Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?

Michał Korczowski

Przeczytawszy ostatnio dwie powieści Edwarda Lee (Ludzie z bagien i Sukkub) zacząłem się zastanawiać nad paroma kwestiami. Przede wszystkim zaintrygowała mnie problematyka estetyki obrzydliwości w horrorze. Od razu precyzuję, że horror postrzegam jako gatunek bardzo pojemny, toteż na myśli mam całość szeroko pojętej grozy. W tym momencie
z pewnością wiele osób pomyśli, że to co piszę, to jakieś aberracje i wyważanie otwartych drzwi. Wielu z pewnością trzeźwo zauważy, że horror niejako z samej swojej definicji odwołuje się do swoistych kulturowych tabu, które bezpardonowo przekracza. Niektórzy podkreślą również fakt, że obrzydliwość bądź epatowanie czytelnika opisami odrażających zdarzeń lub wizji są niemal że konstytutywnymi elementami tego gatunku. Wszystko
w zasadzie się zgadza. Piszę „w zasadzie” nie z przekory i chęci wrzucania kamyczków do ogródka moich oponentów, ale dlatego, że jednak u zarania gatunku literatura grozy nijak nie bazowała na odwołaniach do tak bezpośrednich środków wyrazu. Wręcz przeciwnie. Śmiało zaryzykuję stwierdzenie, że zarówno prapoczątki w postaci powieści gotyckiej, jak
i twórczość klasyków gatunku, takich jak choćby E. A. Poe, H. P. Lovecraft, A. Blackwood, czy innych autorów z kręgu weird tales były dalekie od estetyki bliskiej masarskim czeladnikom, tudzież wielbicielom osławionych teatrów osobliwości. Opowieści niesamowite dawały czytelnikom możliwość obcowania z grozą transcendentną, której istota była nierzadko trudno uchwytna i dotyczyła metafizyki.


Oczywiście literatura grozy ewoluowała przez te wszystkie lata, często podążając w kierunkach bardzo odległych od swoich źródeł. Drzewo, którego korzenie sięgają ludowości, powieści gotyckiej i całej romantycznej spuścizny wydało owoce, które padły od niego bardzo daleko.

Zetknięcie z prozą Edwarda Lee dało mi przede wszystkim asumpt do zastanowienia się nad tym, jaką właściwie rolę pełni lub może pełnić bezceremonialne eksponowanie estetyki opartej na obrzydliwości. Co tak naprawdę kryje się za bezwstydnym epatowaniem czytelnika opisami najbardziej wyszukanej makabry, zwyrodniałej erotyki, bądź posuniętym do granic groteski obrzydlistwem?

Po pierwsze, co najbardziej rudymentarne, obrzydliwość jak już zostało powiedziane w pewnym stopniu zawsze była nieodłącznym elementem estetyki horroru. Ale może warto zastanowić się nad tym, jakie są głębsze przesłanki takiego statusu obrzydliwości w literaturze grozy? Cóż takiego skłania wielu autorów do tego, by zabierali swoich czytelników na wycieczkę nocnym pociągiem z mięsem?

W analizach kultury, a tym samym w wypadku wzięcia na warsztat horroru, bardzo płodnego aparatu poznawczego dostarcza psychoanaliza. W wypadku odwołania się do spuścizny Freuda pewne hipotezy wyjaśniające toposy występujące w horrorze często wydają się bardzo sztampowe i skrojone na jedną miarę. Najprostszym, dość banalnym wyjaśnieniem byłaby w tym kontekście hipoteza podświadomego dążenia do sublimacji popędów tłumionych przez superego utożsamiane z kulturą. Zgodnie z tą interpretacją ohyda, obrzydliwość i wszelka literacka makabra to nic innego, jak odpryski Id, próbującego usilnie wyrwać się z okowów represyjnej kultury, tłamszącej pierwotne skłonności. W tym duchu pozostaje poniekąd również interpretacja odnosząca się do potrzeby przeżycia swoistego katharsis, jakie zapewnia obcowanie z treściami, które zdecydowanie wykraczają poza to,
co na co dzień kształtuje uniwersum symboliczne w kulturze Zachodu. Jednak czy założenie, że znane z horrorów sceny krwawych łaźni, wymyślnych tortur, brutalnych morderstw, gwałtów i perwersyjnego seksu są wyłącznie wołaniem ludzkiej podświadomości przytłoczonej przez normy kulturowe, nie jest zbyt dużym uproszczeniem?

Jakkolwiek odwołanie do sfery podświadomości czyni sprawę otwartą, ale jeśli jednak spojrzeć na tę problematykę nieco inaczej, niż z perspektywy psychoanalizy, to może dostrzeżemy także nieco inne potencjalne uwarunkowania? Może jednak działają tu inne motywacje, niż freudowskie Eros i Thanatos? Dlaczego zatem tylu autorów tak chętnie zabiera swoich czytelników do zmakdonaldyzowanego lunaparku makabry?

Zatem zostawmy na boku freudowskie interpretacje i zastanówmy się, czy to notoryczne literackie łamanie rozmaitych kulturowych tabu (związanych z cielesnością, seksualnością i przemocą) może na dłuższą metę spełniać jakąkolwiek funkcję (inną niż rola wybroczyn podświadomości)? Oczywiście nie ma podstaw by wątpić, że w wielu wypadkach sceny, które mogłoby być kanwą fabuły rzeźnickich prac Heraklesa spełniają swą rolę, o tyle, że szokują czytelnika i zapewniają mu somatyczną stymulację. Wyobrażam sobie,
że w środowisku pruderyjnym, w którym prym wiedzie wzorcowa mieszczańska moralność, opisy zwyrodniałych brewerii i wyuzdanych orgii z pewnością wywołałyby oburzenie
na salonach. Taka pani Dulska raczej nie zniosłaby podobnych bezeceństw, bo przecież, co by sobie mogli ludzie pomyśleć? Jednak czy nie jest tak, że po wielokroć w wypadku styczności z taką estetyką mamy do czynienia raczej właśnie ze świętym oburzeniem niż z realną, fizjologiczną, a także moralną, odrazą?

Podążając tym tropem odważę się zasugerować, że być może w większości wypadków taka estetyka stanowi świadomą próbę nawiązania przez autora dialogu z czytelnikiem. Dialogu, którego tworzywem jest właśnie estetyka oparta na szokowaniu bezprzykładnym i brutalnym łamaniu fundamentalnych kulturowych tabu. Czy nie można założyć zgodnie z tymi, którzy, skłaniają się ku koncepcji jednostki niedosocjalizowanej skłonnej do łamania norm już choćby wtedy, gdy nikt nie patrzy – że mamy tu do czynienia co najwyżej właśnie ze świętym i mocno konwencjonalnym oburzeniem, pod którym ukrywa się głębsza warstwa dyskursu symbolicznego i wzajemne puszczanie oczka? No bo jak tu jeszcze mówić o realnej możliwości szokowania odbiorców na dłuższą metę, gdy kultura masowa zdążyła już pod tym względem ustanowić poprzeczkę bardzo wysoko?
Czy obcowanie z obrazami, których ohyda mogłaby mile ogrzać serce Kaliguli lub Gillesa de Rais, podanymi niemal w formie niezobowiązującej przejażdżki na diabelskim młynie może jeszcze spełniać zamysł ich twórców?

Zarówno zwolennicy freudyzmu jak i zwolennicy koncepcji jednostki, która jednak nie jest znowu tak mocno stymulowana przez zinternalizowane uprzednio normy zapewne zgodziliby się ze mną. Takie przypuszczenia nasuwać mogą się tym bardziej, iż w dobie kultury masowej, poczynającej sobie dość śmiało, mierniki oceny rzeczywistego okrucieństwa są zależne od tego, do czego przyzwyczaiła nas właśnie kultura masowa. W porównaniu ze standardami fikcji literackiej lub zdecydowanie bardziej wymownymi obrazami z filmów lub gier komputerowych realna groza okrucieństwa, obrzydliwości i brutalności wypada jednak blado. Dowodem niech będzie pierwsze w historii kina przedstawienie sceny batalistycznej, którą pierwotnie miał stanowić autentyczny obraz z wojny. Niestety, ale filmowa dokumentacja konfliktu zbrojnego okazała się pozbawiona walorów dramaturgii, patosu i wizualnej atrakcyjności, dlatego ostatecznie zastąpiono ją wyreżyserowanym epizodem.

Być może wielu spośród czytelników takich literackich operatorów piły łańcuchowej
i potentatów krwawej jatki połączonej z wiwisekcją, jak wspomniany Edward Lee bądź Jack Ketchum już dawno uodporniło się na wnętrzności lecące w ich kierunku, uroki krwawej łaźni, czy też powab obscenizmów, będących produktem rozpasanej (a może jednak cynicznej i nastawionej na kalkulację) wyobraźni? Być może na dobrą sprawę niewielu spośród nas sceny obliczone na wywołanie szoku, przerażenia i obrzydzenia naprawdę byłyby w stanie mocno stymulować. Jednak każdy z nas – a przynajmniej większość – umiejętnie rozpoznaje rozmaite kody kulturowe, toposy oraz konteksty właściwie dla naszego uniwersum symbolicznego. Toteż z pewnością większość czytelników bez problemu zdaje sobie sprawę z tego, jaki walor przydawany jest pewnego rodzaju przedstawieniom, czy też estetyce. Jak również z tego, gdzie przebiegają linie demarkacyjne kulturowych tabu, których łamanie może narazić choćby na sankcję nieformalną. Już chociażby taką, jak brak akceptacji lub jawna dezaprobata w grupie odniesienia, czy też uciążliwy stygmat „odszczepieńca”, dziwaka, który jest po pierwsze niedojrzały, a po drugie nie potrafi „się zachować”. Toteż chcąc nie chcąc lepiej jednak odegrać rolę przynajmniej zniesmaczonego, aby uniknąć posądzenia o patologiczną emocjonalną oziębłość i brak empatii.

Być może taki choćby Edward Lee dawno temu do perfekcji doprowadził zasadniczy element swojego pisarskiego rzemiosła, jakim przez lata stał się koktajl ohydy, brutalności i wynaturzenia. Być może, a wiele na to wskazuje chociażby dorobek literacki składający się z 40 powieści autor ten z premedytacją i rzemieślniczą precyzją posługuje się tego typu estetyką przez lata wycyzelowawszy ją do perfekcji. Wciąż jednak nachalnie nasuwa mi się przypuszczenie, że nieustanne szlifowanie warsztatu opartego w lwiej części na dążeniu do wywołania u czytelników skrętu kiszek lub w najgorszym wypadku oburzenia i poczucia niesmaku może być specyficzną semantyczną grą. I niewykluczone, że właśnie z pewnego rodzaju balansowaniem nad silnie stabuizowaną sferą sensów mamy tu do czynienia.
Co prawda obecnie kultura masowa już z rzadka jest w stanie autentycznie zszokować
i paradoksalnie wydaje się, że w tym celu daremne jest już uciekanie się do ordynarnego epatowania fizjologią. Chyba natężenie ohydy osiągnęło już masę krytyczną, przy której prawdziwą konsternację wywołać można operując na doznaniach estetycznych w sposób nieco bardziej subtelny, niż robią to autorzy dzieł takich jak Nocny pociąg z mięsem, Ludzka stonoga, bądź kolejne odsłony Piły. Oczywiście oprócz uniwersalnych kodów kulturowych
i norm czytelnych dla wszystkich członków danego uniwersum symbolicznego dobranie pewnych kodów – „czynników grozy” – wymaga także skrupulatnego przemyślenia, kto ma być ich odbiorcą. Kapitał kulturowy oraz symboliczny wydają się w tym wypadku kwestią zasadniczą. Zatem określonego odbiorcę zszokować może określony bodziec, a i to może przebiegać na różne sposoby.



Czyż więc nie można przyjąć założenia, że przytaczany już wielokrotnie w tym tekście Edward Lee igra sobie z sensami, daje prztyczka w nos sferze tabu, wyzywająco flirtuje
z marginesem kultury i pogrywa sobie z tym, „co nie przystoi” bądź wręcz z tym, o czym „normalny człowiek nawet nie pomyśli”?

10.10.12















































HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?
HO, Publicystyka - Zwyrodnialstwo, rozbuchane libido czy prztyczek w nos cenzury?

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -