Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.

Krzysztof Gonerski

We współczesnym horrorze potencjał straszenia i szokowania widza skupiony został wokół czterech jego najważniejszych źródeł: "żywych trupów", długowłosych zjaw o azjatyckiej urodzie, demonów i najrozmaitszych szatańskich wcieleń oraz seryjnych morderców. I chociaż zabójca to filmowa figura bardziej kojarząca się z filmem kryminalnym (w szerokim ujęciu tego słowa) i thrillerem, to dość szybko okazała się niezwykle przydatna również w straszeniu widzów horrorów. I dość szybka zawładnęła wyobraźnią spragnionej mocnych wrażeń publiczności. Warto przybliżyć historią, rolą i znaczenie tej ikony współczesnego kina grozy.

Przedtem jednak jedno konieczne uściślenie. Określenie "współczesny" zostało użyte w możliwie szerokim znaczeniu, by lepiej zrozumieć rolę i sens wizerunku seryjnego zabójcy, a nie byłoby to możliwe, gdyby ograniczyć się jedynie do zgodnego ze słownikowym brzmieniem wyrazu "współczesność". Stąd też omówione w artykule filmy i zjawiska obejmują okres od rewolucji gore w pierwszej połowie lat 60-tych aż po czasy najnowsze.


Narodziny mordercy

Finałowe sceny skromnego, debiutanckiego filmu Petera Bogadnovicha "Cele" z 1967r. rozgrywają się w kinie drive-in, w którym trwa przegląd filmów Byrona Orloka granego przez Borisa Karloffa, gwiazdora klasycznych hollywoodzkich horrorów z monstrami. Podczas filmowego seansu dochodzi to tragedii: ktoś zaczyna strzelać do zebranych przed ekranem ludzi. Od kul szaleńca ginie najpierw operator, a potem widzowie, którzy nie zdołali się ukryć w ciemności. Jedynym, który nie ulega panice jest właśnie Byron Orlok (tak jak hrabia Orlok z "Nosferatu - symfonia grozy" F.W.Murnaua), który rozbraja snajpera-mordercę.

Nie bez powodu przytoczono opis finału dzieła Bogdanovicha. Ma on bowiem wymowę metaforyczną i można go potraktować za właściwy początek współczesnego oblicza seryjnego mordercy. Symboliczna wymowa dzieła Bogdanovicha polega na zaprezentowaniu dokonującej się w latach 60-tych zmiany w sposobie straszenia filmowego widza. "Bezpieczny strach" znany z "monster movies" tak jak Byron Orlok ,-odchodził do lamusa. Jego miejsce zajmował bezwzględny, nieobliczalny, psychopatyczny morderca. Groza przestała już tkwić w fantastycznych postaciach i zdarzeniach, ale w rzeczywistości, w codziennym, życiu i zwykłych ludziach. Takich jak Bobby Thomson, zabójca z "Cel", który bez wyraźnych motywów, pewnego dnia, morduje całą swą rodzinę, by następnie uzbroiwszy się w karabin snajperski strzelać do przypadkowych przechodniów. Uosobieniem nowego zagrożenia stanie się więc między innymi seryjny zabójca, postać realistyczna, ale przez to jeszcze bardziej przerażająca.

Rzecz jasna, ta rewolucyjna w dziejach gatunku grozy zmiana, miała głębokie uzasadnienie w poza filmowej ówczesnej rzeczywistości.
Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim obowiązujący od 30 lat słynny Kodeks Haysa coraz gorzej spełniał funkcję strażnika filmowej moralności. Anachroniczność i sztuczność jego ograniczeń ( nie wolno było np. używać wulgaryzmów, poruszać tematów mniejszości seksualnych i zaburzeń seksualnych, pokazywać zbyt długich pocałunków, ale też ran, krwi, widoku trupów) sprawiły, że czyniono coraz większe ustępstwa na rzecz naturalizmu przekazu (dzięki czemu ostały się m.in.: scena pod prysznicem z "Psychozy" oraz ujęcia ptaków wydziobujących oczy w "Ptakach"). Gwoździem do trumny dla Kodeksu Haysa okazały się jednak niespodziewane sukcesy kasowe dwóch filmów - "Kto się boi Wirginii Wolf " (1966) Mike Nicholsa i "Parszywej dwunastki" (1967) Roberta Aldricha. Publiczność wypełniając po brzegi kinowe sale wyraźnie dala do zrozumienia, ze ma już dosyć "moralnej poprawności".

Jednak widzowie nie zjawiliby się w kinach, gdyby w połowie lat 60tych nie doszło do znaczących przemian obyczajowo-społecznych. Pojawiły się nowe ruchy kontestującej młodzieży, nowe ideologie, promowanie alternatywnego wobec opartego na tradycji chrześcijańskiej trybu życia. Nie bez znaczenia były też dramatyczne wydarzenia polityczne, które skumulowały się w tym okresie: zamieszki podczas konwencji partii demokratycznej w Chicago w 1968r., zabójstwo prezydenta Johna F.Kennedy`ego w Dallas w 1963r., wojna we Wietnamie, która dzięki telewizyjnym relacjom ukazywała odartą z wszelkiego patosu śmierć amerykańskich żołnierzy i wietnamskich cywilów. Obrazu kryzysu dopełniały: zabójstwo Martina Luthera Kinga, Roberta Kennedy`ego i Malcolma X. Wydarzenia te zanegowały wiarę obywateli w moc państwowych instytucji wzmagając strach i niepewność. Naród amerykański tracił swą "niewinność" i może dlatego łatwiej było o przyzwolenie na estetyczne i etyczne przemiany zmierzające w kierunku hiperbolizacji przemocy czy seksualnego wyzwolenia. Dzięki temu mogły powstać tak odważne filmy jak "Głębokie gardło" (1972) Gerarda Damiano (pierwszy film pornograficzny dopuszczony do kinowej dystrybucji w USA) czy "Noc żywych trupów" (1968) George`a A.Romero.

Rezultatem tych zmian stał się gwałtowny rozkwit małych, niezależnych wytworni filmowych produkujących pospiesznie realizowane, tanie filmy, wolne jednak od cenzuralnych ograniczeń.. Znaczącą rolę odegrała zyskującą coraz większą publiczność telewizja. To z niej zaadaptowane na potrzeby nowej estetyki przemocy takie techniczne środki, jak dynamiczny montaż, transfokator, zwolnione zdjęcia, czy niediegetyczny dźwięk (dźwięk płynący ze źródła mieszczącego się poza postacią lub przedmiotem przynależnym rzeczywistości filmu) oraz squiby, za których pomysłodawcę uważa się Arthura Penna, twórcę "Bonnie i Clyde"

Krwawa uczta gore

Pojawienie się zatem twórcy w rodzaju Hershela Gordona Lewisa było nieuniknioną konsekwencją tych wszystkich czynników. Lewisa uważa się za prekursora gore, krwawej odmiany horroru, której jedną z kanonicznych postaci stał się właśnie seryjny morderca.

Zaszczytny tytuł "ojca chrzestnego gore", zawdzięcza tandetnemu, pełnego warsztatowych niedoróbek i aktorskich pomyłek obrazowi "Blood Feast" (1963) ("Krwawa uczta"). Po raz pierwszy widzowie mogli obejrzeć film, w którym fabuła schodziła na daleki plan, a pierwszoplanowe rolę odgrywały krwawe efekty zrealizowane ze świadomością ich umowności. Powodzenie filmowi Lewisa przyniosło odważne i bezceremonialne przekraczanie cenzuralnych granic (inna sprawa, że dość cyniczne), ale także owa na poły amatorska realizacja, nie udająca, iż to tylko "zabawa w makabrę". Ten nie do końca serio charakter filmu, pozwalający zachować widzowi dystans do przesiąkniętego brutalnością na niespotykaną do tej pory skalę obrazu, zwykło się określać terminem "camp" (od "campus"- teren uniwersytecki). "Camp" był wyrazem postawy ironicznej, najbliższej polskiemu wyrażeniu "zgrywy". W tym sensie naturalizm w pokazywaniu skrajnej przemocy ma posmak anarchistycznej prowokacji, bezczelnego, szczeniackiego pokazywanie języka widowni.

Łatwo sobie wyobrazić jak musiał prezentować się seryjny morderca w filmie utrzymanym w stylistyce "camp". Z pozoru, bohater "krwawej uczty', Faud Ramzes, to gentelmen o gładkich manierach, nieco ekscentryczny, ale niemniej budzący szacunek i zaufanie. W istocie okazuje się szaleńcem, biegającym za ofiarami z długim nożem czy piłą mechaniczną, owładnięty absurdalną ideą wskrzeszenie egipskiej bogini Isthar, którą pragnie powołać do życia z ciał pomordowanych młodych kobiet. Jednocześnie z filmu nie dowiemy się dlaczego Faud stał się fanatycznym wyznawcą kultu egipskiej bogini ani niczego więcej o jego motywach. To nie jest ważne, ważne aby morderca sprawnie i efektownie zabijał jak największą liczbę osób. Ale mamy przecież do czynienia z estetyką "camp", więc nie wymagajmy zbyt wiele.

Charakterystyczna beztroska ignorancja sfery psychologiczno-motywacyjnej zbrodniarza stanie się cechą wielu późniejszych morderców wywodzących się z gore. Punkt ciężkości w opisie postaci zbrodniarza przeniesiony zostanie z psychologii (też często dość ubogiej) na jej fizyczny wymiar - sprawne posługiwanie się narzędziami zbrodni ( w tym tak nietypowymi jak sekator, wiertarka), duża ruchliwość i efektowne sposoby uśmiercania ( ze szczególnym upodobaniem do podrzynania gardła).

Sam "ojciec chrzestny gore" do roku 1972, kiedy zarzucił reżyserowanie filmów, jeszcze kilkukrotnie powracał do obrazów utrzymanych w stylistyce krwawego, nie do końca serio widowiska. W prawie każdym z nich schemat był podobny: szaleniec (lub szaleńcy) mordowali młode piękne kobiety, których ciała miały służyć realizacji absurdalnych planów. Na przykład stworzenia nowego rodzaju farby uzyskiwanej z krwi ofiar - "Color Me Blood Red"(1965), włosów do produkcji peruk - "The Gruesome Twosome"(1967) albo dziwacznych rytuałów - "Two Thousand Maniacs" (1964).

Specyficzna estetyka "camp", choć obecna m.in. w trylogii "Martwe zło" (1981, 1987, 1993) Sama Raimi`ego czy w "Złym smaku" (1987), "Martwicy mózgu" (1992) Petera Jacksona a przede wszystkim w filmach produkowanych w słynącej z kiczu i krwawych efektów wytwórni TROMY, nie zawojowała kina szoku spod znaku gore, a "campowy" morderca nie podbił przerażonych serc miłośników horroru. Cel ten udało się za to osiągnąć, wyrosłej ze stylistyki gore, jego pododmianie zwanej slasherem;

Morderca z piłą mechaniczną

Określenie "slasher" pochodzi od angielskiego słowa "slash', czyli "cięcie", "ciąć", "siekać", "pokrajać" i wydaje się być adekwatnym dla subgatunku gore, do którego się odnosi, pełnego różnego rodzaju ostrych narzędzi. Ten podtyp filmu grozy dość szybko uległ skonwencjonalizowaniu wyznaczając nie tylko schemat fabularny kolejnych slasherowych produkcji , lecz wykreował także określone typy bohaterów oraz sposoby narracji.

Zasadniczym celem slashera jest wywołanie szoku ( w końcu to młodszy brat gore). Temu celowi podporządkowana jest cała fabularno-narracyjna struktura utworu. Fabuła -podobnie jak w obrazach "camp gore" - pełni funkcje drugorzędną. Jest tak skonstruowana, żeby uzasadnić istnienie jak największej ilości scen przemocy. Dlatego tak często pojawia się w slasherach grupa osób (nie bez powodu jest nią przeważnie frywolna młodzież) zamknięta naturalną bariera (np. granicą wyznaczoną przez las) lub granicą sztuczną wyznaczoną przez ściany budynku (np. motelu, szkoły). Zamknięta przestrzeń umożliwia szybkie i liczne ( w zależności od liczebności grupy) eliminacje jej członków, co stanowi zasadniczą część fabuły. Eliminacja to nic innego, jak w możliwie w efektowny sposób pozbawiania życia poszczególnych członków grupy. Ponieważ bohater zbiorowy jest trudnym obiektem do identyfikacji widza z filmowymi postaciami, a ta jest konieczna do wywołania szoku, w finale grupa osób zmniejsza się do jednej osoby - pozytywnego bohatera (najczęściej młodej dziewczyny i - jak pamiętamy to z "Krzyku" Wesa Cravena - dziewicy), która ostatecznie rozprawia się z morderca.

Nas jednak bardziej interesuje sposób prezentacji mordercy w tego rodzaju historiach Choć nie ma, co to tego zgody, pierwszym przedstawicielem tej rasy jest Norman Bates, bohater "Psychozy" (1960) Alfreda Hitchcocka. Pierwowzorem tej postaci jest autentyczny seryjny zabójca, nekrofil, transwestyta i fetyszysta, Ed Gein - najsłynniejszy wielokrotny zbrodniarz lat 50-tych, którego makabryczne czyny i osoba do dziś inspirują filmowców (np. Buffalo Bill z "Milczenia owiec" Jonathana Demme) W "Psychozie" po raz pierwszy też przedstawiono seryjnego zabójcę jaką osobnika o zachwianej psychice, zabijającego na określonym terytorium ( motel i dom Bates`a), a także mordującego w przebraniu, a w szerszym znaczeniu w zamaskowaniu. Z kolei z "Podglądacza" (1960) Michaela Powella slasherowy morderca zapożyczył traumatyczne przeżycia z dzieciństwa motywujące go w dorosłym życiu do zbrodni. Niektórzy jednak nie sięgają aż tak daleko i pierwszeństwo przyznają zabójcy z "Bay of Blood" (1971) Mario Bavy, który na pewno dzierży tytuł pierwszego mordercy odmiany slashera zwanej "camp slasher", czyli obozowego slashera.

Rok 1974 okazał się przełomowy dla tej pododmiany gore za sprawę "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" Tobe Hoopera. Zrobiony za niewielkie pieniądze (około 140 tysięcy dolarów) film okazał się ogromnym przebojem i doczekał się trzech kolejnych części. Lecz tylko "dwójkę" zrealizował jeszcze Tobe Hooper, w 1986 roku (tym razem w konwencji czarnej komedii gore - rodzinka kanibali zajmuje się produkcją chili ). Nieoczekiwanym sukcesem okazał się natomiast remake dzieła Hoopera z 2003r. Niezwykle sugestywnej, gęstej atmosfery wszechobecnego rozkładu i wynaturzenia nie udało się powtórzyć, ale powstał jeden z lepszych horrorów początku nowego wieku.

Ale wróćmy do oryginału. Mimo upływu ponad trzydziestu lat od premiery filmu Hoopera, "Teksańska masakra piłą mechaniczną" pozostaje jednym z najbardziej przerażających obrazów w kategorii niskobudżetowych horrorów (spora część widzów wciąż uważa, że niesławni bohaterowie tego filmu istnieli naprawdę i dopuścili się tych wszystkich okropnych czynów). Zasługa w tym dwóch elementów: "czarnych charakterów" i sposobu opowiadania fabuły.

Do tej pory amerykańska rodzina była ostoją wartości. Zawsze, nawet w najgorszych sytuacjach można było na nią liczyć. Tymczasem ten stereotyp szczęśliwej rodziny w okrutny sposób Hooper wyszydza. Szczególnie w scenie wspólnej kolacji, która w wielu hollywoodzkich filmach zazwyczaj godziła zwaśnionych członków rodziny, przywracając dawny ład i harmonię rodzinnych więzów. Mieszkająca na teksańskim odludziu farmerska familia Sawyerów to banda najbardziej odrażających zwyrodnialców - kanibali i maniakalnych morderców, z których najniebezpieczniejszym okazuje się Leatherface (Skórzana Twarz) posługujący się pilą mechaniczną, bynajmniej nie tylko do ścinania drzew.

Leatherface to modelowy przykład slaherowego mordercy z pierwszej połowy lat 70-tych. Już wygląd budzi uzasadniony lęk: osobnik o potężnych rozmiarach, nie pozostawiający wątpliwości co do jego fizycznej siły, skrywający szpetną twarz, pod upiorną maską z ludzkiej skóry. Co prawda nie widzimy jej szczegółów, ale sądząc po uzębieniu, twarz szaleńca nie jest zbyt urodziwa. Dopełnieniem mordercy jest narzędzie zbrodni: imponujących rozmiarów pila łańcuchowa z charakterystycznym warkotem -sygnałem nadchodzącego zła. Co więcej groza wynika z niezwykle realistycznego potraktowania tej postaci: zabójca jest umysłowo niedorozwinięty, nic wiec zatem dziwnego, ze nie odzywa się i zachowuje się jak automat, wykonując polecenia zdegenerowanej rodziny bez słowa. Do samodzielnego myślenia potrzebna jest choć odrobina inteligencji. Początkowo przeraża jego zwierzęcość, upór z jaką goni ofiarę i rutyna z jak kroi kawałki mięsa (nie trzeba dodawać jakiego pochodzenia). W drugiej części filmu Hooper wprowadza świadomie ton groteski w opisie Skórzanej Twarzy - przyjmuje on rolę "domowej gosposi". Groza wynika zarówno z wiedzy widza o jego nieludzkiej osobowości i czynach oraz z makabrycznego wyglądu - morderca naciągnął na swoją twarz, skórę ściągniętą z jednej z ofiar - ze zderzeniem swojskości i zwykłości krzątającego się w kuchni psychopaty. Mamy również motyw: Sawyerowie uczynili sobie z nieszczęsnych przybyszów źródło pożywienia. Różnice w charakterze postaci "campowego" mordercy z filmów Lewisa i Hoopera są więc aż nadto widoczne.

Sukces "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" szybko znalazł swoich naśladowców. Wystarczy wspomnieć "Wzgórza mają oczy"(1977) Wesa Cravena i "Dom 100 zwłok" (2003), czy goszczące niedawno na naszych ekranach "Bękarty diabła" (2005) - oba filmy autorstwa Roba Zombie. Filmy te, choć znacznie bardziej krwawe i prezentujące bardziej malownicze postaci degeneratów (zwłaszcza w filmach Roba Zombie), nie dorównują jednak oryginałowi.

Zmianę w obliczu seryjnego mordercy o slasherowym, pochodzeniu przyniósł kolejny sławny horror lat 70-tych - "Halloween" (1978) Johna Carpentera.

W postaci szaleńca, Michaela Myers, wyraźnie dostrzec można koncepcje reżysera. Od początku miał on być postacią tylko z pozoru realistyczną: jego biała maska pozbawiająca wszelkich ludzkich cech jego twarz, bezszelestny sposób poruszanie się i pojawiania znikąd, niezrozumiałe morderstwo siostry w dzieciństwie wskazują na jej symboliczny wymiar. Michael Myers to Zło, które nigdy nie umiera (stad osiem części "Halloween"), zło irracjonalne, nie poddające się racjonalnemu osądowi, nieustępliwe i nie dajce się powstrzymać. Dr Loomis, psychiatria badający przypadek Myers`a nie ma wątpliwości : "To czyste zło" mówi.

Carpenter tworzy mordercę, który odzwierciedla ukryte lęki przed wszystkim co jest niezrozumiałe, tajemnicze złowrogie, który przeraża nie szokującą fizycznością i zwyczajami zwyrodnialców ("Teksańska masakra piłą mechaniczną"), lecz nieodgadnioną otchłanią niepojętego zła. A jednocześnie to zło zakorzenione w codziennym życiu, zwyczajne. Nie bez powodu morderca na miejsce swoich zbrodni wybiera małe prowincjonale miasteczko Haddonfield, a spora cześć akcji rozgrywa się w dzień.

Kolejna ewolucja slasherowego zabójcy, to kolejna klasyczna już dziś pozycja kina grozy, pochodzący z 1980r. "Piątek 13tego" Seana S.Cunnighama.

Trudno ten film uznać, za szczególnie oryginalny. Młodzieżowy obóz, na którym giną przebywający tam obozowicze, pojawił się już przecież w "Bay of Blood" Mario Bavy. Pewnym novum jest osoba mordercy: kobieta, choć i pod tym względem wyprzedziło film Cunnigham wiele innych tytułów (choćby pochodzący z 1965 r. film Williama Castle "Kaftan bezpieczeństwa" z Joan Crawford -gwiazdą hollywoodzkiego kina lat 50-tych). Sukces tkwił raczej w sprecyzowaniu odbiorcy tego filmu - młodych ludzi, sprawnie prowadzonej akcji, znakomitych efektach gore Toma Saviniego i zainteresowaniu ze strony dużego dystrybutora - firmy Paramount. A na dodatek efektownie pomyślanej postaci zabójcy, choć dopiero w II części stanie się nim Jason Voorhees i dopiero w III części pojawi się w charakterystycznej masce hokeisty.

Jeśli chodzi o charakter tej postaci, to ulegała ona znamiennej metamorfozie, co zresztą doprowadziło do uczynienia z niej figury groteskowej ( dziewiąta cześć serii -"Jason X" rozgrywająca się w ...kosmosie). W oryginale nawet się nie pojawia, by w każdej kolejnej dziesięciu części coraz bardziej odchodzić od realizmu w jej opisie na rzecz fantastyki. Odchodzenie od w miarę realistycznego przedstawienia Jasona Voorheesa nastąpiło na dobre w VI części -"Jason Lives", w której do życia przywraca go, nie co innego, jak uderzenie pioruna. Skojarzenie z monstrum Frankensteina - jak najbardziej na miejscu. Morderca nie ma już cech ludzkich Przemienia się w potwora, opierającego swoją skuteczność przede wszystkim na beztrosce i bezmyślności ofiar i który jak zły sen nieustannie powraca.

Jason Voorhees to w pewnym sensie połączenie dwóch wcześniejszych słynnych slasherowych zabójców: Leatherface i Michaela Myers`a. Znów postać skonstruowana, tak by możliwie skutecznie szokować widzów: w ruch idzie więc maczeta - zwykle odcinająca głowy, przebijająca na wylot ciała i obficie obryzgująca kamerę, ale tez nóż, harpun, czy nawet gołe ręce. Jednocześnie "odrealnianie" Jasona nadaje mu cech symbolu czystego zła, wciąż na nowo się odradzającego. Motyw zemsty za śmierć matki, Pameli Voorhees (która nota bene w pierwszym "Piątku" mściła się za śmierć syna) dodający odrobiny realizmu tej postaci szybko odszedł w zapomnienie W kolejnych więc częściach śmierć ze strony zabójcy w masce hokeisty czekała na młodych ludzi, bo mieli nieszczęście znaleźć się w nieodpowiednim czasie i nieodpowiednim miejscu

Sukces "Piątku 13 tego" (70 mln zarobionych dolarów przy budżecie wynoszącym 500 tys dolarów) prawie natychmiast przełożył się na zalew "backwood slahserów" czy inaczej zwanych "camp slasherów". Pojawiły się więc "The Burning" (1980), "Sleepaway Camp' (1982r), "Slumber Party Massacre" (1982), "The Cheerleader Massacre" (2003), by wymienić tylko te najbardziej udane. Wszystkie w mniej lub bardziej dosłowny sposób powtarzały schemat fabularny "Piątku 13tego" i kreowały tego samego zamaskowanego zabójcę: najczęściej mszczącego się za krzywdy doznane od innych ludzi.

Lata świetności slashera upłynęły wraz z nastaniem ostatniej dekady ubiegłego wieku. I choć seryjny zabójca wciąż ugania się za seksownymi blondynkami (obecnie najchętniej w offowych produkcjach), lata 90-te należały już do zupełnie innego rodzaju mordercy.

W głąb duszy mordercy

Ale pozostańmy jeszcze w latach 70 i 80-tych. Warto bowiem wspomnieć o jeszcze kilku interesujących postaciach zbrodniarzy z filmów, które nie miały takiego powodzenia u publiczności co "wielka slasherowa trójca", a godne są uwagi ze względu na próbę poszerzenia formuły obrazów z wielokrotnym mordercami o elementy psychologii postaci. Jednym z tych obrazów jest "Silent Night, Deadly Night" Charles`a E. Sellier`a Jr z 1984r. To co wyróżnia, ten utwór spośród innych slasherów, to skoncentrowanie uwagi nie na morderstwach dokonywanych przez szaleńca, lecz na osobie mordercy.

Bill Chapman jest młodym przystojnym sprzedawca ze sklepu z zabawkami, który na skutek traumatycznych przeżyć z dzieciństwa zaczyna mordować ludzi. To co wyzwala żądze mordu w tym nieśmiałym młodzieńcu jest strój ...Świętego Mikołaja. Gdy był dzieckiem dziadek straszył go opowieściami o Świętym Mikołaju. Wkrótce spełniają się one w rzeczywistości: psychopata w przebraniu Św. Mikołaja morduje na oczach Billy`ego jego rodziców. Jako sierota trafia do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne, które przemocą starają się wymazać z pamięci koszmarne przeżycia, osiągając jednak efekt odwrotny - jeszcze bardziej je wzmacniają. Gdy Billy dorasta jest już skończonym materiałem na szaleńca.

Przerażające doświadczenia bohatera "Silent Night, Deadly Night" z dzieciństwa przypominają dzieciństwo większości prawdziwych seryjnych zabójców. Wielu z nich było albo świadkami brutalnych, drastycznych zdarzeń, albo w nich uczestniczyło. "Morderca z Kwasowej Kąpieli" John Haigh, swoje dziecięce lata spędził w czasie II wojny światowej w bombardowanym Londynie. Bomby spadały z "okropnym piskiem, a gdy chwiejnie podnosiłem się, posiniaczony i oszołomiony, czyjaś głowa przyturlała się do moich stóp." Natomiast Albert Fish, i Andrej Czikatiło obwiniali za swoją sadystyczną żądzę krwi przerażające historie z dzieciństwa. Dodaje to niewątpliwie filmowi walorów rzetelnego opisu stawania się seryjnym zbrodniarzem. Trafnie też uchwycono proces 'internalizacji" koszmaru, który rzeczywiście, następuje, ale w sposób zupełnie niezgodny z zamierzeniami wychowawców małego Billy`ego.

Morderca w tym filmie - choć okrutny, a jego zbrodnie krwawe i odrażające, okazuje się ofiarą własnej wypaczonej przez tragiczne wydarzenia i niewłaściwe metody wychowawcze psychiki. Ten sposób przedstawiania mordercy nie jest w kinie rzadkością, chociaż właściwszy jest thrillerom niż filmów grozy ( "M-morderca" (1931) Fritza Langa, "Kolekcjoner" Williama Wylera (1965), "Szał" (1972) Alfreda Hitchcocka, "Czerwony smok (2004)Bretta Rattnera)

We wcześniejszym o cztery lata "Maniacu" William Lustiga mamy do czynienia z podobnym przesunięciem akcentów. Znów od pytania: jak zabija ważniejsze staje się pytanie - dlaczego zabija?

Bohaterem filmu jest Frank Zito, psychopata mordujący i skalpujący kobiety. Postać z pozoru odrażająca, wzbudzająca grozę, ale też nasze potępienie. Tymczasem Lustig przeplatając kolejne makabryczne sceny morderstw prywatnym życiem mordercy niespodziewanie zmienia nasz punkt widzenia na jego osobę. Frank w dzieciństwie był bity i upokarzany przez matkę prostytutkę, a gdy wiele lat później zginęła w wypadku samochodowym, obwiniał się o jej śmierć. Jako dorosły jest już człowiekiem nie do uratowania. Ze zwichniętą psychiką, z samotnością nie do zniesienia, którą zapełnia otaczając się manekinami. Na ich głowy nakłada skalpy ściągnięte z zabitych kobiet, upodobniając je do jedynej kobiety, która kochał i zarazem nienawidził, czyli własnej matki. Zito budzi naszą żałość, a być może nawet współczucie. Uwięziony we własnym szaleństwie, nadaje swoim ponurym zbrodniom znaczenia niemal tragicznego. Nie chodzi w nich o zaspokojenie sadystycznych żądz, ale o rozpaczliwą próbę zagłuszenia samotności.

Realizm tej postaci wzmacnia fakt, że duża cześć prawdziwych seryjnych morderców łączyło z matkami skomplikowane więzy oparte na miłości i nienawiści. Wielu z nich doświadczyło ze strony matek przemocy. Wystarczy podać przykład Henry`ego Lee Lucasa, czy Eda Kempera

Jednak za najambitniejszy przykład "nurtu psychologicznego" w horrorach gore należy uznać "Martina" (1976) George A. Romero, reżysera wsławionego przede wszystkim trylogią o żywej śmierci ("Noc żywych trupów", "Świt żywych trupów" i "Dzień żywych trupów", do której po latach dołączyła "Ziemia żywych trupów").

Film Romero, nie bez powodu, uznawany jest przez wielu za jego największe artystyczne dokonanie. W tym na poły amatorskim obrazie, kręconym na 16 mm kamerze, w prawdziwych wnętrzach, z udziałem aktora-amatora w tytułowej roli, reżyser stworzył realistyczny wizerunek współczesnego wampira. Martin nie posiada długich kłów, nie śpi w trumnie, żyje z dnia na dzień i nie unika światła słonecznego. Wyśmiewa teorie swego kuzyna, który widzi w nim wcielenie Nosferatu. Jest na pozór zwykłym, nieśmiałym młodzieńcem w dżinsach, który odczuwa niepohamowany głód krwi. Uzbrojony w strzykawkę z środkiem odurzającym i żyletki gwałci i morduje podstarzałe kobiety pijąc krew z ich rozciętych żył. Jest figurą odpychającą, ale też niemal tragiczną. Podczas jednej ze scen morderstw ze ścieżki dźwiękowej rozbrzmiewa telefoniczna rozmowa. Martin zwraca się do telefonu zaufania o pomoc, w odpowiedzi słyszy dziarski glos; "Jesteś zdrowy! Jesteś normalny". Puste slogany zamiast prawdziwego pocieszenia i wsparcia. Banalna jest też śmierć młodocianego mordercy - ginie od zadanego przez kuzyna ciosu zaostrzonym kołkiem w pierś, po ciało ląduje na skraju chodnika, na którym "pogromca" wampira - jak każe obyczaj - zasiewa trawę z czosnkiem.

Ponure przesłanie filmu: wizja nieczułego, wypalonego świata, pozbawionego autentyczności, przepełnionego pustką i samotnością. Zagubionym młody człowiek nie znajduje żadnego oparcia, a śmierć jest banalna i bezsensowna wciąż sprawia przygnębiające wrażenie. Tym większe, ze taki świat roztacza się z okien wielu mieszkań, także -polskich.

Giallo znaczy krew

Przegląd najważniejszych i najbardziej interesujących slashrowych morderców nie może się, rzecz jasna, obyć bez kilku uwag poświęconych włoskiej odmianie slashera zwanej "giallo".

"Giallo" po włosku znaczy "żółty". Nazwa pochodzi od wydawanych w miękkiej, żółtej okładce książek będących zbiorem przeróżnych, mrożących krew w żyłach historii wzorowanych na twórczości angielskiego pisarza Edgara Wallace (m.in. "Brama zabójców", "Człowiek o stu obliczach", "Łowca głów") które z czasem zyskały taką popularność, że podobne gatunkowe filmy też tak zaczęto określać). Umownie przyjęto, iż pierwszym filmem giallo był czarno-biały dreszczowiec Mario Bavy "The Evil Eye" (1963)

Swój rozwój giallo zawdzięcza w głównej mierze filmo Dario Argento, najbardziej twórczej i najbardziej znanej postaci włoskiego kina grozy. Jego filmy - "Deep Red" (1975), "Suspiria" (1977), "Tenebre" (1982), "Inferno" (1990) wraz z obrazami inyc h reżyserów: Lucio Fulciego - "Don't Torture a Duckling" (1972), i Lamberta Bavy - "Blade In The Dark" (1983), Sergio Martino - "Torso" (1973) czy Mario Landiego - "Giallo in Venice" (1979) wykreowały nową lokalną odmianę slashera

Znamienne dla giallo są brutalne morderstwa i niepokojące odrealnienie świata rzeczywistego. Schemat fabularny przypomina klasyczne kryminały z zasadniczym pytaniem "kto zabił?" (czasem nazywa się jej "dedektywistycznymi horrorami") Modyfikacja w stosunku do klasycznych historii z detektywem dotyczy kilku elementów: prowadzącego śledztwo, którym jest detektyw-amator, efektownie brutalnych scen morderstw (np. rozszarpanie przez oszalałego psa, oderwanie głowy przez nagle ruszającą windę) oraz postaci mordercy. Zazwyczaj jego osoba owiana jest tajemnicą aż do finału filmu, nierzadko morderców jest kilku, do ich dokonywania motywują ich traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Morderca popełnia zbrodnie w czarnych rękawiczkach i prawie nigdy nie używa broni palnej, a za to chętnie korzysta z noży, nożyc, brzytwy, piłki do metalu i innych ostre narzędzi. Sposób popełniania kolejnych zabójstw różni się między sobą, dlatego trudno jest znaleźć związek pomiędzy nimi. Czasem w sprawę tajemniczych morderstw wplątane zostają siły nadnaturalne uosabiające czyste Zło. Zwłaszcza w filmach Dario Argento motyw irracjonalny pojawia się z wyraźnym upodobaniem ("Suspiria", "Phenomena, "Inferno").

Giallo swój twórczy impet wytraciło na początku lat 90-tych, choć pojedynczy reżyserzy wciąż realizują filmy w stylistyce włoskiego slashera (np. "Sleepless" Dario Argento z 2000r.)

Ekstremalna dziwność i ekstremalna brutalność

Galeria wielokrotnych zbrodniarzy pojawiających się w krwawym horrorze, nie kończy się na slasherowych zabójcach. To także całkiem liczna grupa morderców oryginalnych i to czasem do tego stopnia, że ocierajmy się o absurd kicz.

Ekrany kin zapełniły więc dziwaczne istoty o krwiożerczych instynktach i wyjątkowo dużej skuteczności w uśmiercaniu ludzi: noworodek-mutant z "It`s Alive"(1974) Larry`ego Cohena (nota bene: widać wyraźne pokrewieństwo z innym noworodkiem-zombie, z "Braindead" Petera Jacksona), klaun -morderca dzieci mieszkający w miejskiej kanalizacji ("It" Tommy`ego Lee Wallach z1990r.), seryjny morderca zombie ("Necro Filies" Matta Jaissle z 1998), lalka -zabawka (seria "Child`s Play"), dzieci mordercy (seria "Children of The Corn", "Who Can Kill a Child" Cicho Ibaneza-Serradora z 1976r.), sama śmierć (dylogia "Oszukać przeznaczenie"), pielęgniarki-morderczynie ("Maniac Nurses Find Extasy" Léona Paula De Bruyn z 1990 r.) oraz bodaj najdziwaczniejszy z nich - śniegowy bałwan morderca ("Jack Frost" Michael Cooney`a z 1997). To tylko niektóre przykłady pomysłowości filmowców, ale też wyraz wyczerpującej się formuły krwawego oblicza wielokrotnego zabójcy.

Warto też wspomnieć o jeszcze jednym osobliwym portrecie seryjnego mordercy ( a właściwie morderców, bo jest ich tym razem dwóch). Tym razem jego niecodzienność polega na ekstremalnej dawce przemocy wynikającej ze skrajnego naturalizmu poczynań zbrodniarzy. Fred Vogel w "August Underground" (2002) przedstawia więc morderców jako bestie w ludzkiej skórze. W tym rozedrganym, filmowanym kamerą video obrazie zabójcami są zwyrodnialcy o wyglądzie tak przeciętnym, że az budzącym nasze słuszne podejrzenia. Są w filmie scenki z pobytu na wsi i odwiedziny w muzeum kolejek piko mające nadać tym nieludzkim istotom cech swojskiej zwyczajności. Zamierzony kontrast udaje się: jeszcze mniej niż w "Schrammie" dowiadujemy się o motywach ich postępowaniach. Jesteśmy jedynie świadkami odrażających zbrodni. Zabijają, bo widocznie sprawia im to przyjemność. Reżyserowi udaje się stworzyć jeden z najbardziej szokujących portretów seryjnego mordercy( porównanie ze znacznie mniej brutalnym, ale zrealizowanym w podobnej paradokumentalnej manierze filmie "Człowiek pogryzł psa' wydaje się uzasadnione). Jednak skrajność utworu Vogla działa na jego niekorzyść; mordercy i ich potworne czyny są tak niewiarygodnie brutalne, że stają się groteskowe. Monstrualne Zło, które uosabiają przegrywa w konfrontacji ze złem małym, zwykłym, codziennym. Vogel nie przejął się jednak tym zbytnio, skoro rok po swym dziele, nakręcił jego kontynuację "August Underground`s Mordum" - jałowy exploitation movies epatujący chorą przemocą i wynaturzonym seksem.

Postmodernistyczny Wes Craven

Polowa lat 80-tych, to szczyt popularności krwawego niskobudżetowgo horroru ( a więc nie tylko slasherów). Kiedy w 1979 r. na ekrany amerykańskich kin wchodziły filmy gore reprezentowała je skromna liczba 35 tytułów, by osiem lat później ich liczba wzrosła do 105. Wydawało się, że krwawy horror ( a w tym slasherowy morderca ) ma się dobrze. Jednak niespodziewanie zaczęły pojawiać się filmy, które próbowały niebezpiecznych mariaży z innym gatunkami: z science -fiction (np. "The Thing" Johna Carpentera z 1982r.), z filmem noir ("Harry Angel" Alana Parkera z 1986), z filmem policyjnym ("Henry. Portret seryjnego zabójcy" Johna McNaughtona z 1989), czy z campową komedią gore ("Bad Taste" Petera Jacksona z 1987r.). Filmy te wyraźnie różniły się w sposobie prezentacji filmowych wydarzeń od klasycznego gore spod znaku "Nocy żywych trupów" George A. Romero czy "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" Tobe Hoopera. O ile twórcy ci stawiali na maksymalny realizm, o tyle reżyserzy filmów z lat 80-tych akcentowali dystans i świadomą konwencję. Niewątpliwie było to znak wyczerpywania się gatunkowych konwencji, które próbowano ratować przez zmianę stylistyki i symbiozę z innymi filmowymi gatunkami

Z tego nurt tego wywodzi się jeden z najsłynniejszych współczesnych horrorów - "Koszmar z Ulicy Wiązów" (1984) Wes Cravena. To właśnie zasługą Cravena, niegdyś admiratora "dokumentalnego stylu" horroru ("Ostatni dom na lewo", "Wzgórza mają oczy") stało się wykreowanie nowego rodzaju seryjnego mordercy i nowej, przeobrażonej formuły kina gore. Dokonał tego dzięki Freddy`emu Krueger`owi

Freddy Krueger, bohater "Koszmaru...", jest psychopatycznym mordercą dzieci. Uwolniony z braku dowodów przez sąd, zostaje żywcem spalony przez zdesperowanych mieszkańców miasteczka Springwood. Po latach powraca- zakrada się do snów małoletnich pociech swych oprawców i zabija naprawdę.

Freddy jest jednym z nielicznych filmowych zabójców, którzy mogą się pochwalić własnym życiorysem( i to dość szczegółowym), choć odtworzonym nie chronologicznie na podstawie kolejnych sześciu części pierwszego filmu Cravena. Losy Krugera układają się w tak charakterystyczną biografię, ze gdyby nie sława tej filmowej postaci, można by pomyśleć, że Freddy Krueger istniał naprawdę.

Coż w niej odnajdziemy? Dramatyczne okoliczności przyjścia na świat (jego narodziny były skutkiem zbiorowego gwałtu popełnionego przez pensjonariuszy zakładu dla obłąkanych na zatrudnionej tam młodej zakonnicy), traumatyczne dzieciństwo dziecka adoptowanego przez sutenera, nie cofającego się przed stosowaniem wobec małego chłopca przemocy (dla zabawy nacinał go brzytwa, upuszczając trochę krwi), ucieczka z domu i podpalenie mieszkania ojczyma (z nim w środku), życie młodocianego, drobnego przestępcy, pierwsze konflikty z prawem i pierwsze zabójstwo, które uświadomiło mu jego własny potencjał zła, coraz brutalniejsze fantazje, przeświadczenie, że dzieci w ogóle się do niczego nie nadają (echo utyskiwań ojczyma na jego nieprzydatność), sporządzenie morderczej broni -rękawicy, do której przymocował cztery brzytwy (reminiscencje okaleczeń brzytwą jego ciała przez ojczyma) i coraz większe pogrążanie się w żądzy mordu. W końcu na drodze życia mordercy pojawiło się małe, spokojne miasteczko Springwood, które stało się jego siedzibą. Co było dalej wiemy aż za dobrze.

Niemal każde z tych wydarzeń z bogatego życia Freddy`ego Kruegera ma swój odpowiednik w realnym życiu realnych zabójców. Lecz jego oryginalność wynika nie z realizmu, ale świadomego kreacjonizmu.

W przetłuszczonym kapeluszu, sweterku czarno-bordowe pasy, z twarzą przypominająca pizzę i dłonią zakończoną ostrzami jest istotą zrodzoną w dziecięcej wyobraźni produkującej w ciemnym pokoju, tuż przed zaśnięciem, podobne monstra. Film zresztą początkowo miał być nakręcony z udziałem małoletnich aktorów, lecz wtedy zapewne padłby łupem cenzury, która przyznawszy mu kategorię X (tylko dla dorosłych ) poważnie ograniczyłaby wpływ kasowe z filmu. Mimo tego, paradoksalnie, Freddy dość szybko stal się jednym z największych ulubieńców...dzieci. Czy Freddy wygląda na tak niegroźnego faceta? O powodzeniu u dzieci zadecydowało potraktowanie postaci zbrodniarza z wyraźnym przymrużeniem oka. Dorośli sprecyzowali by, że chodzi o "postmodernistyczną kreację postaci" .

Istotnie, Freddy Kruger jest pierwszym w pełni postmodernistycznym seryjnym mordercą. Postmodernizm to pojecie równie modne, co nieprecyzyjne. Jednak pewne jego elementy powtarzają się. Są to dwukodowość, gra konwencjami, eklektyzm i parodystyczny ton. Szczególnie ta ostatnia cecha rzuca siew oczy w postaci Freddy`ego, który z filmu na film stawał się coraz mniej straszny, a coraz bardziej zabawny. To skutek ewoluującej konwencji kolejnych części cyklu, które zmierzały w kierunku sztubackiej zgrywy, ironii i mrugania wielkim okiem. Wisielcze poczucie humoru Kruegera oddają zastawiane przez niego "psychoanalityczne" pułapki (np., dla narkomanki ma na palcach zamiast brzytwę- strzykawki) oraz wyrafinowany, równie 'psychoanalityczny" sposób uśmiercania ofiar (np. wielbiciel komiksu zostaje przeniesiony do jednego z nich, a następnie pocięty na kawałki, wielbicielka skoków do wody, skacze do basen, który nie ma dna itp.). Elementem postmodernistycznej zabawy są też "psychoanalityczne" odniesienia: sen jak projekcja podświadomości skrywająca ukryte lęki, fobie, pragnienia. A sam Freddy jest uosobieniem najgorszego koszmaru...

Wes Craven jeszcze raz powrócił do mordercy (a właściwie morderców) w stylu postmodernistycznym. Mowa o głośnym "Krzyku" z 1996 r.

W małym miasteczku Woodsboro grasuje seryjny zabójca. Swe ofiary wybiera spośród uczniów miejscowej szkoły. Dzwoni do nich, proponując quiz ze znajomości popularnych filmów grozy. Horror zaczyna się, gdy przepytywany nieszczęśnik popełnia błąd. Któregoś wieczora taki właśnie telefon odbiera Sidney Prescott, rozpamiętująca śmierć matki zamordowanej przed rokiem. Tajemniczy nieznajomy proponuje jej dziwną grę: "Cześć Sidney, lubisz horrory?" - pyta.

Ten wyjątkowy horror aż kipi od postmodernizmu. Cytaty i aluzje do "Piątku 13 tego", "Halloween", "Ostatniego domu na lewo", "Koszmaru z ulicy Wiązów" i wielu innych składają się na fabułę filmu. Nic więc dziwnego, że seryjny morderca z obrazu Cravena jest też postacią poskładaną niczym Frankenstein z elementów nie tylko różnych filmów, ale także różnych dziedzin sztuki. Jedną z cech postmodernizmu jest łączenie w jednym sztuki "wysokiej" i "niskiej". Strój i maska zabójcy z "Krzyku" jest tego modelowym przykładem. Z jednej strony mamy bezpośrednie nawiązanie do słynnego obrazu norweskiego ekspresjonisty Edwarda Muncha, z drugiej - to przebranie seryjnego mordercy wywodzącego się ze kina rozrywkowego. Dzieło sztuki wpisano w dzieło kultury masowej jakim po ogromnym sukcesie (najbardziej dochodowy slasher dziejach kina) stal się "Krzyk". Tropiąc postmodernistyczne ślady w wizerunku zabójcy dostrzegamy kolejne, tym razem już filmowe aluzje. Billy Loomis, jeden z morderców nosi nazwisko, które jest takie samo jak nazwisko postaci granej przez Donalda Pleasance'a w "Halloween", które to z kolei było takie samo jak nazwisko kochanka Marion Crane z "Psychozy". Z kolei zwyczaj mordercy/ów przepytywania ofiar ze znajomości horrorów jest nawiązaniem do jednej ze scen z filmu Freda Waltona "When Stranger Calls"(1979). W filmie tym nieznajomy wydzwania do opiekunki dzieci, by w pewnym momencie spytać, czy jest pewna, że dzieciom nic się nie stało?. Kobieta odkrywa, że telefony wykonano z domu. Gdy odnajduje swoich podopiecznych, są już martwe -niemal identyczna sceną oglądamy na początku "Krzyku", gdy Cassey odkrywa zwłoki swego chłopaka, a morderca informuje ją, ze "jest za nią".

Jednak najbardziej postmodernistycznym zagraniem Cravena jest uczynienie mordercy/ów fanami horroru. To z jednej strony ironiczny komentarz do widza tego rodzaju produkcji, z drugiej do horroru jako gatunku w ogóle.

Natomiast powtórzenie fabularnego schematu w sequel przeboju Cravena z 1997 - niesłusznie uważanego za mniej udany (co najwyżej -mniej zaskakujący) - posłużył reżyserowi do postmodernistycznej zabawy konwencjami filmowych kontynuacji ( mamy więc w "Krzyku 2" budowane na zasadzie lustrzanego odbicia poszczególne sceny, postaci, a nawet zwroty akcji)

Cześć trzecia "Krzyku"(2000) w reżyserii Kevina Williamsona, to już, niestety, pozbawiona świeżości, "powtórka z rozrywki", o której wspomnieć należy jedynie z kronikarskiego obowiązku

Nerkówka a`la Hannibal Lecter

Lata 90-te, a być może cały subgatunek serial killer movies należą jednak do innego seryjnego mordercy - Hannibala Lectera.

Po raz pierwszy pojawił się w filmie Jonathana Demme "Milczenie owiec" i dzięki wspaniałej kreacji Anthony`ego Hopkinsa w roli szalonego doktora z miejsca podbił serca nie tylko masowej publiczności, lecz także członków Amerykańskiej Akademii Filmowej (5 Oscarów w najważniejszych kategoriach)

Historia przedstawiona w obrazie Demme jest tak dobrze znana, że nie ma sensu jej szczegółów powtarzać. Koncentruje się wokół śledztwa prowadzonego przez młoda agentkę FBI Clarice Starling w sprawie seryjnego zabójcy zwanego Buffalo Billem. W śledztwie pomaga inny wielokrotny morderca doktor psychiatrii Hannibal Lecter, który staje się najważniejszą postacią filmu i nadaje mu specyficzny mroczny klimat.

Lecter należy do typu "estetów" mających swych protoplastów w thrillerach "Kręte schody" Roberta Siodmaka, "Podgladacz" Michaela Powella, a z horrorów na przykład z "Touch The Evil" Lucio Fulciego. Wyróżnia go bowiem wysoka kultura, zdolności plastyczne, poczucie smaku oraz słabość do sztuki ( nawet kiedy zabijał starał się robić to z gustem, np. układał ciało swojej ofiary na wzór ryciny zatytułowanej "Ranny człowiek" ze starej książki medycznej - ale o tym dowiadujemy się z sequelu "Milczenia owiec" - "Hannibala") Ma też pewną słabość wyniesioną z burzliwego dzieciństwa, z mięs preferuje ludzkie, stąd przezwisko "Hannibal-kannibal". Nade wszystko jest jednak wytrawnym znawcą ludzkiej psychiki. Nie wydaje się być przesadą stwierdzenie, że pożera nie tylko ludzkie ciała, ale i dusze.

Nic więc dziwnego, że Lecter jest kolejnym uosobieniem zła absolutnego, najbardziej filmowego bodaj z wszystkich, które zaprezentowano na ekranie. Bardziej fascynuje złowieszcza naturą niż przeraża, stając się postacią przynależną literacko-filmowej wyobraźni niż realnej rzeczywistości. Tej wyobraźni podporządkowana jest też konstrukcja postaci - przez zderzenie zwierzęcej dzikości z wysublimowanym estetyzmem szokuje, a jednocześnie wzbudza w widzu dwuznaczny podziw. Jest w "Milczeniu owiec" znamienna scena, gdy filmowany z góry Lecter, tuż po obezwładnieniu strażników, staje przy stoliku z twarzą skierowaną ku sufitowi i umazaną krwią, delektując się brzmieniem "Wariacji Goldbergowskich" Bacha dobiegających z niewielkiego przenośnego magnetofonu. Zabieg dość ryzykowny, gdyż łatwo popaść w niezamierzoną parodię, lecz kunszt aktorski Hopkinsa i reżyserskie wyczucie Jonathana Demme sprytnie wymknęły się temu niebezpieczeństwu.

Nie udało się tego, niestety, dokonać doświadczonemu Ridley`owi Scott`owi w "Hannibalu"(2001) (adaptacja ksiązki Thomasa Harrisa dokonana przez równie doświadczonego Davida Mameta). Twórcy sequela wyostrzyli jedynie cechy Lectera, które nadano mu w pierwszym z trylogii filmów, doprowadzając do uczynnienia z niej postaci groteskowej (zwłaszcza w całkowicie chybionym finale). W swoistym prequelu "Milczenia owiec" - "Czerwonym smoku" (2002) Bretta Rattnera, szalony doktor jest już bliższy oryginałowi, choć historia Benjamina Raspaila pierwszego flecisty orkiestry symfonicznej w Baltimore, którego trzustka i grasica posłużyły Lecterowi za składniki potrawy zwanej nerkówką, a którą następnie stała się daniem głównym podczas przyjęcia na cześć dyrektora i dyrygenta orkiestry symfonicznej, brzmi dość groteskowo.

Warto też wspomnieć o telewizyjnej adaptacji ksiazki Harrisa w reżyserii Michaela Manna Pt. "Manhunter" (1986) ("Gorączka", "Ostatni Mohikanin", "Zakładnik"). Choć Hannibal Lecter jest w niej postacią zaledwie drugoplanową i zagraną przez cenionego aktora filmów telewizyjnych , ale nie znanego szerszej publiczności, Briana Coxa (znanego najbardziej z roli ojca Samary Morgan w amerykańskim remake`u "Ringu" Hideo Nakaty) już wtedy zwracała uwagę swoim demonicznym wdziękiem i wyraźnym angielskim akcentem (choć Brian Cox urodził się w szkockim Dundee).

W "Czerwonym smoku" pojawia się też inny morderca, Francis Dolarhyde, ale jest on zabójcą masowym (morduje rodziny przy pełni księżyca), w dodatku zarówno film Rattnera i Manna niewiele mają wspólnego z tematem artykułu. Szkoda, bo zabójca wymyślony przez Thomasa Harrisa i ( z pewnymi zmianami) przeniesiony na ekran, to jedna z najciekawszych postaci mordercy w kinie

Przy doktorze-psychopacie drugi zabójca z "Milczenia owiec" prezentuje się dość konwencjonalnie. Buffalo Bill ,czyli Jame Gumb jest odpychający -krawiec szyjący kreację ze skór dziewcząt, które więzi w wilgotnej, mrocznej piwnicy, transseksualista, który stracił dystans do swojego wynaturzonego procederu, nazbyt pochłonięty dążeniem do celu, którym jest seksualna transformacja. Niemniej Buffalo Bill, dzięki realizmowi w jej przedstawieniu oraz wiarygodnej motywacji ( Jame Gumb to ewokacja Eda Geina, Teda Bundy, Green River Killera i kilku innych mniej znanych autentycznych zabójców) jest jednym z ciekawszych portretów seryjnego mordercy w szeroko pojętym kinie grozy.

Postać Hannibala Lectera doczekała się licznego potomstwa, lecz tylko nieliczne z pociech okazały się na tyle rozwinięte, by zwrócić na siebie uwagę. Najbardziej chyba John Doe z "Siedem" (1995) Davida Finchera, ale ten znakomity obraz nie jest horrorem (choć nie brak w nim elementów grozy, a nawet gore).

Za to Jigsaw z filmu Jamesa Wana "Piła"( 2004), choć w pierwszej kolejności wydaje się być bardziej mroczna wersją mordercy z "Siedem", również jest lecterowskim "geniuszem zła".

Seryjny morderca i reszta świata

Ale seryjni zabójcy to nie tylko domena amerykańskiego horroru. Wiele interesujących przykładów postaci wielokrotnych zbrodniarzy dostarczają kinematografię krajów europejskich. Choćby kinematografia niemiecka.

To właśnie w niej w roku 1931 Fritz Lang zrealizował "M-morderca" pierwszy film, w którym pojawiał się seryjny morderca, Hans Beckert, w znaczeniu tego słowa, które nadajemy mu obecnie. Historia wzorowana na zbrodniczej działalności prawdziwego "Wampira z Dusseldorfu" - Peterze Kurtenie, posłużyła twórcy "Metropolis' jednak tylko jako pretekst do krytycznej diagnozy społeczeństwa w przededniu obalenia Republiki Weimarskiej i przejęcia władzy przez Hitlera.
Film ten uważa się za prekursorki dla filmowego thrillera, dlatego nie nadaje się do dokładniejszej analizy w artykule poświeconym horrorom.

Jednak równie trudno gatunkowo określić współczesną ambitna, choć dość przewrotną psychodramą Jörge Buttgereita, "Schramm" (1993), niemieckiego awangardzisty i obrazoburcy, rozsławionego kultowymi w niektórych kręgach 'Nekromantkiem" (1987) i "Der Todesking"(1989).

"Schramm" jest kontynuacją wcześniejszych dokonań i stylu artysty. Znów w centrum uwagi staje śmierć w jej fizjologicznym wymiarze. Znów stylizacja na obraz amatorski wzmocniony mroczną muzyką, a w rolach głównych występują aktorzy-amatorzy (tytułowego bohatera gra była gwiazda filmów porno Florian Koerner Von Gustorf).

Historia zaczyna się od ujęcia przedstawiającego Lothara Schramma spadającego z drabiny podczas malowania ściany. Mężczyzna spada na drewnianą podłogę, odczuwając najwyraźniej przedśmiertne drgawki. Umiera. Następuje seria fragmentów - retrospekcji z jego życia. Dowiadujemy się z nich, że na pozór jest zwykłym, całkiem sympatycznie wyglądającym facetem z problemami. Zarabia na utrzymanie jako taksówkarz. Mieszka sam i jest seryjnym mordercą znanym jak "Lpistick Killer". Jak wielu nieśmiałych samotników ma problemy z kobietami, więc narkotyzuje je, a następnie fotografuje ich nagie ciała ułożone w wymyślnych pozach. Któregoś dnia zakochuje się w zgrabnej prostytutce Mariannie i cierpi na upiorne (choć podszyte makabrycznym humorem) wizje: wyłupiających oczy dentystów czy wagin wyglądających jak potwory z wielkimi zębami. A poza tym podaje swoje ciało rytuałom samookaleczenia przez wbijanie gwoździ młotkiem w jego najbardziej wrażliwe miejsca.

Beznamiętny ton relacji, alinearna narracja i bohater, który równie dobrze mógłby być naszym sąsiadem zza ściany, nadają temu obrazowi niepokojącej alegorii pospolitości zła. A jednocześnie wypełniona pustką, żałosna wegetacja Schramma gdzieś na obrzeżach tętniącego życia przypomina egzystencje wielu anonimowych ludzi skazanych na samotność w miastach-molochach (akcja filmu dzieje się w Berlinie).

Jakkolwiek nieobliczalne wydawałoby się nam zachowanie bohatera utworu Buttgereita, zwyczaj chorej zabawy zwłokami pomordowanych o wyraźnym podtekście seksualnym nie jest obcy prawdziwym seryjnym mordercom. Niektórzy z nich jak, Ted Bundy czy Ed Kemper traktowali po śmierci ofiary jak "ludzkie lalki" odgrywając przed samym sobą pornograficzne sceny. Bardzo trafnie uchwyconą też agresję wypełniające jałowe życie Schramma i jego samego. Ważna scena jest scena mordu na misjonarzach. To znak, że bohater nie uznaje moralnych autorytetów, a pewnie w ogóle moralności innej niż swoja. Z całą pewnością wszystkie te szczegóły dodają obliczu mordercy cech upiornego realizmu.

Innego rodzaju egzotykę prezentuje holenderski film Dick`a Maas`a "Przekleństwo Amsterdamu"(1988). Scenerią dla tej opowieści o nieuchwytnym seryjnym mordercy jest stolica Holandii, a dokładnie jej nabrzeża i kanały. To w nich bowiem czai się śmiertelne niebezpieczeństwo - zbrodniarz zabijający w ...stroju nurka. Z kolei w greckiej "Island of Death"(1975) Nico Mastorakisa, sprawiające wrażenie miłego i szczęśliwego, małżeństwo młodych Amerykanów, spędzającej w Grecji miesiąc miodowy, poświęca go głownie na brutalne morderstwa, wyrafinowane tortury i wyuzdany seks. Ich poczynania są tym bardziej przerażające, że towarzyszy im rozświetlone kadry śródziemnomorskiego słońca i 'miękka" fotografia" Nicosa Gardelisa, kojarząca się z produkcjami soft-porno. Wypada też wspomnieć o francuskim "Haute Tension" (2003) w reżyserii Alexandre Aja, który jest całkiem udaną próba przeniesienia wzorców amerykańskiego slashera w realia francuskiej prowincji.

Jednak w kategorii najbardziej egzotycznego z nie amerykańskich filmów o seryjnych zbrodniarzach pierwszeństwo z pewnością należy się "Szczęściu rodu Katakurich" (2001) Takeshiego Miike, które jest zdumiewającym połączeniem musicalu "Dźwięków muzyki"(1965) Roberta Wise`a i horrorów: "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" Tobe Hoopera oraz "Nocy żywych trupow" (1968) George A. Romero. Egzotyka - jak widać - dotyczy formy, ale też i treści. Dzieło Miikiego jest bowiem pełną skocznych walczyków, rzewnych ballad i widowiskowo odcinanych szpadlem głów opowieścią o tytułowej rodzinie, która prowadzi motel w malowniczej górskiej dolinie. Kto jednak ma nieszczęście się zatrzymać w słynącym z gościnności pensjonacie rodziny Katakurich, nigdy już żywy z niego wyjdzie. Ląduje w mogile na tyłach domu. Kłopoty przedsiębiorczej rodziny zaczynają się, gdy zabici goście niespodziewanie powstają ze swoich grobów, by odnaleźć przynajmniej kawałek ludzkiego mięsa. Na dodatek panna Katkuri zakochuje się w przystojnym gościu, jeszcze w stanie nienaruszonym.

Streszczenie fabuły dobrze oddaje parodystyczny charakter i rzecz by mozna postmodernistyczne podejście do tematu. Mordercy wiec -w przeciwieństwie do tych z "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" sprawiają wrażenie nad wyraz uprzejmych, miłych i sympatycznych. Pani Katakuri częstuje gości potrawami, które stanowią ucztę dla podniebienia, pan Katakuri snuje wciągające opowieści, a uroda panny Katakuri olśniewa hotelowych gości...Czyli doskonale znany motyw w opisie wielokrotnych morderców - szokująca konfrontacja miłego z przerażającym. W filmie Miikiego jeszcze bardziej podkreślonym groteskowym wymieszaniem konwencji, gatunków, kultury i ideologii. Najlepszy przykładem stylistycznego misz-maszu i oryginalnego poczucie humoru japońskiego twórcy są żywe trupy śpiewające standardy Elvisa Presleya i samurajski miecz służący za rożen. Tego rodzaju pomysł dla nie jednego miłośnika musicali i 'zombie movies" może wydać się nie mniej szokujący jak najkrwawsze efekty gore.

Natomiast "Freez Me" (2000) Takashiego Ishiiego znacznie bardziej przypomina klasyczne slashery, choć w nim jest kilka interesujących odstępstw. Tym razem mamy do czynienia z morderczynią i to psychologicznie motywowaną. Bohaterka filmu, Chihiro, przeżyła brutalny gwałt zbiorowy, i gdy udaje jej niemal zapomnieć o tym traumatycznym doświadczeniu, koszmar wraca pod postacią jednego z oprawców wypuszczonego z więzienia. Łatwo się domyślić jak dalej się rozwinie opowieść. Novum okazuje się jednak nie motyw zemsty, ale okoliczność, że zemsta rodzi się ze strachu i poniżenia i ze dość szybko wymyka się spod kontroli. Tytuł "zamroź mnie" odnosi się natomiast do rzadko spotykanego w tego rodzaju obrazach sposobu przechowywania zwłok ( najczęściej zabójcy z chwilą uśmiercenia ofiary przestają się nią interesować). Chihiro zaczyna gromadzić w swoim mieszkaniu zamrażarki.

"MPD Psycho" (2000) to mini serial w reżyserii jednego z najpracowitszych filmowcych twórców na świecie - Takeshiego Miikego ( 4 serie TV ponad 60 filmów od 1991r.). Obraz Japończyka to kolejna ulubiona eklektyczna wariacja na temat kilku znanych filmowych klasyków, tym razem serialowych - "Miasteczka Twin Peaks" Davida Lyncha, '"Archiwum X" (produkcja Chris Catrer) oraz "Królestwa" Larsa von Triera doprawiona typowa azjatycką drastycznością.

Morderców w "MPD Psycho" jest kilku, co już każe zwrócić uwagę na te produkcję. Posługują się dość makabrycznym modus operandi: jeden z nich rozcina brzuchy kobietom w ciąży i wyjmuje z nich jeszcze nienarodzone dzieci, drugi - odcina ofiarom górną części czaszki i umieszcza w ich mózgach kwiatka. Nietypowa jest też motywacja zbrodniarzy - okazuje się, ze są programowani na zbijanie przez tajemniczą organizacje wykorzystującą do tego celu telefon komórkowy (trochę jak w "Klątwie Skorpiona" Woody Allena) . Morderców łączy pozostawiany na ciałach ofiar ślad w postaci kodu kreskowego. Miike poskładał więc swoich morderców z wyjątkowego okrucieństwa, cyberpunkowych elementów (programowanie przez wielką korporacje) i właściwego dla niego surrealistycznego poczucia humoru. Słowem kolejny przykład filmowego postmodernizmu.

Co dalej?

Ostatnie lata nie są pomyślne dla horrororowego mordercy. Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. W 1998r. Hideo Nakata zrealizował skromną, kameralną historię o zemście sprzed lat, długowłosej dziewczynce ze studni i zabójczej kasecie video. "Krąg" ("Ringu") okazał się niemal taką samą filmową bombą jaką niegdyś "Blood Feast" H.G.Lewisa. Potężna fala (albo raczej tsunami) zalała cały świat niezliczonymi wersjami i odmianami i co gorsza, niestety, remake`ami dzieła Nakaty. Swoje trzy grosze dorzucili także hollywoodzcy spece od komputerowych efektów (w komputerze można wygenerować najstraszniejsza kreaturę, czego dowodem są orkhi z jacksonowskiej trylogii "Władca Pierścieni"). Innym powodem niepowodzenia u widzów filmów grozy o seryjnych zbrodniarzach jest istniejący już od końca lat 80-tych kryzys kina gatunków. Powstaje coraz więcej obrazów o trudnej do zakwalifikowania gatunkowej proweniencji. To efekt uboczny filmowego postmodernizmu, którego ucieleśnieniem jest Quentin Tarantino, bracia Coen, David Lynch oraz młodzi twórcy - Robert Rodriguez, Guy Ritchie, Shane Black.. W kinie gatunkowej transgresji postacie wybitnie gatunkowe jak slasherowy morderca nie są już tylko zazdrośnie strzeżoną przez horror figurą, lecz pojawiają się w tak odległych od filmów grozy utworach, jak surrealistyczny "czarny kryminał (" Barton Fink" braci Coen), erotyczny thriller ("Nagi instynkt" Paula Verhovena) czy w quasi -dokumencie "Blair Witch Project"( w tym przypadku raczej na zasadzie domysłu) czy też dylogii o Jigsaw będącej na pograniczu thrillera i horroru

Film grozy z seryjnym mordercą w roli głównej, żeby utrzymać się na powierzchni zainteresowania widzów zmuszony jest powielać wypróbowane sposoby i utrwalone w latach wcześniejszych wzorce ich opisu ubarwiając je postmodernistyczną zabawą konwencjami i upodobaniem do niezbyt serio prezentowanych treści. Tak jak ma to miejsce w kanadyjskim ."Slashers" (2001) Maurice Devereaux - ekscentrycznej mieszanie "Teksańskiej masakry piła mechaniczną", "Cube" i pozostałych slasherowych klasyków utrzymanych w stylistyce telewizyjnego show w rodzaju "Big Brothera". Sześciu uczestników (którym towarzyszy kamerzysta) zamkniętych w specjalnym labiryncie musi uporać się z trzema psychopatycznymi mordercami zwanymi "slasherami". Już ich imiona stają się intertekstualnym znakiem - Chainsaw Charlie (wiadomo, kultowy film Tobe Hoopera), Preacherman (Kaznodzieja, może kaznodzieja Powell z równie kultowego, choć nie będącego horrorem "The Night of Hunter" Charlesa Laughtona z 1955) i Dr Reper ( tak jak Jack the Reaper czyli Kuba Rozpruwacz). Każdy z nich wyposażony jest w adekwatne do jego imienia narzędzie zbrodni: Chainsaw Charlie - w piłę mechaniczna, Preacherman - w nóż w kształcie krzyża, Dr Reaper - w wielkie nożyce i skalpel. Mamy więc do czynienia z radosną zabawę w makabrę, w której mordercy odgrywają role krwawych prestigitatorów a nieszczęsne ofiary - królików wyciąganych z kapelusza. Czyli - postmodernizm na wesoło.

Postmodernistyczny autotematyzm to jedna z tendencji zauważalna w najnowszych produkcjach o wielokrotnych zbrodniarzach o horrorowym rodowodzie. Drugą - prezentuje wyreżyserowany w 2003 r. przez Markusa Nispela, warty 13 mln dolarów remake "Teksańskiej masakry piła mechaniczną". Dodać trzeba, że wyjątkowo udany, co jest rzadkim odstępstwem od smutnej zasady skutecznego zabijania ducha filmowego pierwowzoru.

Czy te dwa najważniejsze kierunki, którym podąża serial killer movies wyznaczą przyszłość tej odmiany horroru? Pewnie tak. Lecz nauczeni doświadczeniem możemy przypuszczać, że wyraźne zmniejszenie zapotrzebowania na straszenie w horrorze psychopatami nie utrzyma się na dłużej. Natura, bowiem - podobnie jak publiczność - nie znosi próżni. Jest więc nadzieja, że liczne potomstwo Normana Bates`a, ku uciesze widzów, ponownie chwyci za ostre narzędzia i wyruszy na łowy Bo przecież seryjnemu mordercy, tak sponiewieranemu przez nieudolnych epigonów produkujących bez opamiętania kolejne "dzieła', wciąż jest do twarzy we filmowym entourage.


Na forum: Podyskutuj o tym artykule


HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.
HO, Publicystyka - Postać seryjnego mordercy we współczesnym horrororze.

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -