Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Wywiad z Łukaszem Orbitowskim

M@rio

Rozmowa z Łukaszem Orbitowskim o kulisach powstania „Świętego Wrocławia”, książkach, które nigdy nie zostaną wznowione, polskiej grozie i o tym, dlaczego łatwiej jest pisać dla kobiet niż dla mężczyzn.


Horror Online: Witaj, Łukaszu. To prawdziwy zaszczyt móc rozmawiać z królem polskiej grozy. Pewnie pytano Cię już o to niezliczoną ilość razy, ale muszę to zrobić raz jeszcze. Skąd pomysł na „Święty Wrocław”?

- Bez przesady z tym królem, może prędzej książę? Księciunio. To mi odpowiada. Czasem jest tak, że korona leży na ulicy i wystarczy się po nią schylić, chyba tak właśnie mi się przydarzyło. Zapytaj Jarka Grzędowicza, skąd bierze pomysły, usłyszysz zabawną odpowiedź, ja takiej udzielić ci nie umiem. Bo z pytaniami o pomysły, ich źródło, sposób ujawniania się w głowie pełnej struktury na książkę, kłopot jest taki, że prawda wypada dość banalnie. Co mam powiedzieć? Powstawała pewna antologia opowiadań fantastycznych poświęconych Wrocławiowi, skłoniono mnie, bym tam coś napisał i tak, na zasadzie impulsu, pojawiło się to czarne osiedle, zarys fabuły, zakończenie, i zaraz, w trakcie pisania wyszło, że to żadne opowiadanie nie będzie, tylko powieść. I tak to było, nie doszło do żadnego cudownego wydarzenia, Bóg mi w twarz nie chuchnął. Podobnie było z postaciami, poszczególnymi wątkami, one rodziły się podczas pisania, ja w ogóle podczas pisania myślę.


HO: Ile czasu zajęło Ci napisanie „Świętego Wrocławia” i jaki etap był najtrudniejszy?

- W sumie ze trzy lata. Pracuję dość wolno, a raczej niejednorodnie. Podczas pracy nad „Wrockiem” powstały chyba dwa tomy „Psa i klechy”, kilka opowiadań, wyszły bajki o kotach. I tak, co miesiąc, dwa przysiadałem do trzydziestostronicowego rozdziału, wyjątkiem był finał, pisany ciurkiem, jakieś siedemdziesiąt stron i to rzeczywiście była droga przez mękę. Ta książka wysuszyła mnie na wiór. A najtrudniej było pod koniec, podczas tysięcznej poprawki, jeśli piszesz coś tak długo, jesteś tym w końcu znużony. Jak każdą robotą. Do tego, tak długi czas pracy, bez konspektu rodzi wiele powtórzeń, błędów w umieszczaniu miejsc, wydarzeń, na mapie, właściwej chronologii i tym podobnych. Wyłapywanie tych niuansów, czyszczenie książki z brudu to była mordęga, w którymś momencie miałem dosyć, zwłaszcza, że przerabialiśmy, na ostatnią chwilę, całą geografię miasta.


HO: Jesteś zadowolony ze swojej świeżo wydanej powieści (chodzi oczywiście o „Święty Wrocław”)?

- Tak. W przeciwnym wypadku, nie dopuściłbym jej do druku.


HO: Ciągle nurtuje mnie wieloznaczny finał „Świętego Wrocławia”. Chciałbyś nam wyjawić, co poeta miał na myśli, czy zostawisz te zawiłości interpretacyjne dla potomnych?

- Potomnych zostawiam z ich własnymi problemami. Heca w tym, że od początku miałem koncepcję finału, która nie zmieniła się ani o jotę, do tego wydawała mi się zupełnie klarowna, przejrzysta dopóki ludzie, jak ty, nie zaczęli dopytywać. O co chodzi z przemianą bohaterów? Czemu Tomasz w podziemiach widzi to, co widzi? Zastosowałem dwa zabiegi, jednym z nich było podawanie prawdy tak, by czytelnik sądził, że to ściema. Tak próbowałem uchwycić apokaliptyczne wątki. Rzucam teraz tylko trop interpretacyjny, jeśli żyjemy w czasach racjonalnych, w epoce wyjaśniania wszystkiego, to Święty Wrocław jest ucieleśnionym mitem, wywodzi się z tej samej rzeczywistości, co arka. Stąd ci cudowni króle, olbrzymy, smoki..

HO: W swoim pisarstwie udowadniasz, że nasza polska rzeczywistość jest wdzięcznym tematem dla gatunku horroru. Dlaczego zatem, Twoim zdaniem, wielu rodzimych twórców, woli sięgać po Zachodnie schematy i wizję świata?

- Horror w ujęciu anglosaskim jest dla nas czymś oczywistym, taki horror sobie przyswoiliśmy. Przecież z nowoczesną jego formą możemy bez przeszkód obcować dopiero od dwudziestu lat. Więc sceneria zachodu jawi się czymś zupełnie naturalnym, właściwym środowiskiem dla gatunku. I trzeba jakiejś odwagi, jakieś wyobraźni, by przespacerować się na stare śmieci. Przecież, wzorce zachodnie to coś więcej niż posługiwanie się językiem, ale także określone środowisko i zwyczaje kulturowe. Większość horrorów, tych literackich i filmowych, funkcjonuje na amerykańskiej prowincji lub nawet na kampusach studenckich. Tymczasem polska prowincja jest inna, pokaż mi w Polsce kampus z prawdziwego zdarzenia. My, Polacy, pisząc horror, mamy dalej do tradycyjnej ścieżki, biegnącej gdzieś od Poego, aż do, powiedzmy, Scotta Smitha, cała nasza demonologia jest inna, choćby ze względu na tradycje katolickie naszego kraju. Amerykanie, Anglicy, w ogóle protestanci inaczej przeżywają religijność, inny jest u nich status demona, zarazem, protestantyzm jest bardziej purytański. Jak to się przekłada na gatunek? Ano skąd się wzięły te wszystkie nastolatki w slasherach, szlachtowane chwilę po namiętnej wymianie płynów? Tam to gra, w Polsce by nie przeszło, u nas seks nie jest takim problemem. Dla katolików także.


HO: Na swoim blogu zdradzasz, że dwie kolejne powieści twojego autorstwa są już na finiszu. Chodzi o „Ludzie jak motyle” oraz „Widma”. Możesz uchylić rąbka fabuły obu tych pozycji? Wiadomo już, kiedy pojawią się one w sprzedaży, czy może jeszcze za wcześnie, by o tym mówić?

- Nauczyłem się jednego. Nigdy nie mówić o planach. „Motylki” pisałem dość szybko i powoli uświadamiam sobie, że mam, póki co, pewien szkic książki, zbiór pomysłów wymagających dopracowania. Czyli jeszcze jakieś dwie trzecie roboty przede mną, co jest zjawiskiem zupełnie dla mnie normalnym. Chyba, że nie dźwignę tematu, wtedy wybiorę wątek i tekst uzyska ostateczną postać długiego opowiadania. Czemu nie? Z „Widmami” też jestem w lesie, nawet, do lasu dopiero co wszedłem. Mam pierwszy z zaplanowanych ośmiu rozdziałów, wygląda to obiecująco oraz tłusto, książka powinna mieć z osiemset stron. Tutaj horroru będzie trochę mniej, akcję umieszczam w Warszawie lat pięćdziesiątych, w której nigdy nie było Powstania. Taki temat zmusza do studiowania wielu zagadnień, od architektury, przez modę, aż po sposób wysławiania się, do tego, wyobraźnia pracuje inaczej, bo tę Warszawę trzeba przetworzyć, utrudniłem sobie również zadanie biorąc Baczyńskiego na głównego bohatera. Będzie ta zresztą masa prawdziwych figur, Iwaszkiewicz, Andrzejewski, Szymborska, Gajcy, wielu, wielu innych. I robota idzie bardzo, bardzo wolno, wątpię, żebym popisał tę książkę przed końcem wakacji. Wiem, że to, co zapowiadam nie kojarzy się z literaturą grozy, ale, spokojna głowa, czytelnik horror online rozpozna w „Widmach” także to, co lubi najbardziej. Póki co, zimą ukaże się zbiór opowiadań.


HO: Twoje dwie pierwsze książki, „Złe Wybrzeża” oraz „Szeroki, głęboki, wymalować wszystko”, to niemal białe kruki. Nigdzie ich nie można dostać! Wiadomo Ci coś na temat ich wznowień?

- Wiadomo. Nigdy nie zostaną wznowione. Pamiętam, parę lat temu szafa mi się chwiała, „Złe wybrzeża” posłużyły za podpórkę, czyli to przynajmniej funkcjonalna książka. Te dwie pozycje to krótkie tomiki, amatorskie w formie i treści, właściwie nie wiem jakby to wznowić, właściwie, musiałbym napisać te fabuły na nowo, albo puścić do druku z wszystkimi bykami, jakie tam są. Myślę o wznowieniu „Wigilijnych psów”, tej książki też już nie ma.


HO: Łukaszu, pisanie swoich wcześniejszych książek zajmowało ci 2-3 lata. Tymczasem Twoje najnowsze dzieła powstają w kilka miesięcy. Czy to znaczy, że Łukasz Orbitowski stał się zręcznym rzemieślnikiem? Co się zmieniło w Twoim pisarstwie? Skąd to nagłe przejście w literacką „nadświetlną”?

- Wbrew pozorom, nic się nie zmieniło. Dwukrotnie podchodziłem do formuły opowiadania i dwukrotnie tekst rozrastał się w rozmiary, powiedzmy, świętowrocławskie. Tak było z „motylkami”. Przecież powieść różni się od opowiadania strukturą, nie tylko objętością, więc teraz muszę przysiąść, podpisywać, popoprawiać, większość roboty dopiero mnie czeka, więc, wszystko wskazuje, że będzie tak jak z wcześniejszymi książkami. Pytasz o zmianę sposobu pisania. Testowałem nowe pomysły, nowe rzeczy, nowe techniki, poza tym rozpoznałem w sobie głód roboty. Miałem fatalny ostatni rok, najpierw rozpadło się moje małżeństwo, potem ze zdrowiem u mnie było nienajlepiej, słowem, nie miałem jak pisać, a nawet wymyślać. Teraz to się zmienia, stąd tempo, stąd pomysły, ale siebie nie przegonisz. Ja musze pisać książkę minimum dwa lata.


HO: Co sądzisz o polskiej scenie literackiej grozy? W minionym roku trochę sypnęło nazwiskami. Czy to oznacza jakiś przełom?

- Przełom jeszcze nie nastąpił, on się zdarzy w momencie, gdy ktoś, piszący horrory osiągnie sukces na miarę Krajewskiego, a wszyscy dookoła zaczną go naśladować, jak teraz czynią to w stosunku do autora cyklu o Breslau. Teraz powoli udowadniamy, że da się w Polsce pisać horror, że można znaleźć rodzimą dlań formułę, żeby wymienić tylko Jakuba Małeckiego. Paweł Paliński pokazuje, że możemy naśladować Amerykanów bez poczucia wstydu. My na ten moment jesteśmy w tym samym punkcie, co Amerykanie pod koniec lat pięćdziesiątych, nauczyliśmy się pulpu, umiemy eksperymentować, choć rumienimy się przy tej czynności. Jesteśmy u progu jakiejś syntezy, przelania się gatunku w dojrzałą formę.


HO: Którą książkę 2008 roku uważasz za najlepszą i dlaczego?


- Polską? Zagraniczną? Premierę? Wznowienie?


HO: I polską i zagraniczną :)

- Z zachodnich to oczywiście „Droga” McCarthy’ego, za wyciągnięcie, prócz całej palety innych emocji, także ekstraktu przerażenia. Uzupełnia go Mort Castle, pisarz niższej klasy, ale niewątpliwie najlepszy autor horrorów, który od dawna zawitał nad Wisłę. Z nami jest gorzej. Teraz zachwycam się „Przedksiężycowymi” Anny Kańtoch, ale to rok bieżący. Małecki dobrze pisze. A prawda jest taka, że rok 2008 jest jednym z najgorszych w polskiej literaturze współczesnej.


HO: Od jakiegoś czasu piszesz felietony dla kobiet na portalu kafeteria.pl. Ilekroć czytam te wszystkie komentarze pod Twoimi tekstami, nie umiem powstrzymać uśmiechu. Łukaszu, czym różni się pisanie dla kobiet od pisania dla mężczyzn? A może w ogóle nie postrzegasz tego w tych kategoriach?

- Jest łatwiej. My siebie nie rozumiemy nawzajem, zresztą, lubię tę nieprzenikalność. Czyli po prostu zapodaję męską wizję świata, męskie spojrzenie na miłość, na konflikt, na życie codzienne, mówię męskie a myślę moje, do tego przesadzone. Formuła felietonu jest chętna przesadzie. Dla faceta moje teksty byłby nudne, być może oczywiste. Ale w literaturze tak nie ma, nie patrzę na czytelnika pod kątem płci. No, może kobieta częściej odłoży moją książkę z obrzydzenia. Mam nadzieję, że do niej wróci.


HO: Jaki ostatnio obejrzany film mógłbyś nam polecić?

- Hmmm. Na początek, dwie horror-komedie, jedna to „My name is Bruce”, sympatyczny niski budżet z Brucem Campbellem, grającym Bruce Campbella, ale takiego, jakim ludzie chcieliby go widzieć. Obejrzałem też norweski „Dod” , film wychodzi od idiotycznej formuły slashera o nastolatkach, ze wszelkimi możliwymi stereotypami, by zaraz przejść w żywiołową komedię w stylu „Martwicy mózgu”, z tabunami nazistowskich zombie na tle pięknych plenerów górskich. Amatorszczyzna, ale śmieszna. Z poważniejszych rzeczy, urzekł mnie „Vinyan” du Felza, tego, który parę lat temu błysnął „Kalwarią”. Oj mocne! Niejednoznaczne, mimo wszystko, wciąż niestandardowe.


HO: Skoro jesteśmy przy tematach filmowych, to na jaką premierę czekasz w tym roku najbardziej?


- Na „Drogę” według McCarthy’ego, z Viggo Mortensenem, choć trailer wskazuje na odejście od zimnej, oszczędnej formuły oryginału na rzecz wysokobudżetowej nawalanki. Z najbliższych premier, „Antychryst” von Thiera.


HO: Często piszesz o swoim zamiłowaniu do siłowni. Więc krótka piłka: masa czy rzeźba?

- No piszę. Ani to, ani to, tylko wygrzew. Roboczo ćwiczę na masę, czyli robię niewiele powtórzeń dużymi ciężarami, ale to wynika z upodobania. Nie jestem kulturystą, nie interesuje mnie rzeźbienie własnego ciała i osiąganie przyrostów, zresztą, nie mógłbym tego robić. Piję, palę, do tego, nieustannie jestem w ruchu i rzadko kiedy jestem cały tydzień u siebie w mieście. Plus jest taki, że dzięki temu ćwiczę na wielu siłowniach, w różnych miastach, to daje pewne ubarwienie, bo podnoszenie ciężarów w jednym miejscu, z tymi samymi ludźmi też może się znudzić.


HO: Najbliższe plany Łukasza Orbitowskiego to…?

- Wyspać się i spędzać więcej czasu z synem. No i pisać, niedługo będę robił ten zbiorek dla Wydawnictwa Literackiego, tam będzie długi, premierowy tekst, który muszę ostro poprawić, muszę też przemielić starsze opowiadania, które tam się znajdą. I z opowiadaniami będzie mi najbardziej po drodze, bo nie chcę zawieść kilku miłych wydawców czasopism i antologii, którzy zamówili u mnie teksty. Potem „Widma”. Muszę przejść dwie części „Call of Duty”, ostatnie GTA, i, daj Boże, „Brutal legend” jeśli to wreszcie wyjdzie.

HO: Dzięki za rozmowę i powodzenia.

Rozmawiał: Mariusz Juszczyk (M@rio)
Autorem zdjęć jest Jarosław Urbaniuk


* Łukasz Orbitowski (ur. 1977) - Luke Skywalker polskiej fantastyki. Pisarz, felietonista, recenzent. Jego powieści “Tracę ciepło”, “Horror show!” i “Święty Wrocław” nadały polskiemu horrorowi rysów krwistych i świeżych, a “Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat” podbiły serca miłośników bajek. Wraz z Jarosławem Urbaniukiem stworzył cykl powieściowy “Pies i klecha” o przygodach księdza i milicjanta. Pisze do “Nowej Fantastyki” i “Science Fiction, Fantasy and Horror”, a szeroko pojętą publicystyką para się przy udziale „Lampy”, „Dziennika” i portalu o2.pl.

Data dodania do bazy HO: 10.06.09



HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim
HO, Wywiady - Wywiad z Łukaszem Orbitowskim

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -