz „Film gore - komer¬cja¬li¬za¬cja gatunku” Grze¬go¬rza Pod¬sia¬dło. Ostatnia publikacja to jedna wielka pomyłka, natomiast pozostałe rzeczy z pewnością warte są nabycia i poczytania, tym bardziej, że tego rodzaju literatura wydawana jest zwykle w niewielkim nakładzie. Konkluzja jest taka, że te pięć tytułów to prawdziwy ewenement na polskim rynku. Jeszcze nigdy nie było takiej sytuacji, żeby w jednym roku aż tyle książek poświęconych grozie pojawiło się obok siebie. Dla mnie to kolejny symptom, potwierdzający dobrą kondycję gatunku.

Shadock: Dokładnie. Poprzednio wspominaliśmy o boomie sprzed kilku lat, ale ostatni rok pokazuje, że groza literacka zaczyna zajmować należne jej miejsce. Mam na myśli fakt, że choć jest wręcz oficjalnie ignorowana przez największe wydawnictwa (Kinga i Mastertona nie będę w to mieszał, oni z półek nie znikają nigdy) zajmujące się szeroko pojętą fantastyką, to zajęła w świadomości czytelników niszę i spokojnie się tam rozwija. Widać to na przykładzie wspomnianych przez Ciebie, Mariuszu, książek tematycznych, widać na podstawie Repliki, Oficynki, Fu Kanga, ale także konwentów, na których w tym roku groza zajmowała według mnie więcej miejsca niż zwykle. Myślę, że jest to spowodowane ilością młodych, że tak powiem głodnych pisarzy, którzy przynajmniej u nas napędzają rynek. I mobilizują starszych, zasłużonych kolegów.

Paweł Waśkiewicz: Książki tematyczne faktycznie są powodem do zadowolenia; zgadzam się z Tobą, że mogą stanowić symptom głębokich zmian na rynku. Co do konwentów: patrząc choćby na Polcon 2011, atrakcji dla miłośników grozy było całkiem sporo, a w dodatku wiele spośród nich trzymało przynajmniej przyzwoity poziom. No i gwiazdą następnego Polconu ma być Edward Lee, a trudno o nazwisko w bardziej oczywisty sposób kojarzące się z grozą; zgadzam się więc z Tobą całkowicie. Co do młodych, głodnych pisarzy – kogo uważasz za takiego, jeśli mogę zapytać?

M@rio: Na konwentach rzeczywiście zaczyna pojawiać się groza, choć w zasadzie tylko na największych imprezach typu wspomniany Polcon, czy Dni Fantastyki. Przy czym trzeba otwarcie powiedzieć, że póki co, bloki horroru nie skupiają takiej ilości fanów, jak np. s-f, czy RPG. Kto odwiedza tego rodzaju eventy, ten wie, o czym mówię. Natomiast nie polaryzowałbym literackiej sceny polskiego horroru na młodych, czy starych twórców, bo jest ona na tyle młoda, żeby nie powiedzieć „raczkująca”, że nie wiem, czy to ma sens. Większość rzeczy, zaliczanych do rodzimego horroru ma nie więcej niż kilka lat. Może za wyjątkiem utworów Siewierskiego, Oszubskiego, czy Nowosada. Ale dziś, chyba mało kto o nich pamięta. W każdym razie, nie mówiłbym o podziale na starych i nowych, a o kolejnych falach rodzimego horroru. Pierwszą falę „ponowoczesnego horroru” upatrywałbym w takich nazwiskach, jak Kain, Kyrcz, Szolc, Miłoszewski, Grzędowicz, Orbitowski, czy Cichowlas. Druga fala to jest to, z czym mamy do czynienia obecnie. Natomiast wydaje mi się, że zjawisko jeszcze ciągle się krystalizuje. Tutaj wrzuciłbym między innymi, obecnego w naszej dyskusji, Łukasza Radeckiego, Krzysztofa T. Dąbrowskiego, Rafała Kuletę, Magdalenę Kałużyńską, czy Krzysztofa Maciejewskiego. Przy czym trzeba wyraźnie zaznaczyć, że nazwiska z pierwszej fali ciągle nie dają o sobie zapomnieć, a wiele nowych ciągle puka do drzwi literackiej grozy. Rozgadałem się trochę, ale pozwolę sobie wtrącić jeszcze jedną refleksję. Mianowicie, nie bez znaczenia jest fakt, że duża część polskich pisarzy grozy, to ludzie, którzy wywodzą się ze środowisk fanowskich, dlatego powinniśmy dbać o rozwój i promocję gatunku.

Shadock: Masz rację nie chodzi o podział na młodych w sensie wieku, bo przecież, choć debiutantami nie są, to taki Jakub Małecki, Łukasz Śmigiel czy Dawid Kain idealnie pasują do kategorii, młodych, głodnych i zawziętych pisarzy. I ja też ;) - ale to inna kategoria wagowa. Polemizowałbym natomiast z Twoim przydzielaniem do fal, bo Robert Cichowlas według Twoich wyliczeń pasowałby raczej do drugiej fali, a Krzysztof T. Dąbrowski debiutował wcześniej. Uparcie też będę się wahał gdzie w ogóle przydzielić Rafała Kuletę :). Na naszym rodzimym podwórku dzieje się jednak sporo. Spójrzcie na różnego rodzaju antologie, jak choćby „Bizzarro” czy „31.10” - cała masa autorów, a co ważne prezentujących naprawdę przyzwoity poziom. Myślę, że dominacja fantasy i science-fiction jest w naszym kraju niezagrożona, jednak horror zaczyna być dostrzegany i poważany. A czasem wchodzi na salony, czego dowodem nagroda Ministra Kultury i Sztuki dla Łukasza Orbitowskiego. Chciałoby się rzec, wreszcie.

Paweł Waśkiewicz: Jeśli chodzi zaś o zainteresowanie pisaniem horroru – cóż, wystarczy spojrzeć na liczbę prac, które zostały nadesłane na organizowany przez Horror Online konkurs literacki. ;) Dodajmy, że wiele z nich utrzymywało naprawdę dobry poziom – a to nie jest przecież wcale takie oczywiste. Faktycznie, wydaje się, że po latach w końcu w naszym kraju gatunek zaczyna być traktowany poważnie.

M@rio: Łukaszu, rzeczywiście, Roberta Cichowlasa można by przydzielić do kolejnej fali. Choć, gdyby się uprzeć… Ja akurat sugerowałem się jego opowiadaniami, które były wcześniej publikowane w sieci, jeszcze przed oficjalnym debiutem książkowym, ale mniejsza z tym. Fakt pozostaje bowiem faktem, że w tym roku pojawiło się sporo interesujących projektów grozy, które nie tylko pokazują, że horror jest potrzebny na kulturalnej mapie Polski, ale również i to, że mamy w naszym kraju co prawda nieliczne, ale za to bardzo prężne i kreatywne środowisko animatorów gatunku.

Shadock: No właśnie, odnośnie interesujących projektów. Jakieś największe niespodzianki tego roku? Dla mnie to niewątpliwie zbiorek Krzysztofa Maciejewskiego, ale także „Chory, chorszy, trup” Kaina i Kyrcza. Ten duet kojarzyłem dotąd z groteski ocierającej się o horror, jednak momentami dość przeciętnych lotów (jak choćby ich drugi wspólny tom). „Chory, chorszy...” nie pozostawia złudzeń, że mamy do czynienia ze świetnymi pisarzami grozy.

Paweł Waśkiewicz: Wśród polskiej literatury grozy największym zaskoczeniem była chyba dla mnie „Efemeryda” Cichowlasa i Kyrcza. Dwóch panów, którzy do tej pory serwowali nam mięsisty, bardzo mastertonowski horror, nagle zmieniło kurs i podryfowało na nieznane wody. Efekt jest miejscami lepszy, miejscami gorszy – ale z pewnością nie zatrze się w mojej pamięci owo pierwsze wrażenie, które brzmiało: „Co to, do diabła, jest?!” Wciąż czuć w owej powieści cechy rozpoznawcze stylów obydwu autorów, ze wszystkimi tego wadami i zaletami (ja na przykład mam problemy ze strawieniem nadmiaru kolokwializmów oraz kiepskich żartów sytuacyjnych) ,ale „Efemeryda” z powodzeniem wymyka się schematom fabularnym.

M@rio: W tym roku szczególnie zaskakuje, oczywiście in plus, rodzima proza. Mam na myśli wybitnego „Dżozefa” Jakuba Małeckiego, który ustawił swym dziełem poprzeczkę bardzo wysoko. Również Robert Cichowlas mocno plusuje, zarówno w „Szóstej erze”, jak i napisanej wespół z Kazkiem Kyrczem „Efemerydą”. Do tego grona doliczyłbym Dawida Kaina, który na przestrzeni ostatnich kilku lat dokonał największego postępu i jest obecnie jednym z najciekawszych polskich pisarzy, obracających się w klimatach grozy oraz groteski. „Za pięć rewolta” stanowi potwierdzenie kursu, który obrał Dawid. Jednak największą tegoroczną niespodzianką jest dla mnie zbiorek „Lęk na lęk” Kazka Kyrcza i Twój, Łukaszu. Rzecz, która zaskakuje absolutnie świetnym poziomem, dojrzałością i dbałością o najdrobniejsze detale.

Shadock: Bardzo dziękuję, jakkolwiek kokieteryjnie by to brzmiało, cieszę się, że „Lek na lęk” wywołał tak pozytywny odbiór u czytelników i recenzentów. Patrząc na nasze komentarze do największej niespodzianki, okazuje się nią Kazimierz Kyrcz Jr. A tak poważniej, to jest właśnie to o czym mówiłem wcześniej – pojawia się coraz więcej utworów na rodzimym podwórku, a rodzimi wyjadacze już nie tylko panoszą się w wywalczonych wcześniej niszach, tylko sięgają dalej i wyżej jak wspomniany Jakub Małecki. Już tylko dzięki niemu i Łukaszowi Orbitowskiemu moglibyśmy być spokojni o kondycję polskiej grozy, na szczęście na tych nazwiskach temat się nie kończy a polska groza, choć dalej marginalna, przestała być synonimem czegoś gorszego i słabszego niż to co proponuje zachód.

Paweł Waśkiewicz: Cieszyć się należy przede wszystkim ze zróżnicowania polskiej grozy. Mamy surrealistycznego Małeckiego, mamy zachwycającego stylem osiedlowej poetyki Orbitowskiego, mamy wreszcie Cichowlasa, który jak nikt radzi sobie z surowością klasy B. Ja osobiście nie postawiłbym na podium Kazimierza Kyrcza Jr., za którego stylem nie przepadam, ale jego bardzo bogaty wkład w polską grozę jest nie bez znaczenia. Mógłbym złośliwie stwierdzić, że dla mnie osobiście Kyrcz odwala kawał dobrej roboty przede wszystkim dlatego, że zachęca do dalszej działalności pisarzy takich jak Dawid Kain, Robert Cichowlas, czy Ty, Łukaszu. :P I po słowach Mariusza czuję się zmotywowany do sięgnięcia po „Lek na lęk”, którego do tej pory nie miałem jeszcze okazji czytać. Przyznaję, nie odrobiłem pracy domowej! Tak czy inaczej, polski horror ma się dobrze. Nie jest źle również poza granicami naszego kraju – wystarczy spojrzeć na obecnych kandydatów do nagrody Brama Stokera. Jestem mile zaskoczony, że większość nazwisk była mi kompletnie nieznana. Moim zdaniem znaczy to, że również na rynku zagranicznym mamy do czynienia z napływem świeżej krwi, i że wreszcie nagrody zgarnia ktoś jeszcze oprócz Stephena Kinga i Ramseya Campbella…

M@rio: A propos tematu świeżości, to na jakie premiery i wydarzenia literackie czekacie najbardziej w tym roku? U mnie numerem jeden jest Polcon, na którym ma się pojawić wywołany wcześniej Edward Lee. Jestem także niezmiernie ciekaw jego kolejnej powieści, „Creekers”, zapowiadanej przez Replikę na kwiecień tego roku. W marcu pojawią się także „Widma” Łukasza Orbitowskiego, tytuł, któremu autor poświęcił sporo czasu i pracy, więc tym bardziej intryguje mnie efekt końcowy. Gdy piszę te słowa, obok mnie leży „Punkt wyjścia” Dawida Kaina, który zaledwie wczoraj miał swoją premierę (24 lutego). Po ostatnich dokonaniach Dawida i jego wyraźnym postępie, już się zanurzyłem w nowej historii. Również nasz redakcyjny kolega, Bartek Paszylk alias BartX, skończył niedawno prace nad kolejną książką o szeroko pojętym horrorze dla wydawnictwa PWN. Co prawda data premiery jest jeszcze nieznana, ale każda książka tematyczna jest automatycznie wciągana na moją listę „must read”.

Shadock: Zgadzam się z Tobą, niestety, niewiele więcej mogę dodać. Bo że „Widma” są obowiązkiem to oczywiste, nigdy zresztą nie ukrywałem swojej fascynacji literaturą Łukasza Orbitowskiego. Czekam na nowego Patricka Senécala, który powinien ukazać się na wiosnę, mam nadzieję, że Paweł Paliński wreszcie przebije się do jakiegoś wydawcy z nową powieścią, którą chomikuje od jakiegoś czasu, że Aleksandra Zielińska doczeka się obiecywanego od roku debiutu, ciekaw jestem „Grobbingu” Krzysztofa T. Dąbrowskiego, po cichu liczę, że coś nowego zaprezentuje Jakub Małecki. No i nie ukrywam, dużo obiecuję sobie po swoich dwóch książkach, które też wkrótce powinny trafić na rynek. Nie chcę zapeszać, więc nie będę nawet zdradzał tytułów. Jak widać, poza Senécalem, brak tu zachodnich akcentów. Jakoś zdecydowanie w ostatnich czasach stawiam na polską grozę. To też o czymś świadczy.

Paweł Waśkiewicz: Popieram Cię, Mariuszu, w oczekiwaniu na Polcon – to faktycznie może być nie lada wydarzenie, a Edward Lee dodaje całej sprawie pieprzu. Oprócz „Creekers”, jestem też ciekaw kolejnych premier tego autora, a także liczę, że wkrótce ujrzymy na naszym rynku więcej książek Ramseya Campbella. Dla tych, którzy jeszcze nie czytali, że warto również szykować się na zapowiedziane premiery „Potomstwa” i „Rudego” Ketchuma (ta ostatnia powieść ma ponoć zostać wydana w jednym tomie z jeszcze jedną nowelą). Co do polskich pisarzy: ponoć wkrótce ma się ukazać zbiór opowiadań Stefana Dardy, a także ostatni tom jego cyklu o Czarnym Wygonie, na który czekam może bez niecierpliwości, ale ze pewnymi nadziejami.



HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2011

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -