Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Literackie podsumowanie roku 2012

M@rio, Shadock, Paweł Waśkiewicz

Tradycją w naszej redakcji stało się podsumowywanie literackich wydarzeń minionego roku. Aby zadośćuczynić temu sympatycznemu zwyczajowi, zapraszamy Was do lektury rozmowy, którą przeprowadzili nasi eksperci od horroru literackiego. Przeczytajcie, na jakie tytuły warto zwrócić uwagę, czego unikać i co piszczy w grozie słowem pisanej.


M@rio: Kolejny rok za nami, więc możemy bliżej się przyjrzeć literackiej scenie horroru. O ile rok temu, przy okazji podobnego podsumowania, miałem nieodparte wrażenie progresu, jeśli chodzi o pisaną grozę, o tyle 2012 r. postrzegam bardziej w kategoriach statusu quo. Ukazało się parę interesujących książek, ale żadnych przełomów raczej nie było. Chyba, że jako przełom traktować wizytę Edwarda Lee w Polsce, co z pewnością jest wydarzeniem bezprecedensowym.

Shadock: Witajcie! Muszę się z Tobą zgodzić, Mariuszu, ten rok nie należał do najciekawszych dla grozy. Poszedłbym nawet dalej, że doszło do pewnego regresu. Największe nazwiska i ci, których chwaliliśmy bardzo w latach poprzednich, albo milczą, albo zaprezentowali utwory co najmniej średnie. Dość powiedzieć, że w tym roku jeśli chodzi o książki to największe wrażenie zrobiły na mnie nowe wydanie opowiadań Lovecrafta („Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści”) oraz ostatni tom sagi Jarosława Grzędowicza, który horrorem na pewno nie jest. Łukasz Orbitowski „Widmami” też zasadniczo przeszedł do mainstreamu. Krótko mówiąc, dla mnie jest słabo.

Paweł: Poprzednie lata nastrajały optymistycznie, może aż zbyt optymistycznie. Na rynku miały miejsce wielkie objawienia, horror ekstremalny zakradał się powoli pod strzechy, a koniec końców – dostajemy jedną książkę Edwarda Lee, dwie Ketchuma, parę lepszych i gorszych antologii, których akurat nie brakowało na rynku w poprzednich latach, i to właściwie wszystko. Wizyta Lee faktycznie cieszy, ale nie zmieniło to wiele. Powoli wyczerpują się najlepsze pozycje z dorobku Ketchuma, najostrzejszych powieści Lee w dalszym ciągu nikt nie ma odwagi puścić drukiem, zaś nowych nazwisk nie widać. Mnie osobiście cieszy coś zupełnie innego – pojawiły się dwa niezwykle ciekawe czasopisma, a mianowicie „Opowieści niesamowite” i „Coś na progu”. Obydwie inicjatywy bardzo mnie cieszą, zwłaszcza, że również w tym roku upadło słynne „Science Fiction, Fantasy & Horror” – uważam, że ta luka w rynku dla miłośników grozy została skutecznie zapełniona.

M@rio: W minionym roku otrzymaliśmy dwie nowe książki Lee i trzy Ketchuma, z czego szczególnie godna polecenia jest „Kobieta” oraz w nieco mniejszym stopniu, „Golem”. Orbitowski rzeczywiście dobrze odrobił lekcje, choć ja również mam wątpliwości, czy jeszcze rozpatrywać jego prozę przez pryzmat gatunkowy. I mimo że uważam „Widma” za książkę udaną, to moim zdaniem autor ma lepsze dokonania na swoim koncie. Najostrzejszych pozycji Lee raczej nikt nie wyda w Polsce, bo chyba nie ma u nas na to rynku, ale na szczęście w dorobku pisarza wciąż jest wiele znakomitych tytułów, które dla przeciętnego czytelnika z pewnością również będą postrzegane jako te mocne. Tak naprawdę nowe nazwiska tylko czekają, by je wydać. Niestety, logika wydawcy jest nieco inna niż czytelnika. Łatwiej zainwestować w nazwiska znane, które są już obecne na rynku i mieć pewniejszy zysk niż inwestować w autora, o którym w naszym kraju niewiele kto słyszał. Nowe inicjatywy w postaci przywołanych magazynów z pewnością cieszą - miejmy nadzieję, że nie dostaną tak szybko zadyszki, jak „Czachopismo”, czy „Lśnienie”.

Shadock: Również trzymam kciuki za „Coś na progu” i „Opowieści niesamowite”, „Widm” będę bronił właśnie za przełamanie schematów, natomiast Ketchum i Lee znów dostaną za swoje. Bo bardzo przepraszam, ale „Kobieta” to jakieś śmieszne odcinanie kuponów od „Potomstwa”, do tego psujące klimat tamtej powieści, a także „Poza sezonem”. Wyraźnie widać tam odciśniętą rękę Lucky'ego McKee. Strach pomyśleć co będzie gdy panowie zwietrzą biznes i wymyślą część czwartą. Fakt, najbardziej wstrząsające powieści pisarza już się u nas ukazały i nic nie przebije „Jedynego dziecka” i „Dziewczyny z sąsiedztwa”, ale taki „Rudy” wciąż pokazuje ogromną klasę i styl pisarza. Nie samym okrucieństwem człowiek żyje. Czego dowodem jest dodanie do „Rudego” „Prawa do życia”. Zupełnie niepotrzebnie. A Lee? Ani „Golem” ani „Ludzie z Bagien” nie robią żadnego wrażenia. Na kolana rzucił mnie „Pan Kadłubek”. I wciąż wstać nie mogę. W mej przydługiej wypowiedzi zmierzam do tego, że horror na naszym rynku zaczyna się rozwarstwiać w stronę eksperymentów z groteską i bizarro z jednej strony, w romanse z mainstreamem z drugiej, a na dokładkę dochodzi do głosu coraz silniejsza scena ekstremalna będąca wypadkową porno-gore. Boję się, że gdzieś w tym wszystkim gubi się prawdziwa groza.

Paweł: Ja tam „Kobietę” uważam jednak za ciekawy eksperyment, choć lepiej sprawdzający się jako film niż książka. Duet Ketchum i McKee zaś z pewnością biznes już wywęszył, bo opublikowali niedawno minipowieść „I’m not Sam”, która ze wcześniejszą twórczością obydwu panów nie ma jednak nic wspólnego. Na razie jest to utwór wolny od marketingowej zagrywki, która zaszkodziła „Kobiecie” – nie promuje się go równolegle z filmem na jego podstawie. Wracając jednak do tematu, bo zboczyłem z torów: minął już pierwszy zachwyt zarówno Ketchumem, jak i Lee, i choć cieszy, że póki co na rynku ich nie zabraknie. Warto by już teraz myśleć o kolejnych niespodziankach. Czy wydawcy szykują dla nas wielkie odkrycia? Po roku 2012 z pewnością niczego takiego nie widać. Eksperymenty z groteską może i faktycznie są coraz częstsze, ale bizarro jak na razie promuje na poważnie chyba tylko jeden serwis: Niedobre Literki. Co do sceny ekstremalnej, to wciąż podziemie, które nie ma nawet wiele wspólnego z podobnym środowiskiem kwitnącym w USA. Bo jakie utwory tego typu pojawiły się dotąd w naszym kraju oprócz wspomnianego opowiadania „Pan Kadłubek”? Jedynym trendem przywodzącym na myśl horror ekstremalny, jaki zaobserwowałem, jest zwiększona liczba brutalnych opowiadań przysyłanych przez czytelników Horror Online – choć to też może być tylko moja opinia.

M@rio: Dla mnie „Kobieta” to bardzo dobra rzecz, będąca esencją prozy Ketchuma w pigułce. Zza pozornie mocnych treści wyłania się jeszcze mocniejszy dramat społeczny, który przyćmiewa wątek kanibalistyczny. Ja to kupuję i stawiam powieść w czołówce najlepszych książek grozy wydanych w Polsce w 2012 r. Nie mam też wrażenia rozwarstwiania horroru na naszym rynku, bo ten rynek chyba wciąż jest zbyt mały i jeszcze nieugruntowany, żeby wysnuwać tak daleko posunięte wnioski. Romansidła grozy, w moich oczach, to raczej trend, który za jakiś czas zniknie. Bizarro to, póki co, eksperyment bez żadnych poważniejszych inicjatyw wydawniczych, zaś przykłady prawdziwego ekstremum spod znaku porno-gore można policzyć na palcach jednej ręki. Pozytywne w tym wszystkim jest to, że Polacy mają coraz większe możliwości do zapoznania się z różnymi obliczami grozy. Wątpię, czy horror kiedykolwiek uzyska u nas taki status jak np. w Stanach Zjednoczonych, ale oferta rodzimego rynku jest coraz lepsza i daje nadzieję, że może być jeszcze lepiej. Przywołany wcześniej „Pan Kadłubek” Lee to rzecz zupełnie bezkompromisowa, choć podobny motyw znalazłem w innym utworze autora, nieprzetłumaczonym w naszym kraju. Ale jeśli mówimy już o krótkiej formie, to istotnym wydarzeniem jest także polski debiut Carltona Mellicka III, naczelnego przedstawiciela nurtu bizarro, w antologii „13 Ran”. Pytanie, czy znajdzie się na tyle odważny wydawca, by sięgnąć po dłuższe utwory Amerykanina?

Shadock: Bardzo na to liczę. „Uszatek” zrobił na mnie ogromne wrażenie i osobiście był dla mnie najjaśniejszym punktem wspomnianej antologii. I właśnie, antologie. Myślę, że to one najlepiej wypadły w tym roku. Wspomniane „13 ran”, „Najlepsze horrory A.D. 2012” czy sieciowe „Wioska przeklętych” i nasza „Nowa”. Mimo powszechnych, zdawać by się mogło, narzekań, krótka forma ma spore grono zwolenników. I jest w czym przebierać.

Paweł: Do zachwytów nad „Uszatkiem” mogę się tylko przyłączyć. Antologii faktycznie nie brakowało, choć dla mnie osobiście objawień również i na tym polu nie było. Acz do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jak spisali się czytelnicy Horror Online, tworząc teksty do „Nowej”. Zarówno ona jak i „Wioska przeklętych” to ciekawa odmiana nurtu niezależnego, który być może w najbliższych latach rozwinie się w coś naprawdę wyjątkowego. Jak widać ludzi chcących pisać horror nie brakuje, a wśród nich znajdą się i tacy o niebagatelnych umiejętnościach.

M@rio: Ja w ogóle ma wrażenie, że miniony rok upłynął pod znakiem antologii, które z reguły są powodem narzekań wydawców z powodu ich rzekomej nierentowności. Pięć antologii w jednym roku, jak na polski rynek, to dużo. „Nową”, wydaną pod skrzydłami Horror Online, uważam za spory sukces serwisu, a liczba ponad 5 tys. pobrań jest bardzo przyzwoitym wynikiem. Myślę, że niejeden autor grozy chciałby sprzedawać w Polsce swoje książki w takim nakładzie.

Shadock: Zasadniczo w Polsce liczba 10 000 to już bestseller, a jak są 3000 to jest dobrze. Ale może użyłeś magicznego słowa klucza. „Sprzedawać”. Okazuje się bowiem, że ludzie chętnie czytają, ale za darmo.

Paweł: Cynicznie pozwolę sobie zauważyć, że ściągnięcia nie są jeszcze równoznaczne z przeczytaniem, a pobranie darmowego pliku z Internetu wydaje się kuszące nawet, jeśli ostatecznie odbiorca po niego nie sięgnie. Mimo wszystko 5 tysięcy pobrań jak na darmową i – z punktu widzenia czytelnika – niesprawdzoną antologię to całkiem niezły wynik. Tym bardziej uważam, że taka forma wydawnicza może w przyszłości pomóc rozpowszechnieniu literatury grozy.

M@rio: Tak, Pawle, ale to samo dotyczy sytuacji z tradycyjnym nabywaniem książki. To, że ktoś zakupi egzemplarz, wcale nie oznacza, że go przeczyta. Wracając jednak do naszej dyskusji, chciałbym Was zapytać o największe niespodzianki minionego roku. Były w ogóle takowe?

Shadock: Poza odkryciem na nowo Lovecrafta dzięki genialnemu tłumaczeniu nic mnie nie zaskoczyło. Zaintrygował mnie debiut Krzysztofa Spadło, nadrobiłem nieco zaległości. Niespodzianką nie był również „Dybuk” Marka Świerczka. Oczekiwałem znakomitej książki grozy osadzonej w realiach historycznych i taką dostałem. Zwróćcie uwagę na tego autora, jeszcze będzie o nim głośno. Ale jak mówiłem, spodziewałem się tego już po świetnej „Bestii”. Zaskoczeń więc brak.

Paweł: Śmiem twierdzić, że jak ktoś przeznacza około trzydziestu złotych na książkę, to zwykle nie po to, żeby odstawić ją na półkę, ale mogę się mylić. Co do niespodzianek: również cieszę się z nowego wydania Lovecrafta. Poza tym i wspomnianymi przeze mnie czasopismami raczej nic mnie nie zaskoczyło. Z drugiej strony, nic mnie też chyba skrajnie nie zniesmaczyło.

M@rio: No właśnie, ja mam w zasadzie podobne odczucia, przynajmniej jeśli chodzi o polski rynek. Chociaż… moment. Jest w sumie jedna rzecz, która mnie odrobinę zaskoczyła. Mianowicie, wydanie kolekcjonerskie „Sukkuba” Edwarda Lee, które pojawiło się nagle i niespodziewanie, niczym diabeł z pudełka. Posunięcie wydawnictwa Replika było tyleż samo odważne, co ryzykowne. Wiadomo, że nie ma u nas tradycji wypuszczania na rynek wydań limitowanych, tak jak np. w Stanach Zjednoczonych, ale ruch ten oceniam jako pionierski w kontekście rodzimych inicjatyw wydawniczych literatury grozy.

Shadock: Faktycznie, zabieg intrygujący, oby zwiastował jakąś większą zmianę, a nie tylko polconowy wybryk zmyślnej Repliki. Skoro tak ten Lee się przewija... Myślicie, że horror ekstremalny ma w ogóle szanse w Polsce? Sami zauważyliście, że wydaje się Ketchuma, wspomnianego Edwarda, ale tak jakoś coraz łagodniejsze rzeczy. Everson jest przez większość nie rozumiany. Powiem szczerze, że mimo wielu głosów zachęty i oczekiwania, wątpię byśmy mogli prędko zobaczyć polskie wydania Laymona, McKeenziego, Briana Smitha czy J.F.Gonzalesa.

Paweł: Limitowany „Sukkub” na Polconie się nie sprzedał, a mimo niskiego nakładu nawet teraz widuję go na półkach Empików. Jakkolwiek inicjatywę uważam za cudowną, nie sądzę, żeby w najbliższym czasie czekała nas rewolucja na tym polu… Chyba, że Replika ma w zanadrzu nowy, lepszy plan. Co do horroru ekstremalnego: wydaje mi się, że absolutnie nie ma szans na poszerzenie oferty polskiego rynku do takich autorów. Smith, Gonzalez, czy nawet Brian Keene (który pojawił się co prawda gościnnie) chyba zwyczajnie nie znajdą zbyt wielu nabywców w naszym kraju. Co do Laymona zaś – odnoszę wrażenie, że jego twórczość mogła się już za bardzo zestarzeć, by po tylu latach z łatwością zdobyć nowych odbiorców.

M@rio: Ja myślę, że horror ekstremalny ma w Polsce szanse, zwłaszcza ten w nieco ambitniejszym wydaniu (jakkolwiek by to nie zabrzmiało). W przypadku Ketchuma najważniejsze i najmocniejsze rzeczy zostały już wydane, więc wydawcy nie mają tutaj dużego pola manewru. Jeśli zaś chodzi o Lee, to tutaj jest więcej możliwości. Na największe shockery pisarza nie liczę, ale rzeczy utrzymane w podobnym tonie, co „Sukkub” uważam za całkowicie realne. McKenziemu i Gonzalesowi nie daję dużych szans, bo ten pierwszy ciągle pracuje nad swoją marką za Oceanem, a skromna objętość jego utworów w polskich warunkach może działać zniechęcająco na wydawców. Gonzales może natomiast być postrzegany w kategoriach „zbyt mocnego” dla przeciętnego czytelnika. Jeżeli zatem miałbym obstawiać, to chyba więcej szans dałbym Keene’owi, Laymonowi, czy Smithowi, co nie znaczy że ich prozę cenię wyżej, bo jest wręcz odwrotnie. Na nowe nazwiska potrzeba czasu i argumentów w postaci statystyk sprzedaży. Póki co, to jesteśmy na etapie zachłystywania się twórczością Ketchuma, czy Lee, co oceniam w kategoriach jak najbardziej pozytywnych, bo jeszcze kilka lat temu chyba nikt nie wierzył, że doczeka czasów wydania książek obu panów po polsku. Pierwszy krok został zatem zrobiony. Machina rynkowa nie działa jednak tak szybko, jakbyśmy sobie tego życzyli, zwłaszcza w przypadku małych i średnich wydawnictw, które czasem miesiącami muszą czekać na pieniądze ze sprzedaży. Ja jednak jestem dobrej myśli, apelując w tym miejscu do samych czytelników: to w dużej mierze Wy macie wpływ na kondycję literatury grozy w naszym kraju!

Shadock: Właśnie. Krótko mówiąc, czytelnicy, wspierajcie horror! Bardzo liczę na niektóre zmiany. I spodziewam się, Mariuszu, że może coś jednak się ruszy w sprawie co niektórych autorów. Ale wracając do tematu naszej rozmowy. Skoro zaskoczeń nie było, to może jakieś szczególne rozczarowania?

Paweł: Jedynym poważnym rozczarowaniem było dla mnie „Prawo do życia” Ketchuma. Po tym autorze oczekuję jednak znacznie więcej. Jednak zostało ono umieszczone w jednym tomie z „Rudym”, a przez to książki jako całości nie mogę nikomu odradzić. Mógłbym rozczarowaniem roku nazwać „Zajazd” Sebastiana Kossaka, który był chyba najsłabszym horrorem czytanym przeze mnie w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, a może i dłużej. Tylko że trudno zawieść się na czymś, od czego nie wymagało się wiele więcej niż zwykłej przyzwoitości – nawet jeśli w końcu jej nie dostałem, nie było po czym płakać.

M@rio: U mnie większych rozczarowań w tym roku nie było. Nieco się zawiodłem na „Ludziach z bagien” Edwarda Lee, choć to może za duże słowo. Po genialnym „Sukkubie”, odniosłem wrażenie lekkiego obniżenia poprzeczki, a przecież „Creekers” wszędzie wokół typuje się jako jedną z ciekawszych książek autora. W moim prywatnym rankingu lepiej wypada już „Golem”, który chyba pozostał powieścią trochę niedocenioną. Co do „Prawa do życia”, to mam zupełnie inne odczucia, ale zastrzegam, że czytałem to kilka lat temu i to w oryginale przy okazji „Old Flames”.

Shadock: Czepiacie się ciągle tego Lee i Ketchuma. „Rudy” podobał mnie się bardzo, „Prawo do życia” to średniak. Jak już mówiłem, mnie zawiodła „Kobieta” i to dokładnie z tych powodów, z których podoba się Tobie, Mariuszu. Obawiam się, że to co było brutalnym horrorem w „Poza sezonem” zmierza do jakiejś dziwnej psychologizacji kanibali, których jak widać nic nie może zniszczyć, a oni sami wkrótce okażą się wspanialsi od zwykłych ludzi. Nie chcę spojlerować, to temat na osobną debatę. Fakt jednak, że finał był naprawdę rewelacyjny i mocny. To jednak nie rozczarowanie, a jedynie spadek formy. O polskich pisarzach w tym kraju się źle nie mówi, bo to jak rzucanie odchodami w wentylator, więc narzekać na co niektórych nie będę. Rozczarowała mnie jednak niewielka ilość nowych rzeczy uznanych autorów (na przykład rosnący w siłę Dawid Kain) i książek specjalistycznych. Po poprzednich latach sytych poczułem głód.

Paweł: Każdy musi kiedyś zrobić sobie wakacje, toteż nie wińmy autorów o zrobienie sobie roku przerwy. Nie wszyscy z czytelników być może zdają sobie sprawę, że w Polsce bardzo trudno jest zarobić na pisaniu – dlatego pozwólmy tym pisarzom powrócić w dogodnym dla nich momencie. Za to popisał się Stefan Darda, wydając kolejny tom „Słonecznej Doliny”, którego niestety nie miałem jeszcze okazji przeczytać. Może jesteście w stanie powiedzieć coś na jego temat? Jakby nie patrzeć, Darda rok w rok nominowany jest do Zajdla – tym razem może być podobnie.

M@rio: Moja ogólna refleksja na temat Stefana Dardy, skądinąd bardzo sympatycznego i skromnego człowieka, jest taka, że jego osoba mogłaby posłużyć za wdzięczne studium przypadku dla socjologów i badaczy rynku. Stefan konsekwentnie odwiedza małe miejscowości, których nazwy przeciętnemu Polakowi nic nie powiedzą, gości w gminnych bibliotekach, chodzi na spotkania autorskie i chętnie zjawia się na konwentach. Co ciekawe, jego proza nie jest czytana wyłącznie przez ludzi młodych (to główni odbiorcy horrorów na całym świecie), ale także przez czytelników w nieco starszym wieku, co w polskich warunkach jest raczej niecodziennym zjawiskiem Mam wrażenie, że przez te kilka lat, Stefan stał się bardzo znaczącą postacią na literackiej mapie kraju. I mimo że często nie wymienia się jego nazwiska w pierwszej kolejności, gdy pojawia się temat polskiej grozy, to nie mam wątpliwości, że jest istotnym graczem na tym polu. Co więcej, udało mu się zrobić to, czego chyba nie udało się nikomu innemu z polskich pisarzy horroru – Stefan zbudował wokół swojej twórczości prawdziwą społeczność fanowską, co samo w sobie jest poważnym atutem autora. Co do jego najnowszej książki, to ledwie ją zacząłem, więc na razie nie pokuszę się o żadne sądy.

Shadock: Ja również powstrzymam się na tę chwilę od osądów, niestety, trzeci tom Słonecznej Doliny czeka w kolejce na przeczytanie. Pan Stefan Darda istotnie jest niezwykłym pisarzem na naszym rynku, co w gruncie rzeczy bardzo mnie cieszy, świadczy bowiem o różnorodności naszej sceny. Biorąc pod uwagę, że nie jest ona wcale jakoś szczególnie duża, mamy bardzo dużo nisz i przedstawicieli różnych odmian gatunkowych. Pan Darda reprezentuje grozę w wydaniu bardziej klasycznym, bliższym gawędy, opowieści niesamowitej, niż rasowego horroru. Nic dziwnego, że większości czytelników chowanych na Mastertonie i Kingu ona nie odpowiada. Ja akurat tego typu historie lubię i cenię, jednak opowiadanie zawarte w „13 ranach” pozostawiło po sobie pewien niedosyt.

Paweł: Pozycja Stefana Dardy na rynku jest bez wątpienia zasłużona. Skoro zaś już mowa o „13 ranach” – cała ta antologia zostawiła we mnie swego rodzaju poczucie niedosytu, choć nie mogę powiedzieć, by nie była godna uwagi. Jakby nie patrzeć, wydawca poważył się nie tylko na wprowadzenie na rynek wspomnianego już Carltona Mellicka III, ale także opublikowanie jednego z ostrzejszych opowiadań Edwarda Lee. Z polskich autorów, którzy trafili do antologii najbardziej fascynuje mnie Rob Kayman. Może jestem niedoinformowany, ale ów jegomość stanowi dla mnie niemałą zagadkę – czyżby kolejny młody pisarz próbował przebić się na rynek?

M@rio: Jeśli chodzi o „13 ran”, to mam podobne odczucia do Twoich, Pawle. Ale myślę sobie, że taki już urok antologii. Zmajstrowanie porządnej antologii to rzecz niezwykle trudna. Nie insynuuję tutaj, że „13 ran” nie jest porządna, bo nazwiska autorów są całkiem dużego kalibru, lecz w krótkiej formie nie ma pewniaków. Sama antologia chyba powinna trafić w gusta czytelników, ale podobnie, jak i Ty, też czułem na końcu mały niedosyt. Co do Roba Kaymana to obstawiam, że to pisarskie alter ego. Czyje? Mam jakieś podejrzenia, ale na razie nie będę się nimi dzielił publicznie.

Shadock: Na temat tej akurat antologii nie mogę się wypowiedzieć szczegółowo i obiektywnie, bo sam brałem w niej udział. Do tego uważam bezczelnie swój tekst za jeden z lepszych ze zbioru. A co do Roba Kaymana. Pawle, gdyby to był młody (stażem) pisarz nie zaistniałby w tej antologii. Kim jest to chyba nie trudno odgadnąć. Komentować zaś na pewno nie będę.

Paweł: Zagadkę Roba Kaymana zdążyłem po cichu rozwikłać na własną rękę. Faktycznie nie było to takie trudne. ;) Natomiast co do młodych stażem pisarzy – jestem w stanie uwierzyć w wiele. A może to tylko pobożne życzenia, bo na rynku przebić jest się trudniej niż głową przez mur, a tak przynajmniej twierdzą niektórzy. Zmierzając do zakończenia: gdybyście mieli podsumować ten rok w jednym zdaniu, jak by ono brzmiało?

M@rio: Nie jest źle, ale może być lepiej.

Shadock: Osiągnęliśmy stagnację, czas na większy zryw.

Paweł: Ja zaś powiedziałbym: wszystko pięknie, ale chcemy więcej!



HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2012

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -