Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Literackie podsumowanie roku 2013

M@rio, Shadock, Paweł Waśkiewicz

Jak co roku, postanowiliśmy podsumować literackie wydarzenia ostatnich dwunastu miesięcy. Zapraszamy do lektury dyskusji, którą przeprowadzili nasi redaktorzy, zajmujący się literaturą grozy: Mariusz Juszczyk, Łukasz Radecki i Paweł Waśkiewicz.


M@rio: Kolejny rok za nami i podobnie, jak w przypadku jego poprzedników, mam wrażenie, że ostatnie 12 miesięcy było całkiem pomyślne dla rodzimego rynku grozy. Co prawda Polska horrorem jeszcze nie stoi, lecz gatunek zaczyna coraz śmielej rozpychać się łokciami – o co w gruncie rzeczy przecież chodzi. Jak oceniacie 2013 r. pod kątem literackim? To był dobry czas dla horroru w Polsce, czy może wręcz przeciwnie?

Shadock: Witajcie! Zdecydowanie możemy mówić o tendencji zwyżkowej. O ile w poprzednim roku narzekaliśmy na posuchę, teraz wyraźnie coś drgnęło. Wysypało się autorów, inicjatyw, pomysłów, zamęt się zrobił niemały. A co najważniejsze, nie zabrakło w tym wszystkim dobrych pozycji literackich. Dla horroru był to niewątpliwie wspaniały rok.

Paweł Waśkiewicz: W pierwszej chwili kiedy myślę o roku 2013 trudno mi sobie przypomnieć, bym poczynił jakiekolwiek większe odkrycie jeśli chodzi o literaturę grozy. Nie było chyba objawień na miarę pierwszych publikacji Ketchuma i Lee. Shadock ma natomiast bez wątpienia rację, jeśli chodzi o wysyp inicjatyw – było ich sporo, i mówię tu zarówno o wszelakich antologiach (papierowych i elektronicznych), jak i o kontrowersyjnej Nagrodzie Grabińskiego.

M@rio: Nie tylko inicjatyw fanowskich i antologii było sporo, ale też samych powieści. Jakby tego było mało, ponownie odwiedzili Polskę Edward Lee i Graham Masterton. W tym roku naprawdę było w czym wybierać, jeśli chodzi o tytuły grozy. Oczywiście nie wszystkie rzeczy spełniły oczekiwania, ale spokojnie można by wymienić kilka naprawdę mocnych pozycji, które poleciłbym dalej bez zająknięcia. Co więcej, mogliśmy (i możemy dalej) oglądać ciekawą próbę odnalezienia się horroru na dynamicznie rozwijającym się rynku książek elektronicznych. I nie mam tu jedynie na myśli oddolnych inicjatyw fanowskich w rodzaju „Gorefikacji” czy „Zombiefilii”, ale też tytuły zupełnie mainstreamowe w rodzaju „W wysokiej trawie” Kinga i Hilla, czy „Twarz w tłumie” Kinga i O'Nana, które ukazały się jedynie w formie ebooka i audiobooka dzięki Albatrosowi. To był naprawdę bardzo dynamiczny rok.

Shadock: Rzeczywiście. Był to też rok bardzo zaskakujący, dla mnie przynajmniej. Horror ukazał bowiem przeróżne oblicza. I nie mówię tu tylko o silniejszym zaistnieniu w głównym nurcie, czy fakcie, że znalazło się całe mrowie młodych, gniewnych pisarzy, którzy postanowili pisać horror, walczyć o horror i wierzyć w horror. Polska scena horrorowa pokazała, że istnieje (co w poprzednich latach nie było tak oczywiste dla większości), ale także że jest skłócona i podzielona bardziej niż szlachta na obradach Sejmu Wielkiego. Nie było to dla mnie miłe odkrycie.

Paweł Waśkiewicz: Dla mnie największym odkryciem jeśli chodzi o rodzimy horror było bez wątpienia czasopismo „Horror Masakra”. Jego redaktor naczelny, jak również jeden z założycieli wydawnictwa o tej samej nazwie, to pisarz-amator i człowiek o godnym podziwu uporze. Tomasz Siwiec, bo o nim mowa, jest prawdopodobnie jedną z najbardziej aktywnych postaci w środowisku grozy. Życzę tej fanowskiej inicjatywie wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że nie zatrzymają się w miejscu. Tak jak mówi Shadock, w polskim horrorze coś się zmieniło ostatnimi czasy, i dla mnie właśnie „Horror Masakra”, a także kiełkujące szybko e-bookowe antologie były tego najwyraźniejszym sygnałem.

M@rio: Jak słusznie zauważyłeś, Łukaszu, rodzima scena horroru dała o sobie znać, a w zasadzie pokazała nowy, wcześniej raczej nieznany, oddolny ruch fanowski, mający aspiracje literackie. „Horror Masakra” to właśnie przykład takiej oddolnej inicjatywy, której też mocno kibicuję, podobnie jak wspomniane wcześniej e-antologie.
Mam nadzieję, że nowe nazwiska przełożą się na nowy zastrzyk energii dla całego polskiego horroru. Z mojego punktu widzenia, fanowski ruch grozy dopiero jest na początku swej drogi i na prawdziwy fandom horroru przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Nie wydaje mi się natomiast, żeby istniały też jakieś szczególne podziały na tzw. scenie horroru. To bardziej rodzaj kreacji pojedynczych osób i próba wypromowania się na sytuacjach pozornie konfliktowych. Mnie w tym roku pozytywnie zaskoczyła postawa wydawnictwa Zysk i S-ka, które uściskało się z gatunkiem horroru i wypuściło kilka interesujących tytułów. Wydarzeniem niemalże historycznym było także wydanie przez Papierowy Księżyc absolutnie kultowej powieści Roberta McCammona, „Łabędzi Śpiew”.

Shadock: Dokładnie, to wspaniałe wydarzenie, świadczące o popularności gatunku u nas, ale i o otwarciu polityki Papierowego Księżyca, któremu kibicujemy chyba wszyscy od początku. Co do fandomu. Mam nadzieję, Mariuszu, że masz rację z tymi pojedynczymi osobami kreującymi i promującymi się na innych. Ja najpierw ucieszyłem się, że wreszcie w kraju, jak mówisz, dała o sobie znać scena, później trochę się zmartwiłem, że scena promuje raczej siebie samą niż horror de facto. Liczę jednak, że czas okaże się sprawiedliwy oddzielając sezonowych krzykaczy od istotnych, młodych i obiecujących autorów. Niemniej cieszę się bardzo z fanowskich inicjatyw, rosnącego podziemia, tak samo jak z faktu, że horror wypływa na szerokie wody. Łukasz Orbitowski pozamiatał „Szczęśliwą ziemią”, jednocześnie pokazując, że z grozą to już co najwyżej romansuje, ale bezprecedensowym wydarzeniem jest Literacka Nagroda Nike dla Joanny Bator „Ciemno, prawie noc”. Książki, która umknęła nam w roku 2012 nie tylko w zestawieniu, ale i w uwadze w ogóle, a dopiero nagroda zwróciła moją uwagę i pokazały, że i w mainstreamie horror radzi sobie bardzo dobrze, ba, bywa nawet bardziej przerażający niż dzieła innych rodzimych twórców od lat „ożenionych” z gatunkiem.

Paweł Waśkiewicz: Muszę zgodzić się w stu procentach z Mariuszem. Fandom rodzi się w bólach, ale dobrą wieścią jest fakt, że w ogóle powstał jakiś ruch w temacie. O podziałach chyba faktycznie ciężko mówić, bo nikt w polskim środowisku fanów grozy (poza nielicznymi wyjątkami) nie podjął dialogu na temat różnic poglądowych. Zastanawiam się natomiast, czy wszystko to nie zdąża w prostej linii do przesycenia rynku. Co sądzicie? Ile jeszcze darmowych antologii i projektów fanowskich jest w stanie przyswoić czytelnik?

M@rio: „Szczęśliwa ziemia” Orbitowskiego to rzeczywiście bardzo dobra i dojrzała proza. Niemniej jednak trudno rozpatrywać ją w kategoriach horroru, podobnie zresztą jak obecną twórczość jej autora. Za to „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator ma już z grozą zdecydowanie więcej wspólnego i jak dla mnie, jest to jedna z najciekawszych rodzimych powieści gatunkowych ostatnich lat. Kto jeszcze nie czytał, niech czym prędzej nadrabia zaległości, bo to wspaniała i jednocześnie niezwykle klimatyczna książka! Wracając jednak do kwestii, którą poruszyłeś, Pawle, nie wydaje mi się, żebyśmy na tym etapie mogli mówić o przesyceniu rynku. Po pierwsze dlatego, że tych inicjatyw jest na razie za mało, żeby w jakiś sposób mogły zaburzyć rynkowe trendy, a po drugie, skierowane są one do specyficznego segmentu. Rynek książek grozy jest u nas dopiero na początku swej drogi , zaś tworzenie się mikrorynków, czyli tzw. nisz jest naturalnym procesem w jego rozwoju. Zabrzmi to nieskromnie, ale Czytelników podobnych do nas, którzy czytają każdy nowy horror, jest naprawdę garstka. Więcej pojawiających się tytułów to większa konkurencja, a to zawsze wymusza dbałość o lepszą jakość.

Shadock: Darmowe antologie prędzej czy później się przejedzą jeśli będą oferowały ten sam zestaw nazwisk. A tak się, niestety, w większości przypadków dzieje, doczekaliśmy się także „oficjalnych” i „profesjonalnych” e-pisarzy. Z Pawłem swego czasu obgadaliśmy prywatnie to zjawisko i doszliśmy do wniosku, że horror po poprzednim marazmie, na jaki narzekaliśmy w zeszłym roku, nagle zerwał się ostro do... No właśnie, dokąd? Co poza wspomnianym Nike dla „Ciemno, prawie noc”, „Szczęśliwą ziemią” i „Horror Masakrą” przykuło Waszą uwagę? Nie można było nie zauważyć Tomasza Czarnego i dowodzonych przez niego „Gorefikacji”, absolutnym hitem stała się zaskakująco „Zombiefilia” bijąc wszelkie rekordy popularności, sporo zamieszania wywołał też King pisząc drugą część „Lśnienia”, czyli „Doktor Sen”, który dla mnie okazał się dużo słabszy niż nastrojowy, acz delikatny „Joyland”.

Paweł Waśkiewicz: Ja akurat byłem bardzo pozytywnie zaskoczony "Doktorem Snem". King porwał się tutaj na coś bardzo ambitnego, choć był praktycznie skazany na porażkę − sprostanie oczekiwaniom w przypadku kontynuacji powieści, która uważana jest za kamień milowy w dziejach gatunku, to nie byle co. "Doktor Sen" nie miał prawa dorównać oryginałowi − i nie dorównał. Ale trzeźwo patrząc, moim zdaniem okazał się bardzo solidną powieścią, tętniącą akcją i nie tak po kingowsku sentymentalną jak "Joyland". Chociaż obie książki mi się podobały, "Doktora" uważam za większe osiągnięcie − chociażby dlatego, że trzeba wielkich jaj, żeby w taki sposób zmierzyć się z własną legendą i wyjść z tego z tarczą, a nie na tarczy.

M@rio: Poza wspomnianymi rzeczami, bardzo fajny prezent fanom gatunku zrobiło też wydawnictwo SQN, wypuszczając książkę „Alfred Hitchcock. Niesamowita historia Psychozy”, pozycję utrzymaną w reportażowym tonie, która pozwala niemalże cofnąć się w czasie i wcielić się w niemego uczestnika wydarzeń przełomu 1959 i 1960 roku, kiedy to trzasnął pierwszy klaps na planie „Psychozy”. Druga książka, która zasługuje na uznanie w środowisku fanowskim, również wydana przez SQN, to „Koszmary i fantazje. Listy i eseje”, która jest zbiorem listów, esejów oraz próbek prozatorskich H.P. Lovecrafta. Oba tytuły uważam za niezwykłe cenne, tym bardziej, że nieczęsto takie pozycje trafiają na nasz rynek. Co do „Doktora Sen” Kinga to jak dla mnie, jest to bardzo dobra i dojrzała powieść z niesamowitymi bohaterami i mająca w sobie coś z najlepszych dokonań tego autora. Spokojnie wytrzymuje próbę porównania z „Lśnieniem”, a zaryzykuję nawet stwierdzenie, że wypada lepiej. „Joyland”, choć też niezły, to jednak jest to taki King w pigułce. Myślę, że znacznie mocniej można posmakować talentu pisarza we wspomnianym „Doktorze Sen”.

Shadock: Co kto lubi ;) Ale wyjaśnijmy dla jasności. Mnie się „Doktor Sen” podoba. Bardzo nawet. Ale wolę jednak Kinga właśnie takiego pigułkowatego, jak w „Joyland” właśnie. No i właśnie bardziej sentymentalnego. A „Doktor Sen”, dla mnie zamiast Danny'ego mógł tam być dowolny bohater, więc naciąganie tego jako sequel „Lśnienia” jest tylko mistrzowskim chwytem marketingowym. Ale do rzeczy. „Koszmary i fantazje. Listy i eseje” Lovecrafta to kolejna perełka na rynku, rzecz obowiązkowa dla fanów Samotnika z Providence. Mam ogromną nadzieję, że Mateusz Kopacz i Wydawnictwo SQN pociągną sprawę dalej i doczekamy się kolejnych odsłon. Polski rynek zaś przesłonili dla mnie Orbitowski i Bator, choć pojawiło się kilku ciekawych debiutantów jak choćby Carla Mori, czy starych wyjadaczy jak Kazek Kyrcz, który niszowo zadebiutował solową powieścią.

Paweł Waśkiewicz: Powieść Kyrcza to dla mnie jedna z ciekawszych polskich książek grozy tego roku, jeśli nie zdecydowany numer jeden. Przyznaję się bez bicia, że dawnymi czasy jego twórczość do mnie nie trafiała, jednak koniec końców przekonał mnie do siebie w niezłym stylu. "Podwójna pętla" to kawał dobrej literatury, bardzo "kingowski" w tym sensie, że Kyrcz stawia tu na warstwę realistyczną, element grozy wprowadzając późno i jakby od niechcenia. Ponieważ nie czytałem jeszcze książki Bator, póki co to "Podwójną pętlę" stawiam na swoim prywatnym podium. Teraz słowo o debiucie Carli Mori − choć jej pierwsza powieść daleka jest od ideału, ciekaw jestem, co jeszcze autorka napisze i czy dalej rozwijać się będzie w kierunku literatury grozy.

M@rio: Z rzeczy godnych uwagi, odnotowałbym również „Starą Słaboniową i Spiekładuchy” Joanny Łańcuckiej, klimatyczną prozę czerpiącą całymi garściami z naszej kultury ludowej. Niedawno miałem też okazję przeczytać „Nowego Drapieżnika” Zbigniewa Zborowskiego, któremu co prawda zdecydowanie bliżej do kryminału, to jednak zahacza również o horror. Całkiem przyjemna rozrywka, choć dość ulotna. Mocno też zabłysło w tym roku nazwisko Łukasza Henela. Nieczęsto się bowiem zdarza, żeby gatunkowy debiutant wydał w jednym roku aż dwie powieści. „Szkarłatnego blasku” jeszcze nie czytałem, za to „On” wspominam jako powieść raczej sztampową, senną, z rwanym tempem akcji i zbyt szablonową. Póki więc co, autor niespecjalnie mnie ujął swoją twórczością. Cieszy natomiast fakt, o którym wspomnieliście wcześniej, że weteran grozy, Kazek Kyrcz, w końcu zdecydował się na samodzielną powieść – mam nadzieję, że podziała to na niego motywująco i wkrótce ujrzymy kolejne powieści Kazka.

Paweł Waśkiewicz: Sukces Henela jest dość zastanawiający, bo „On” to faktycznie powieść do bólu przewidywalna. „Szkarłatny blask” jest jeszcze przede mną, ale mam nadzieję, że wywiera lepsze wrażenie. Wbrew temu, czego można było się spodziewać po pierwszych zapowiedziach, Henel chyba raczej nie zagrozi pozycji Stefana Dardy na rynku grozy. Jego twórczość, mimo tego co słyszałem przed lekturą jego debiutanckiej powieści, nawet nie do końca mi Dardę przypomina.

M@rio: Zgadzam się, Pawle. Oczywiście życzę autorowi jak najlepiej, niemniej jednak jeśli będę sięgał po kolejną książkę Henela, to bardziej mimochodem lub z recenzenckiego obowiązku, niż dla przyjemności czy ciekawości. Gdy mówimy o roku 2013, to warto także odnotować taką pozycję, jak „Frankenstein. 100 lat w kinie” Rafała Donicy, rzecz poświęconą ikonie horroru, potworowi Frankensteina. Literatury gatunkowej nigdy za mało, tym bardziej że to solidny i rzeczowy tytuł, choć miejscami niekonsekwentny. To, co jeszcze rzuciło mi się w oczy, patrząc na miniony rok, to dalsze eksploatowanie motywu zombie na fali popularności „The Walking Dead”. Wystarczy wymienić wznowienia „World War Z” i „Zombie survival”, książkowe „Żywe Trupy”, hiszpańską „Apokalipsę Z.”, czy przywoływaną wcześniej „Zombiefilię”. Jestem ciekaw, jak długo ten trend się utrzyma - pewnie wyznacznikiem dalej tu będzie powodzenie „The Walking Dead”.

Shadock: Popularność zombie jest trudna do przecenienia, jednak nie wiązałbym jej tylko z „The Walking Dead”. Prędzej powołałbym się tutaj na słowa Manuela Loureiro, który przypomniał fakt, że magazyn „Time” określił zombie oficjalnymi potworami kryzysu. Zauważył, że żywe trupy pojawiają się zawsze gdy jest kryzys, czy to kubański (lata 60-te), czy naftowy (lata 70-te). Przełom XX-tego i XXI-szego wieku to znów pokłosie globalnych epidemii. Wreszcie – i tu już wniosek ode mnie – pozostałe potwory takie jak wilkołaki, demony, a w szczególności wampiry zostały wyeksploatowane do cna i przesłodzone do mdłości. Z zombie też się to powoli dzieje, ale jeszcze nie popadły w taką wtórność jak powyższe.

Paweł Waśkiewicz: Wydaje mi się, że dni popularności zombie dobiegają końca, ale to potwierdzić będzie można dopiero w następnych latach. Ciekawe natomiast, jak długo utrzyma się samo "The Walking Dead". Póki co komiks nieustannie zachowuje poziom, czego nie można już powiedzieć o serialu, z którym bywa bardzo różnie. Od siebie chciałbym jeszcze wspomnieć o ostatniej książce Joego Hilla, "NOS4A2". Wielka szkoda, że ukaże się w Polsce z opóźnieniem, bo to prawdopodobnie jeden z ciekawszych horrorów ubiegłego roku.

M@rio: Serialowe „The Walking Dead” rzeczywiście ostatnio zniżkuje, czego nie można powiedzieć o komiksie. Co do „NOS4A2”, to lepiej późno niż wcale. Z pewnością będzie to jeden z tematów naszego przyszłorocznego podsumowania. A co sądzicie o „Panach Salem” Roba Zombie i B.K. Evensona? Mam wrażenie, że książka przeszła u nas bez większego echa, a to przecież rasowy i uczciwy horror, który, moim zdaniem, ma więcej do zaoferowania niż film pod tym samym tytułem.

Shadock: Zgadzam się, „Ponowie Salem” jest świetną i niedocenioną w swojej klasie książką. Ale skoro już wspominamy o zagranicznych premierach, to ja zwracam uwagę na „A New Moon on the Water” Morta Castle. Może i jest w tym nieco kumoterstwa, (jednak nie prywaty!) ale więcej by było, jakbym przypomniał o „Wylęgarni” Roberta Cichowlasa, która uważam jest uczciwym podsumowaniem jego dotychczasowej kariery. Jeśli zaś mowa o wydawnictwie Forma, to tam również ukazał się niezwykły „Album” Krzysztofa Maciejewskiego. Szanse na kolejną antologię City jednak wzrastają...

M@rio: To na zakończenie, żeby tradycji stało się zadość, jak byście podsumowali miniony rok w jednym zdaniu?

Shadock: Był to rok wielkich nadziei i rodzących się zmian. Czy nie będą płonne, pokaże rok obecny. Ten oceniam co najmniej dobrze.

Paweł Waśkiewicz: Rok wielkich słów i nielicznych wielkich czynów, w którym na szczęście pojawiło się kilka godnych uwagi pozycji.

M@rio: A dla mnie był to rok grozy undergroundowej oraz udanych publikacji mainstreamowych. Czekam jednak na prawdziwy przełom na rynku polskiego horroru.



HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013
HO, Publicystyka - Literackie podsumowanie roku 2013

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -