Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM

Shadock

Nazwisko Roberta Cichowlasa pojawia się ostatnio dość często przy okazji wydanych w tym roku antologii "Sępy" i "Twarze szatana". Nie jest to jednak ostatnie słowo pisarza w tym roku. O tym i o owym miałem okazję pogawędzić z autorem, starając się by wywiad różnił się od tych, których ostatnio Robert stale udziela. Obaj twierdzimy, że cel został osiągnięty.


Witaj Robercie! Muszę przyznać, że w tym roku ostro idziesz do przodu. I to bez szaleńczej kampanii reklamowej w stylu Łukasza Śmigla(śmiech).

-Cześć Łukaszu. Dzięki za zaproszenie do wywiadu. To prawda, rok 2009 okazał się przełomowym jeśli chodzi o moją twórczość. Bardzo czekałem na ten moment, wiesz, na chwilę, w której czytelnicy ujrzą moje teksty w postaci książek. Pisanie od lat jest moją pasją, a teraz wreszcie mogę ją traktować po części jak pracę. Kampanie reklamowe nie są moją mocną stroną, zwłaszcza jeśli chodzi o promowanie siebie. Ja naprawdę nie przepadam za tłumami, co za tym idzie spotkania autorskie bardzo mnie stresują, nie lubię się nikomu narzucać, naciskać i namawiać ludzi do lektury mojej prozy. Jeśli teksty, których jestem autorem, albo współautorem podobają się czytelnikom, to automatycznie zaczynają bronić się same i nie trzeba nieustannie „walić” o nich rozmaitymi informacjami po oczach postronnych. Wolę pozostać w ukryciu i delektować się na spokojnie pozytywnymi ich recenzjami (śmiech).

Nieuniknione przy takich wywiadach jest wracanie do początków, ale o Twoich zeszytach z podstawówki to już się wszyscy chyba nasłuchali, więc przejdźmy trochę dalej, czyli do Twoich literackich debiutów. Pomimo tego, że przez lata wywalczyłeś sobie solidną pozycję w przestrzeni Internetu, to za swój prawdziwy debiut uznajesz opowiadanie napisane do antologii „Trupojad”.

-Zgadza się, to właśnie opko „Cierpliwość” z TRUPOJADA traktuję jako debiut. Wtedy po raz pierwszy podpisałem „poważną” umowę z wydawnictwem, po raz pierwszy mogłem dostrzec w księgarni świetnie wydaną ksiązkę, w której widnieje moje nazwisko. To było naprawdę zajebiste uczucie. „Cierpliwość” darzę wyjątkowym sentymentem, gdyż okazała się bramą do dalszego publikowania, co za tym idzie, dała mi poczucie, że naprawdę mogę się wybić.

Skoro przy antologiach już jesteśmy, to zacznę brać Cię pod włos. W ostatnim czasie Twoje nazwisko figurowało niemal w każdej antologii literatury grozy jaka się ukazała. Którą z nich uznajesz za najciekawszą, a którą za najsłabszą? Nie pytam tu o Twoje autorskie teksty, tylko odczucia jako czytelnika i oczywiście recenzenta.

-Może trudno Ci będzie w to uwierzyć, ale z ostatnio wydanych antologii horroru przeczytałem w całości tylko pierwszy tom „Księgi strachu”. Z pozostałych zbiorków połknąłem wybrane opowiadania, a więc ciężko mi powiedzieć, która książka jest najciekawsza, a która najsłabsza.

Bardzo poruszył mnie tekst z antologii „Białe szepty” – „Kościół w Auvers”. Skąd pomysł na takie właśnie opowiadanie? Szczególnie chodzi mi tu o formę, w której świetnie wstrzeliłeś się w historię i fakty, do tego stopnia, że trudno ocenić co jest Twoim wymysłem, a co po prostu wyczytałeś przy okazji zbierania materiałów.

-„Kościół w Auvers” napisałem w okresie mojej wielkiej fascynacji malarstwem, a konkretnie życiem „codziennym” Van Gogha, który przed śmiercią zostawił list. Niestety, zachowały się tylko jego fragmenty. Zastanawiając się jak mógł brzmieć w całości, wpadłem na pomysł, aby... podopisywać co nieco od siebie.

Przejdźmy może do Twojej bardziej wyrazistej twórczości. Jak do tej pory ukazały się trzy Twoje zbiory opowiadań, co ciekawe, w przypadku każdego jesteś współautorem. I od razu rodzą się dwa pytania... Dlaczego nie poczekałeś, by zebrać te teksty choćby w jeden tom, ale tylko pod własnym nazwiskiem? I dlaczego każdy piszesz z kim innym? Skąd taka niestałość uczuciowa?

-Odpowiadam na pytanie pierwsze: w pisaniu w duetach dostrzegam wiele plusów. Raz, że można skonfrontować opinie, tym samym maksymalnie dopieścić dany utwór, dwa, że idzie wszystko szybciej, sprawniej, trzy, że człowiek może się zaprzyjaźnić z osobą, którą ceni i szanuje, cztery, że może się od niej wiele nauczyć. Nie oznacza to jednak, że nie myślałem o tym, by wypuścić książkę indywidualnie. Na pewno kiedyś będę chciał ten pomysł wcielić w życie, jednak póki co, mamy z Kazkiem masę wspólnych planów i roboty pisarskiej i to jest dla mnie priorytet.
Odpowiadam na pytanie dwa: do tej pory rzeczywiście było tak, że każdą kolejną książkę wypuszczałem na spółkę z innym autorem. Jednak, jak powiedziałem, z Kazkiem nawiązałem dłuższą współpracę i mamy w zanadrzu kilka dobrych, horrorowych kawałków. Zależy nam na tym, aby nasz duet zakotwiczył się na rynku. To jednak wcale nie oznacza, że wykluczam kolejną książkę z Jackiem Rostockim, wręcz przeciwnie, mamy w planach za jakiś czas stworzyć kolejny tom opowiadań.

Wróćmy do „W otchłani mroku”, zbiorku napisanego wspólnie z Robertem Kucharczykiem. Tytuł zdaje się być adekwatny, bo książki na oczy nie widziałem, odkryłem dziś nawet, że trudno znaleźć jej recenzję... Nie tylko na HO. Cóż więc sam zainteresowany powie na jej temat?

-Książki nie widziałeś na oczy, bo niewiele egzemplarzy zostało wydrukowanych, a wydawnictwo, które rzecz wydało padło kilka dni, czy raczej tygodni, później. Patrząc z perspektywy czasu cholernie się cieszę, że „W otchłani mroku” jest w tej chwili praktycznie nie do zdobycia. Nie jestem zadowolony ze swoich tekstów w tej książce. Były bardzo niedojrzałe, głównie językowo, a obietnica ze strony wydawnictwa, że każdy z nich zostanie dobrze zredagowany okazała się bujdą. Krótko mówiąc, było minęło.

Teraz czas na „Sępy”. Jak doszło do współpracy, to sobie wyczytałem w książce, opowiedz mi lepiej o kulisach tej działalności. Jak Ci się pracowało z Jackiem Rostockim, człowiekiem o odmiennych od Twoich gustach literackich?

-Bardzo dobrze mi się współpracowało z Jackiem. Facet ma trudny charakter, trzeba spędzić z nim trochę czasu, aby zrozumieć, co chce Ci powiedzieć, ale kiedy już załapiesz kontakt, czerpiesz z tego naukę. Nie było między nami sporów. Czasami go popędzałem, ale w dobrej wierze (śmiech).

No i czas na „Twarze szatana”. Przyznam, że obawiałem się nieco zestawienia Twojego stylu, z pisarstwem Kazimierza Kyrcza Juniora. Przyznam też, że bardzo pozytywnie się zaskoczyłem. Jak tutaj z kolei wyglądała współpraca?

-Fakt, że nasze style różnią się diametralnie. Nie stanowi to jednak dla nas przeszkody. To, co ja ujmuję prostymi słowami, strzelając między czytelnicze oczy kawałkami mięsa i innymi flakami, Kazek bierze pod swoje skrzydła i nadaje temu głębszy sens. I na odwrót: psychologię, jaka płynie spod pióra Kazka, staram się nieco złagodzić, dodając szczyptę dosłowności. Miło słyszeć, że nieźle nam to wychodzi.

To znów pod włos. Współpracowałeś z trzema autorami? Z którym najlepiej, z którym najgorzej? I tylko bez kokieterii, że każdy był inny i wyjątkowy.

-W sumie to współpracowałem z pięcioma autorami. Z Darkiem Łowczynowskim napisałem dwa opowiadania i kiedyś, dawno temu jedno z Jakubem Bielańskim, twórcą wybornego tekstu „Ostatni świt”.
Ale do rzeczy... Każdy autor jest inny i wyjątkowy. Z Robertem i Jakubem urwał mi się kontakt, z Jackiem i Darkiem dalej się przyjaźnię, z Kazkiem również. Jacek ostatnio jest totalnie zalatany i nie w głowie mu pisanie książek. Ale współpraca z nim to naprawdę czysta przyjemność. Z Kazkiem mamy kilka konkretnych planów pisarskich, ani razu nie mieliśmy zwary, a więc jedyne co mogę powiedzieć to że świetnie mi się z nim pisze w duecie i że nasza współpraca dojrzewa. Owoców będzie dużo więcej.

Cieszy mnie ogromnie, że czytając Twoje opowiadania od lat widzę coraz większy progres, zdawać by się mogło w wyjałowionym już ogródku. Co ciekawsze, progres ten widać na przełomie kilku miesięcy, które dzielą „Sępy” od „Twarzy szatana”. O ile w „Sępach” zdarzają Ci się nieświadome autoplagiaty, sprowadzające się do kilku schematycznych rozwiązań z poprzednich tekstów, to w „Twarzach szatana” już takich błędów nie widzę.

-Cieszę się, że przestajesz dostrzegać błędy w moich tekstach. Acz dodać muszę, że kilka tekstów z „Twarzy Szatana” powstało wcześniej, niż te sępowe.

Twój styl staje się także coraz bardziej subtelny. Porównując nowe teksty ze starymi widać wyraźnie, że inspiracje Mastertonem Ci pozostały, ale odchodzisz coraz dalej od jego jakby nie mówić, jednak „łopatologicznej” formy serwowania grozy.

-To dobrze, że to widać. Bo rzeczywiście staram się nie powielać pomysłów, nie naśladować stylu Mastertona, a wyrobić sobie własny. Człowiek uczy się przez całe życie. Wiem, że daleko mi do doskonałości, ale nie zamierzam zaprzestać starań w dążeniu do niej.

Opowiadanie „Lament” kojarzy mi się silnie z koreańskim horrorem „Akacja”. Podobne zawiązanie akcji, równie potężny ładunek emocjonalny. Nie zarzucam Ci plagiatu, ale przyznasz się do inspiracji?

-Nie przyznam się, gdyż nie inspirowałem się „Akacją”. Nigdy nawet nie oglądałem tego filmu.

A tekst „Życzenie” naprawdę nie kojarzy Ci się z Mastertonowskim „Zawsze, zawsze później”?

-„Zawsze, zawsze później” to świetne opowiadanie. Jest w podobnej konwencji co „Życzenie”, jednak pisząc swój tekst nie wzorowałem się na opowiadaniu Mastertona, ani na żadnym innym.

Powiedz mi jak Ci się udało tak dobrze zgrać z Jackiem Rostockim? W przypadku antologii „Twarze szatana” widać trzy oblicza grozy – Twoje, Kazimierza Kyrcza Juniora i Wasze wspólne. Za każdym razem świetne, ale jednak różnorodne. W przypadku antologii „Sępy” czasem wręcz trudno odróżnić kto pisał poszczególne opowiadanie, a w przypadku opowiadań wspólnych tylko trzy razy dostrzegłem charakterystyczne dla Ciebie dialogi i sformułowania.

-Być może wynika to z tego, że mój styl nie różni się znowu aż tak bardzo od stylu Jacka. Jeśli chodzi o opowiadania, które napisaliśmy na spółkę, to w „Sępach” są dwa. Historia „Niemocy” przedstawia się następująco: trzy czwarte tego tekstu napisałem ja. Czysta surówka. Następnie posłałem Jackowi plik, aby dopisał zakończenie i zredagował całość. Ostro nad tym przysiedział, miał wolną rękę w kwestii modyfikacji tego, co ja napaćkałem. Na końcu wspólnymi siłami wprowadziliśmy ostateczne poprawki. Podobnie wyglądała sytuacja z „Armageddonem 20/12” W zasadzie nie podobnie – identycznie. Wymieszaliśmy style najbardziej jak się tylko dało. Samemu trudno byłoby w tej chwili wyznaczyć fragment jednego, czy drugiego tekstu, który napisałem tylko ja. I na odwrót, jak wiem, jest podobnie.
A jeśli chodzi o kwestię dogadania się z Rostockim, to początkowo wcale się nie dogadywaliśmy. Ale wtedy jeszcze nie mieliśmy w planach napisanie wspólnej książki. Publikowałem na portalu Fabrica Librorum, gdzie również publikował Rostocki. Ostro mnie krytykował, czasami swoimi uwagami doprowadzał do szewskiej pasji. Sęk w tym, że zachwycałem się jego twórczością. On nie miał o tym pojęcia. Nie wiedział również, że jego uwagi dotyczące moich opowiadań, brałem sobie do serca, dzięki czemu wiele się wtedy nauczyłem. Kiedy powiedziałem mu o tym podczas naszej pierwszej rozmowy telefonicznej – Jacek wydawał wtedy zbiór SERIO – zrodziła się między nami nić sympatii. Minęło parę lat i pojawił się pomysł napisania wspólnej antologii opowiadań.

Z „Twarzy szatana”, z Twoich autorskich opowiadań najbardziej utkwiły mi w pamięci, poza wspomnianym „Lamentem”; „Autograf” i „Postrach pewnej szosy”. Zechciałbyś opowiedzieć nieco o tych tekstach?

-„Lament” i „Autograf” to dość stare teksty. Jako, że bardzo je lubię, postanowiłem spędzić trochę czasu na ich dopracowaniu i wrzucić do antologii. Pierwsze opko traktuje o pisarzu, który „pożycza” od znajomego dom na odludziu, aby tam móc zaszyć się i napisać powieść obyczajową. Spokój zaczynają mu jednak zakłócać dziwne odgłosy dobiegające z kominka, a konkretnie głośny płacz dziecka... To opowiadanie posiada chyba jedno z bardziej wzruszających zakończeń, jakie kiedykolwiek udało mi się wymyślić (śmiech). Już od kilku osób słyszałem, że miały łzy w oczach dobijając do końca „Lamentu”. „Autograf” natomiast porusza kwestię wiary i poświęcenia. Jest dość osobiste. Zaś „Postrach pewnej szosy” to jedno z moich nowszych opowiadań. Mówi o dziwnych wypadkach na jednej z podpoznańskich szos. Jakiś furiat w czarnej furgonetce taranuje kierowców innych aut, lecz nawet zamontowane na jednym z odcinku szosy kamery nie pomagają policji w złapaniu gagatka. Bohaterowie zetkną się z siłą wielce im złowrogą, pochodzącą z dna samego piekła!

Z tekstów wspólnych zaś wyróżniłbym „Sex Machine” i „Brzydulę”. Nie chcę jednak słuchać historii o cyckach, nie doszukałbym się też nawiązań do Grabińskiego, ale opowiedz, skąd przyszły pomysły na te świetne teksty? Rodziły się w bólach, czy wręcz przeciwnie? I szczerze – dlaczego dwa tak dobre teksty mają tak kiepskie tytuły? Czyja to wina?

-Żadne z tekstów pisanych na spółkę z Kazkiem nie rodziły się w bólach. Dobrze się dobraliśmy – znamy swoje priorytety, w kwestiach spornych zawsze osiągamy kompromis. To podstawa podczas wspólnego tworzenia. Nie wydaje mi się, aby wspomniane przez Ciebie teksty miały kiepskie tytuły, wręcz przeciwnie. „Sex Machine” brzmi przewrotnie i jakże pasuje to tego tekstu (uśmieszek). Zaś „Brzyduli” proszę nie kojarzyć z serialem telewizyjnym, bo nie tędy droga!

Kiedyś większą rolę w Twoich opowiadaniach odgrywała moda, kosmetyki czy muzyka. Teraz wyraźnie zeszło to na dalszy plan. Skąd ta zmiana?

-Kręciła mnie kiedyś moda, i to bardzo. Przez dwa lata pracowałem z kolekcjami Hugo Bossa, Calvina Kleina, Joopa i innych światowej sławy projektantów. Byłem zarówno ekspedientem jak i stylistą dla tych marek i ta robota dawała mi wiele satysfakcji, choć była diablo wyczerpująca. Siłą rzeczy poruszałem kwestie związane z modą w moich pracach. W tej chwili tak się nie dzieje, gdyż najzwyczajniej w świecie przestałem się interesować modą. Ale jako, że kryzys panuje i straszliwe bezrobocie, zmuszony jestem jeszcze przez chwilę pobyć w branży.

A w kwestii muzyki... Czym się zasłuchujesz, czego słuchasz w poszukiwaniu inspiracji, czy podczas pisania?

-Nie szukam inspiracji w muzyce. Czasami słucham czegoś spokojnego, nastrojowego, kiedy piszę, ale raczej nie na cały regulator. Pracując w centrum handlowym zmuszony jestem słuchać rozmaitej muzyki, i to przez 11 godzin dziennie, nic więc dziwnego, że gdy wracam do domu, pragnę spokoju, ciszy. Wychowałem się jednak na Metallice, Panterze, Slayerze, Iron Maiden, Dokken, Europe i Scorpionsach i zdarza się, że słucham ich kawałków.

W obu antologiach poruszyłeś tematykę gier komputerowych. Jak to wygląda w rzeczywistości w Twoim przypadku?

-Opowiadanie „Sex Machine”, które napisałem z Kazkiem, zrodziło się z naszego chwilowego zainteresowania symulatorem jazdy koleją. Jakiś czas temu sporo naparzałem w „Maszynę” - spędzałem wiele godzin przed kompem, jeżdżąc wirtualną EU07, a kiedy wrażeniami podzieliłem się z Kazkiem, facet połknął haczyk. Nie minęło wiele czasu i mieliśmy gotowy konspekt na opowiadanie grozy, a chwilę potem cały tekst.
Z kolei „Armageddon 20/12”, który skrobnąłem z Jackiem Rostockim jest o grze zupełnie innego kalibru. Gra o której tu mowa jest wyjątkowo niebezpieczna, a skutki pogrywania w nią mogą okazać się... apokaliptyczne.
Tak naprawdę nie poświęcam zbyt dużo czasu na granie. Wyjątkiem jest symulator Flight Gear, świetnie oddający realizm lotu. Jedną z moich pasji jest lotnictwo, toteż zdarza mi się zasiadać w kabinie pilotów wirtualnych Boeingów czy Airbusów. Choć z Airbusami ostatnio mam się na baczności...

Jesteś człowiekiem bardzo zapracowanym, liczne redakcje, praca zawodowa, pisarstwo... Zdradź sekret jak wydłużyć dobę.

-Gdybym wiedział jak wydłużyć dobę, mógłbym wreszcie się porządnie wyspać, poczytać książki, które czekają na mnie już od przeszło roku, spotkać ze znajomymi, których zaniedbałem w ostatnim czasie, a także wybrać od czasu do czasu na jakąś wystawę, czy do teatru. Niestety, nie wiem jak wydłużyć dobę, ale jak się dowiem, dam Ci znać.

Tak poważniej, wiem, że szykujesz tym razem powieść z Kazimierzem Kyrczem Juniorem, z Piotrem Pocztarkiem zaś pewną niespodziankę... Kiedy obydwu możemy się spodziewać? Jakieś dalsze plany wydawnicze?

-Powieść „Siedlisko”, którą napisałem z Kazimierzem Kyrczem ukaże się na początku września za sprawą wydawnictwa Grasshopper. Będzie to opowieść o aktorze, samotnie wychowującym dwójkę dzieci, borykającym się z problemami natury parapsychologicznej. Właśnie skończyliśmy redakcję i możemy powiedzieć, że to będzie naprawdę fajna rzecz.
Z Piotrem Pocztarkiem pracujemy nad książką biograficzną poświęconą życiu i twórczości Grahama Mastertona. Znajdziecie w niej, oprócz biografii rzecz jasna, wiele niepublikowanych dotąd opowiadań pisarza, bardzo obszerny wywiad z nim, felieton o tym, jak pisać dobre horrory i całą masę ciekawostek.

Czy tworząc w i o Poznaniu, nie odczuwasz kompleksu Jakuba Małeckiego? Jak w ogóle oceniasz współczesny horror - przede wszystkim literacki i przede wszystkim polski.

-W Poznaniu jest w cała masa interesujących, klimatycznych miejsc, o których warto pisać i których opisywanie sprawia mi dużo frajdy. Oczywiście, wiem, że Jakub Małecki również mieszka w i tworzy o Poznaniu. Nie wiem, niestety, jak wygląda Poznań Małeckiego, gdyż nie miałem do tej pory przyjemności czytać jego książek. Gnębią mnie spore zaległości jeśli chodzi o lekturę polskiego horroru i w ogóle, pozycji, których akurat nie muszę recenzować. Aby móc ocenić współczesny horror, musiałbym lepiej go poznać, a ostatnio nie mam na to zbyt wiele czasu.

Ostatni sekret do wyjawienia. Jak udało Ci się namówić Morta Castle do gloryfikowania „Twarzy szatana”? Jak bardzo pomagają Ci znajomości z nim czy z Grahamem Mastertonem?

-Nie próbuję na siłę wykorzystywać znajomości ze znanymi zachodnimi pisarzami dla własnych celów. Z Grahamem Mastertonem znamy się, spotykamy, gdy odwiedza Polskę i regularnie korespondujemy od wielu lat. Jestem jego odwiecznym fanem i to ja poniekąd promuję jego, prowadząc wraz z Piotrkiem Pocztarkiem oficjalny polski blog, poświęcony temu pisarzowi. Z Mortem sprawa wygląda ciut inaczej, gdyż znamy się od może dwóch lat i tylko korespondujemy mailowo. Szybko złapaliśmy wspólny język. Swego czasu pomagałem mu dostać się na polski rynek. Jestem bardzo zadowolony, że można znowu czytać Morta w naszym kraju, bo to świetny pisarz. Jakiś czas temu w swobodnej rozmowie oznajmił, że chętnie przeczytałby jakieś moje opko po angielsku. Jako, że przygotowywaliśmy się z Kazkiem do wydania „Twarzy Szatana”, postanowiliśmy zaserwować mu nasze wspólne opowiadanie „Sex Machine”. Przyjaciółka Kazka podjęła się genialnego tłumaczenia i tekst powędrował do Morta. Bardzo mu się spodobał, z przyjemnością wydał opinię na okładkę książki.

Serdecznie dziękuję za rozmowę. Kilka ostatnich słów, by zachęcić jeszcze wątpiących do zapoznania się z Twoją twórczością...

-Jeśli macie ochotę na teksty różnorodne pod wieloma względami, to przeczytajcie „Sępy” i „Twarze Szatana”! Arrghh!





HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM
HO, Wywiady - WYWIAD Z ROBERTEM CICHOWLASEM

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -