Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad z Jackiem Komudą

Molly

Jacek Lech Komuda – pisarz i historyk, autor thrillerów historycznych rozgrywających się w XVII-wiecznej Rzeczypospolitej i średniowiecznej Francji, dobitnie wplatający w swe powieści zafascynowanie historią Rzeczypospolitej szlacheckiej. Z wykształcenia historyk, przez co utrzymuje w swej twórczości konwencję historycznego fantasy. Twórca gry fabularnej „Dzikie Pola”, mocno zaangażowany w pracę nad scenariuszem do gier komputerowych „Wiedźmie” oraz „Earth 2160”. Były redaktor miesięcznika „Gamestar”, pracujący w „Clicku” oraz „Komputer Świat Gry”. Projektant i scenarzysta gier komputerowych, dziennikarz i publicysta. W roku 1997 nominowany do nagrody im. A. Zajdla.


Molly: Stephen King pisze, że każdy człowiek od czasu do czasu odczuwa potrzebę nakarmienia czymś swojej wyobraźni. Pisze też, że właśnie fantasy jest doskonałą karmą dla naszego organizmu, by mógł sprawnie funkcjonować. A jak Pan odnosi się do tych słów? Czy fantastyka odgrywa zasadniczą rolę w Pana życiu?

Zważywszy na fakt, iż w chwili obecnej utrzymuję się wyłącznie z pisania powieści i opowiadań jest ona esencją mego życia. Oczywiście wizje światów, sytuacji i postaci, które przelewam, na papier od dawna pojawiały się w mojej głowie. Dopiero jednak od roku mam tę przyjemność, że mogę na codzień obcować z literaturą - gdyż ja osobiście nie oddzielam fantastyki, fantasy czy science-fiction od tak zwanej twórczości głównonurtowej. Dla mnie to wszystko jedna wielka literatura przez duże L. Chciałem pisać od bardzo dawna, bodajże od chwili, gdy przeczytałem pierwszą książkę w wieku... ilu? chyba 7 czy 8 lat. Jednak musiała minąć prawie dekada, zanim zacząłem spisywać pomysły, które przychodziły mi do głowy w postaci opowiadań. Nie było jednak tak, że od razu chciałem pisać książki. Najpierw interesował mnie film i telewizja – chciałem tworzyć programy i scenariusze, ale niekoniecznie powieści. Jednak ponieważ polskie kino nie istnieje jako gatunek i scenariusze można pisać do szuflady, bo banda debili po łódzkiej filmówce i wiekowych starców nie zamierza tworzyć filmów dla ludzi, tylko dla siebie samych, postanowiłem poświęcić się literaturze. Nie było to jednak proste. Był taki okres w moim życiu, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy myślałem już, że rzucę w cholerę pisanie, bo nikt wtedy nie chciał drukowac polskich autorów. Zupełnie niespodziewanie, gdzieś w 2001 roku pojawiło się wydawnictwo Fabryka Słów i zaproponowało mi wydanie mojej powieści, która poniewierała się w Super Nowej, po tym, jak rozstałem się w dosyć nerwowej atmosferze z moim poprzednim wydawcą. Na początku nie wierzyłem, że może z tego coś być, ale dałem im książkę i tak się zaczęło. Kłopot w tym, że ta pierwsza powieść nie przyniosła mi na tyle dużych zysków, żebym mógł wszystko rzucić i natychmiast napisać drugą. Akurat pracowałem wtedy w jakiejś idiotycznej korporacji wydawniczej, ale dostawałem co miesiąc tak ze trzy razy więcej pieniędzy, niż honorarium za całą moją pierwszą powieść – pisaną przez pół roku. I dlatego mogłem co najwyżej dłubac sobie przy książkach po godzinach, a napisanie jednej pozycji na rok graniczyło z cudem. Sytuacja zmieniła się, gdy kilka lat później straciłem pracę, bo projekt gry, któremu się poświęciłem został zawieszony, moja własna mała firma, w ramach której świadczyłem usługi nie miała z czego się utrzymać. Po ponad roku spędzonym na projektowaniu gier nie miałem ochoty wracać do roboty polegającej na wysiadywaniu w klitce dwa na dwa metry i wysłuchiwaniu debili-prezesów, czy innych schozofreników w garniturach, więc powiedziałem sobie: dobra, spróbuję żyć z pisania. Wziąłem zaliczkę od wydawcy na kolejną książkę, zagrałem z życiem va banque i chyba się udało. Tak się zaczęła moja naprawdę wielka przygoda z literaturą.

Molly: Dlaczego akurat przeplot fantastyki z historią udziela się głównie na kartach Pana powieści?

Od dziecka cierpię na syndrom poszukiwania prawdy i autentyzmu w sztuce i kulturze. Jak byłem mały nie chciałem czytać bajek Andersena, czy jakichś Dzieci z Bullerbyn, ale uwielbiałem na przykład Baśnie kaszubskie Augustyna Necla, gdzie były diably, to znaczy purtki, a Kaszubi puszczali tępych Prusaków z kamieniem u szyi w głębinę. A ponieważ tak się składa, że znam dobrze historię Średniowiecza w Europie, zwykła fantasy jest dla mnie po prostu mało autentyczna, nudna i sztampowa, bo doskonale wiem jak wyglądały kulturowe pierwowzory, z których brali swoje pomysły autorzy tacy jak choćby George R.R. Martin czy Steven Erikson. Mówiąc krótko prawdziwa historia jest dla mnie ciekawsza niż najlepsza fantasy. Z wyjątkiem ma się rozumieć Tolkiena, czy kilku innych autorów należących do klasyki.

Molly: Jest Pan z wykształcenia historykiem. Czy właśnie to zadecydowało, że w swych powieściach kładzie Pan ogromny nacisk na tło historyczne?

Kiedy zdawałem na studia o mały włos nie zostałem polonistą – ale poległem na egzaminach. Za drugim razem bez kłopotów zostałem przyjęty na historię. I to był Palec Boży, bo ukończenie polonistyki raczej nie pomogłoby mi w pisaniu tego typu literatury, którą preferuję. Historia nauczyła mnie metod poznawczych, dzięki którym mogę odkrywać całkiem nieznane światy Średniowiecza, Renesansu i Baroku. A co by mi dała polonistyka? Cóż, może pisałbym dzisiaj do jakieś brulionu, czy innego poetyckiego śmietnika utwory, na które nie zwróciłby uwagi pies z kulawą nogą. No, może za wyjątkiem jakiegoś kanapowego towarzystwa umrzyków z epoki Miłosza i Szczypiorskiego.

Molly: Nawiązanie do kultury danej epoki jest z pewnością bardzo pracochłonne, choćby ze względu na dokładne zapoznanie się z materiałami i odszukanie odpowiednich źródeł. Ile zajmuje Panu tworzenie powieści?

I tu właśnie objawia się z całą swoją siłą czarodziejska moc, którą daje mi warsztat historyka. Teoretycznie rzecz biorąc jestem w stanie napisać książkę przez powiedzmy – cztery do pięciu miesięcy. I to książkę głęboko osadzoną źródłowo, a więc odtwarzającą pieczołowicie realia epoki. A wszystko dlatego, że po prostu wiem gdzie szukać źródeł i informacji. Znajdę je i przejrzę szybciej niż ktoś, kto nigdy nie pracował jako historyk. Opracowanie tematu, który innemu autorowi zajęło by lata, ja jestem w stanie wykonać w czasie kilku miesięcy. W sumie jestem w stanie napisać w ciągu roku przynajmniej trzy książki – oczywiście pod warunkiem, że zajmuję się tylko pisaniem. Dla przykładu powiem, że moją ostatnią powieść – Diabła Łańcuckiego napisałem w ciągu ponad czterech miesięcy bezustannej pracy. To znaczy jakieś dwa i pół miesiąca zajęło mi opracowanie schematu fabuły, a napisanie trwało mniej więcej od 1 grudnia do 23 stycznia tego roku. Do tego należy jednak doliczyć ponad trzy tygodnie redakcji tekstu.

Molly: A mógłby Pan przybliżyć naszym czytelnikom, jak wygląda Pana warsztat? Czy najpierw rodzi się pomysł, fabuła i akcja, a później przychodzi czas na przelanie tego na papier, czy też opowieść powstaje spontanicznie?

Zaczynam od spisywania sobie różnych wizji i przebłysków, które pojawiają się w mojej głowie. Generalnie nigdy nie idę na żywioł – opowieść, wszystko jedno czy mająca formę powieści, czy też opowiadania, musi być najpierw nakreślona wstępnie, przygotowana jak rama dla witraża, abym dopiero potem mógł wypełnić ją tekstem. Najpierw zatem przygotowuję dokładny plan, szkic wszystkich rozdziałów po kolei, w którym opisuję co się zdarzy na każdym kolejnym etapie. Opisy są skrótowe, ale jednocześnie staram się upchnąć w nich jak najwięcej szczegółów. Równocześnie rozpoczynam zapoznawanie się z literaturą i źródłami historycznymi. A więc czytam zarówno opracowania, jak i stare pamiętniki, listy, przekazy, oglądam mapy, plany, dawne obrazy. Wszystko dlatego, że dużą rolę przywiązuję do wiarygodności tekstu literackiego – i to zarówno do opisów obyczajów, strojów, broni i wydarzeń historycznych, jak i zachowania oraz motywów postępowania bohaterów. Zawsze staram się dociec, czy czytelnik uwierzy w postępowanie poszczególnych osób i postaci, czy będzie to dla niego jasne i zrozumiałe. Dlatego właśnie tak wielką wagę przywiązuję do tworzenia schematu fabuły. Dopiero gdy jest ona gotowa siadam do pisania. Wtedy zaczyna się najprzyjemniejszy i najkrótszy etap prac. Po prostu spisuję wszystko po kolei. Czasem oczywiście zdarza się, że coś nie wychodzi, coś muszę zmienić i przerobić. Jednak samo pisanie trwa znacznie krócej niż wymyślanie historii. I choć żmudne, wymaga ode mnie mniejszego wysiłku intelektualnego. Potem pozostaje tylko zrobić redakcję i książka leci do wydawnictwa.

Molly: Wróćmy jednak do korzeni.. Jak i kiedy zaczęła się Pana przygoda z pisarstwem?

Jakieś 13 lat temu, gdy miałem mniej więcej 17, czy 18 lat posłałem pierwsze opowiadanie na konkurs Fantastyki. Tekst nosił zabawny tytuł Czarna Cytadela i został kompletnie zjechany przez czytelników. Ale ukazał się i tak... cóż, zacząłem pisać, choć jeszcze przez kilka lat przychodziło mi to z trudem. Potem odkryłem fantastykę szlachecką, świat Franciszka Villona i się zaczęło. Wcześniej też pisałem, to znaczy chowałem do szuflady rękopisy conanopodobnej tandety i heroic fantasy. Na szczęście wszystkie gdzieś zaginęły.

Molly: W książce „Imię bestii” można odczuć pewne ścieżki grozy - nadprzyrodzone siły, tortury, magia oraz czary. Dlaczego nie kontynuował Pan tego obrazu?

Ależ kontynuuję. Zapewne w przyszłym roku ukaże się kolejny tom opowieści lub też samodzielna powieść o francuskim poecie i złodzieju – Villonie. Kłopot w tym, że napisanie kolejnego utworu rozgrywającego się we Francji połowy XV stulecia wymaga ode mnie dużo więcej czasu, niż powieści z XVII wieku. Dlatego pracę nad nowym Villonem odkładam na jesień tego roku. Inna rzecz, że Imię Bestii nie było tak wielkim sukcesem wydawniczym jak Bohun. Ale prawdopodobnie dlatego, iż czytelnicy spodziewali się po mnie kolejnej książki rozgrywającej się w XVII-wiecznej Polsce, a nie rozpoczęcia zupełnie nowego tematu. Ale, jak wspominałem nowa powieść o Villonie na pewno ujrzy światło dzienne.

Molly: Pańskie opowiadanie pt. „36 pięter w dół” znalazło się w antologii „Demony”, książce będącej swoistą „galerią osobowości i opowieści”. Co Pan sądzi o tego typu projekcie. Nie obawiał się Pan porównań, ocen i serii niepotrzebnych komentarzy?

Demony były zbiorem dość przypadkowo zebranych opowiadań. A to dlatego, że przez dłuższy czas nie było jasne, czy ta antologia w ogóle się ukaże. Wszyscy autorzy wycofywali zatem swoje pierwotne teksty i kiedy okazało się, że antologia jednak będzie, wygrzebywali stare utwory. Opowiadaniem napisanym specjalnie dla Demonów było Nobile Verbum, które ostatniecznie znalazło się w moim najnowszym zbiorze opowiadań, jaki właśnie trafił na półki w księgarniach – Czarna Szabla. Zamiast niego dałem starsze opowiadanie (36 pięter), które moim zdaniem nie jest w pełni udane. Inna rzecz, że wspólnie z Maciejem Jurewiczem pisaliśmy je po osobistych doświadczeniach z telewizją. Mianowicie kiedyś zgłosiło się do nas dwóch prezesów, którzy chcieli tworzyć w Polsce telewizję nowej generacji. Rzecz oczywista, że nic z tego nie wyszło, straciliśmy tylko czas na bezsensowne narady i korporacyjne pierdoły. Od tego czasu moja niechęć do debili w garniturach jeszcze bardziej wzrosła, czemu dałem upust w 36 piętrach. Opisałem tam też moje przeżycia z czasów, gdy jako dziennikarz pracowałem w Życiu Warszawy, a redaktorem naczelnym był pewien starszy człowiek z objawami choroby psychicznej (do czego zresztą sam się przyznawał). Powiedziałem mu zresztą prosto w oczy i przy świadkach co myślę na temat cyrku w jakie zmienił tę gazetę, po czym poszedłem szukać nowej pracy.

Molly: Co sądzi Pan o grozie, jako gatunku literackim. Ma Pan jakichś ulubionych autorów?

Jeśli krytycy twierdzą, że piszę powiedzmy staropolską grozę, to zasadniczo nie przeszkadzam im w tym. Ale ja w ogóle nie zwracam uwagi na krytyków, zresztą jestem przez nich zwykle pomijany i w artykułach poświęconych fantastyce czasem ograniczają się do stwierdzenia: Komuda pisze jak Sienkiewicz. Dlaczego w takim razie moje książki wchodzą na listy bestsellerów, a dzieła tych, nad którymi krytycy pieją z zachwytu nie? Chyba przez pomyłkę, albo przypadek. Ale wracając do grozy, to bez wątpienia wielki wpływ na moją twórczość miał Edgar Allan Poe. Zawsze żałowałem, że nie przyjechał do Polski, gdzie zamiast umierać na wściekliznę (o ile to prawda) w Baltimore, mógłby dostać kulkę od Moskali, względnie wysadzić się w reducie Ordona albo poszerzyć swoje doświadczenia życiowe o wizytę na Syberii. Poza Poe wymieniłbym jeszcze Howarda Philipsa Lovecrafta, choć ie za bardzo boję się tych wymyślonych przez niego stworów. Te prawdziwe demony ze Średniowiecza, czy wojny trzydziestoletniej bywały znacznie bardziej straszniejsze.

Molly: A jeśli chodzi o grozę w naszym ojczystym wydaniu?

Oczywiście i bez wątpienia Stefan Grabiński. Czytałem jego utwory w wieku lat bodajże 9, strasznie mnie rajcowało na przykład jak bohaterowie popełniali samobójstwo. Nawet się w to bawiłem, bałem się też Białego Wyraka i Żywiołaków znacznie bardziej niż Cthulhu. Ale jak zacząłem pisać przestałem się lękać czegokolwiek. Mogę w nocy iść pójść spać na cmentarzu, chodzić po lesie sam jeden i nie zadrży mi nawet serce.

Molly: Czy jacyś pisarze wywarli wpływ na Pana twórczość?

Cała masa, choć bardzo wielu z nich odrzuciłem. Znienawidziłem po latach przede wszystkim XIX-wieczny sentymentalizm obecny chociażby w powieściach Wiktora Hugo, który wywarł na mnie ogromne wrażenie gdy byłem znacznie młodszy. Z pewnością przyznać się muszę do lektury Aleksandra Dumasa, a także oczywiście Sienkiewicza. Tyle, że tego ostatniego nie mogę już znieść. I to nie ze względu na to, że nie lubię Trylogii, ile na fakt, iż bez przerwy jestem do niego porównywany, a poza tym wszędzie i zawsze wszyscy mówiąc o polskiej powieści historycznej wspomnają pana Henryka S. Z drugiej jednak strony wielu grafomanów zarąbałoby siekierą człowieka, aby ktoś choć jeden jedyny raz porównał ich do Sienkiewicza.

Molly: Czy zdarzyło się, że ukończona powieść jednak Pana nie zadowalała, w związku z czym wyrzucił ją Pan i zaczął pracę od nowa?

Zdarzyło mi się kilka razy, zanim jeszcze nie wypracowałem mojej metody tworzenia fabuły i nie zdałem sobie sprawę z tego, że szkic powieści musi powstać przed rozpoczęciem pisania, a nie w jego trakcie. Jeśli zaczyna się pisać nie mając wymyślonego zakończenia – to niestety należy liczyć się z faktem, iż trzeba będzie czasem całą pracę wrzucić do kosza. Miałem tak na przykład z powieścią Diabeł Łańcucki, która w sumie powstawała przez pięć lat, a ostatecznie napisałem ją w nieco ponad cztery miesiące. A to dlatego, że nie mogłem wymyślić historii, która byłaby osią jej fabuły. Kiedy już miałem w głowie cały szkic powieści, napisanie jej trwało ledwie kilka tygodni.

Molly: Daje się zauważyć, że Duch Epoki Średniowiecza wciąż w Panu tkwi; również Pana zainteresowania są tego dowodem (jazda konna, władanie szablą, stroje). Czy chciałby Pan żyć w tamtych czasach?

Pytanie jest podchwytliwe, bo z jednej strony tak – zwłaszcza w Rzeczypospolitej szlacheckiej w XVII wieku. Z drugiej jednak strony jak każdy z nas, jestem tak przyzwyczajony do dzisiejszego komfortu, że po cofnięciu o 400 lat wstecz doznałbym pewnie szoku widząc w jak prymitywnych warunkach żyli wtedy ludzie. Nie chodzi mi nawet o przemoc, wojny, czy fanatyzm religijny, ale na przykład tak przyziemne sprawy jak higiena. Czy ktoś chciałby wziąć w objęcia na ten przykład hrabinę, czy księżniczkę, która śmierdzi jak... menel z dzisiejszego dworca? No, może nie ten świeżo wydobyty ze śmietnika, ale taki, który był niedawno na odwszawianiu i kąpieli u brata Alberta. A więc pani hrabina z XVIII wieku miałaby powiedzmy nie smród, ale zapaszek, tłumiony litrami perfum. Szok? Nie, to tylko smutna rzeczywistość. Myśmy się trochę przyzwyczaili do romantyzmu. Wielu ludziom, zwłaszcza historykom, albo etnografom Średniowiecze kojarzy się z błogą epoką, w której ludzie modlili się, pracowali w spokoju, mieszkali na łonie natury, w chałupkach z ogródkami i tak dalej. Prawda niestety jest trochę inna – wystarczy zajrzeć na przykład do koczowiska Cyganów na Podkarpaciu. W takich przecież warunkach żyli w Średniowieczu chłopi. Ale z drugiej strony nie można też przesadzać. Wieki Średnie nie były aż tak mroczne, chcieli marksiści i historycy dyspozycyjni wobec komunizmu. A wracając do XVII wieku – jeśli miałbym okazję cofnąć się w czasie, to chyba bym jednak spróbował.

Molly: Jak więc reaguje Pan na najnowsze technologie. Korzysta Pan z telefonu komórkowego, a w Pana mieszkaniu znajduje się mikrofalówka? : - )

Nie mam (i nie zamierzam mieć) komórki, nie mam mikrofalówki, kupiłem sobie wprawdzie zmywarkę, ale jeszcze ani razu jej nie użyłem. Ja generalnie korzystam z nowoczesnych technologii, bo się inaczej nie da – z komputera, z internetu, ale nie wzrusza mnie stylistyka nowoczesnej architektury, zupełnie niezrozumiałe pozostaje dla mnie dzisiejsze wzornictwo. A czasem na wpół rozwalona chałupa w polu ciekawi mnie bardziej niż nowoczesny wieżowiec. W sensie estetycznym zupełnie nie akceptuję dzisiejszych czasów. Może dlatego zostałem adwokatem i dziejopisem umarłej epoki?

Molly: W ostatnim czasie daje się zauważyć, że fantastyka jak nurt rozwija się w zastraszającym tempie. Wciąż wyłaniają się młodzi pisarze, obdarzeni ogromnym talentem – jak więc się wybić?

Rada jest tylko jedna – pisać lepiej niż inni. Zresztą to nie jest tak, że jeśli pojawi się jakiś nowy autor, to nagle zabiera miejsce rywalom. Rynek ciągle jest płytki, a nakłady książek w kraju liczącym 38 milionów mieszkańców - znikome i moim zdaniem dopiero czeka nas długi okres prosperity literatury fantastycznej. A zatem książek będzie ukazywać się coraz więcej, coraz więcej ludzi będzie też je czytać. Faktycznie mamy do czynienia z żywiołowym rozwojem fantastyki i jest rzeczą naturalną, że pojawiają się coraz nowi autorzy. Nie czuję się jednak na siłach udzielania jakichkolwiek rad jak pisać i co pisać aby odnieść sukces. Wiem, że wielu moich kolegów po piórze udziela porad, lekcji lub też prowadzi szkoły pisania. Ja do nich nie należę i dlatego przestrzegam: literatura jest tak zmienną i kapryśną dziwką, że każdy sam musi nauczyć się ją ujarzmiać. Natomiast to co mogę radzić początkującym autorom, to przede wszystkim, aby nie wdawali się w żadne wojny fandomowe, układy, nie bawili w kotka i myszkę z krytykami, ale zwracali się i adresowali swe utwory bezpośrednio do Czytelnika. Nic im naprawdę nie da, gdy posłuchają kilku przemądrzałych krytyków, sfrustrowanych starców, albo ludzi, którzy mentalnie nie wyszli z epoki przemian lat dziewięćdziesiątych. Mnie wiele osób próbowało nauczyć pisania. Dziś ich rady mogę włożyć między bajki. Klub Tfurcuf nauczył mnie solidnych podstw rzemiosła, ale wszystko pozostałe poznałem jeżdżąc na konwenty i rozmawiając z Czytelnikami, ze zwykłymi fanami, poznając to, co chcą czytać, co ich wstrząsa, czego nie cierpią, a co sądzą o tym, czy innym autorze. A już przede wszystkim radzę początkującym twórcom, aby nie wierzyli temu, co czytają o sobie i innych na listach dyskusyjnych poświęconych fantastyce. Nie wiem dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że spora część postów (na szczęście nie wszystkie) na grupach dyskusyjnych pisana jest przez frustratów, a także – jak podejrzewam – grafomanów, którzy nie są w stanie przebić się ze swoimi rękopisami do wydawcy. W sferze forów dyskusyjnych zachodzi bowiem przedziwny proces przypominający ten ze środowisk krytyków głownego nurtu - powstawanie małych, pseudoelitarnych grupek roszczących sobie prawo do wydawania opinii w imię szerokich rzesz Czytelników. Pojawiają się zatem autorzy brylujący błyskotliwie wśród uczestników forum, których czterech, czy pięciu innych dyskutantów obwołuje krzykliwie małymi, cudownymi geniuszami, a którzy opublikowali dwa, czy trzy opowiadania na darmowych portalach. Debiutanci, których szacowne grono dyskutantów mianuje kandydatami do Zajdla, a tymczasem ich książki pokrywają się kurzem na księgarskich półkach. Zajadli frustraci, którzy wylewają tony żółci pod adresem autorów, którym udało się odnieść jakikolwiek sukces. I zwykli grafomani promujący agresywnie swoje nędzne wypociny. To oczywiście co piszę nie tyczy się wszystkich forów dyskusyjnych. Są i takie, na których można porozmawiać w miarę kulturalnie. Ja jednak z zasady przeglądam wszystkie listy, choć na nie nie piszę i gdyby prawdą było to, co piszą o mnie niektórzy zajadli forumowicze czy blogowicze, to nigdy w życiu nie sprzedałbym ani jednej książki. A jednakowoż spokojnie żyję sobie z pisania. Co zaś doradzam młodym autorom? Wyjazdy na konwenty, spotkania z Czytelnikami, pójście na piwo z fanami, uczestniczenie w panelu dyskusyjnym, na którym każdy uczestnik może zadać pytanie. Ja właśnie zamiast udzielać się na listach jeżdżę na wszystkie konwenty, na które jestem zapraszany – nie odmawiam propozycjom spotkania w małych miasteczkach, czy wioskach, bo z przyjemnością porzucam Warszawę dla prowincji. Dziwię się też, że żaden z forumowiczów wylewających na mnie swoje jady i frustracje, ukrywający się pod śmiesznymi pseudonimami nigdy nie przyszedł na moje spotkanie autorskie, aby zadać mi pytanie wprost i spotkać się twarzą w twarz.

Molly: Współtworzył Pan grę fabularną „Dzikie pola”, której akcja osadzona jest w czasach dawnej Polski, jak również „Earth 2160”, która zaś jest grą typu RTS, dziejącą się w przyszłości. Skąd ta rozbieżność?

Nie jest tak, że w mojej twórczości ograniczam się tylko i wyłącznie do tematyki staropolskiej i średniowiecznej grozy. Jestem w stanie podjąć różne wyzwania, a takim było bez wątpienia napisanie scenariusza do gry EARTH 2160. To była kolejna część serii, która w naszym zamierzeniu musiała znacząco różnić się od poprzednich odsłon. Tym samym zasadnicze ramy scenariusza były już nakreślone – znaliśmy zasadnicze wydarzenia ze świata gry (zniszczenie Ziemi), od których nie mogliśmy odejść. A jednocześnie nowa część serii musiała w zasadniczy sposób odbiegać od pozostałych. Dlatego właśnie zdecydowaliśmy się uczynić zasadniczym celem EARTH 2160 poszukiwanie nowej Ziemi, owego biblijnego Edenu, który ludzie dawno utracili. Na swój sposób było to miłe wytchnienie od XVII wieku. Lubię takie wyzwania. Niedawno na przykład pracowałem nad scenariuszem i projektem gry w klimatach opowieści detektywistycznej wzbogaconych oczywiście o elementy horroru.

Molly: Pracując w redakcji „Clicka” i magazynu „Komputer świat gry” miał Pan pewnie obraz kształtowania się gier na rynku polskim. Jak więc się on przedstawia? Czy fantastyka dominuje również w wirtualnym światku graczy?

Wirtualny światek graczy jest o wiele większy niż krąg miłośników fantastyki, a co za tym idzie polscy dystrybutorzy gier mają większe pieniądze niż wydawnictwa książkowe. Z drugiej jednak strony wielu redaktorów pism i serwisów o grach, a także polskich twórców gier zazdrości popularności rodzimym autorom książek i systemów RPG. Widziałem wielokorotnie, jak designerzy, czy nawet właściele studiów deweloperskich przyjeżdżali na konwenty i siedzieli cicho jak mysz pod miotłą, choć za jeden swój milestone (to zapłata za jedną z wielu części gry oddaną wydawcy) mogliby kupić wszystkie wydawnictwa wydające fantastykę w Polsce. A tymczasem zwykły autor dobrego opowiadania, albo książki, przechdzał się otoczony przez fanów i miłośników, ludzie przychodzili do niego na spotkanie, składali gratulacje, zapraszali na piwo. Do pewnego stopnia te środowiska się przenikają – to znaczy wielu miłośników gier czyta fantastycznę książki lub przynajmniej zna największe hity i przeboje sezonu. Natomiast w drugą stronę to nie działa tak prosto. Miłośnicy fantastyki owszem grają, ale w bardzo specyficzne gry. Postawiłbym moją szablę przeciwko chłopskim, postołom, że częściej bawią się w stare, kultowe pozycje, na przykład w serię Fallout, niż w najnowsze shootery, albo RPG. Taki na przykład Jacek Piekara, od lat gra w wiekowe Wizardry, bo je lubi, inni preferują na przykład dawnego Baldur’s Gate – pozycje, które wśród zapalonych graczy odeszły już dawno do lamusa.

Molly: Najnowszy obraz Guillermo del Toro „Labirynt Fauna” łączy w sobie elementy dramatu, fantasy i horroru. Co Pan sądzi o takim połączeniu?

Niestety jeszcze nie oglądałem filmu – jestem na razie na etapie Prestiżu, czyli Iluzjonisty (polski tytuł). Nie wiem jednak, czy Labirynt Fauna mi się spodoba, bo nie do końca jestem fanem przenoszenia się między światami, portali itd. Jak świat to dla mnie świat, powinien być w miarę jednolity. Nie bawi mnie wieloświatowość, taka na przykład Mroczna Wieża Kinga. Świat wykreowany w powieści powinien być jeden – inaczej gdzieś się gubi jego autentyczność.

Molly: A jak odnosi się Pan do adaptacji filmowych ukazujących dramat wojen oraz perypetie historycznych władców? (Troja, Aleksander, Królestwo Niebieskie)

Uwielbiam je, pod warunkiem, że są zrobione profesjonalnie. Zakochałem się w Braveheart, Gladiatorze, Rob Royu, w Panu Wołodyjowskim i Potopie. Ale coś się ostatnio stało z tymi adaptacjami, bo kilka okazało się niewypałami. Troja jest plastikowa i przypomina kawałek telenoweli. Aleksander dziwny, a poza tym kręcił go Oliver Stone, co zniechęca. Królestwo Niebieskie wygląda świetnie, ale dlaczego scenariusz musiał napisać jakiś amerykański idiota, który o realiach panujących w średniowieczu dowiadywał się chyba z komiksów Marvela. Niestety nie spodziewam się zbyt wielu historycznych adaptacji w najbliższym czasie, choć oczywiście czekam na 300, no i na kolejnych Piratów z Karaibów.

Molly: Co sądzi Pan o dominacji Internetu nad książkami? Czy pisma internetowe mogą stać się zagrożeniem dla tych wydawanych na papierze?

Pisma internetowe już zniszczyły część papierowych magazynów – zwłaszcza tych o grach. Kiedy pracowałem w tej branży większość magazynów miała nakłady przekraczające 100 tysięcy sztuk. Dziś, większość upadła, reszta ledwie wegetuje. Wszystko zabiły portale internetowe. Tylko co z tego, zapytam? Co takiego da nam serwis w momencie, w którym prasa papierowa przestanie istnieć? Na pewno internet daje swobodę – każdy może otworzyć portal, stronę, każdy może opublikować opowiadanie, powieść, ba nie tylko wydać, ale nawet wysłać ją do kilkudziesięciu znajomych. Tylko co z tego, skoro w sieci nie ma pieniędzy? Wszystko jest za darmo, a więc autorzy oraz redaktorzy nie otrzymują nic, albo zarabiają grosze. Jak zatem w takich warunkach mogą powstawać profesjonalne portale? Prasa papierowa była i jest swego rodzaju elitą – dziennikarze byli sowicie opłacani, redaktorzy zarabiali dobre pieniądze, mogli zatem w spokoju poświęcić się redagowaniu miesięczników i tygodników, dobremu opracowywaniu tekstów, pracy nad koncepcją kolejnych numerów. Co jednak w sytuacji, gdy nawet największe portale o grach oferują autorom za artykuł jedną trzecią tego, co dostawali współpracownicy papierowych magazynów za napisanie jednej strony tekstu?! Skoro nie ma pieniędzy to jak przyciągnąć do internetu profesjonalnych dziennikarzy? Jak zmusić autorów do podawania rzetelnych informacji? To wszystko sprawia, że serwisy, nawet te największe są mało profesjonalne. Niestety największym ich problemem jest brak budżetu dla dziennikarzy i redaktorów. I dopóki się to nie zmieni będziemy mieć do czynienia z dziesiątkami półamatorskich stron i portali serwujących grafomanię i papkę przygotowaną przez zapaleńców i hobbystów.

Molly: Serdecznie dziękuję za udzielenie wywiadu


HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą
HO, Wywiady - Wywiad z Jackiem Komudą

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -